Postacie » Kevin Keegan

Część IV

Shanks również bardzo dobrze rozumiał swoich zawodników i ich zachowanie. Miałem okazję to docenić, kiedy zostałem wyrzucony z boiska na Wembley w 1974 roku w meczu o Tarczę Dobroczynności. Ujrzałem także czerwony kartonik cztery dni wcześniej w towarzyskim meczu przeciwko Kaiserslautern na starcie sezonu 1974/75, kiedy kilku z nas, łącznie ze mną, poszło na wymianę ciosów w odwecie za faul na Rayu Kennedym.

Byłem tam pierwszy i doigrałem się. Sędzia musiał dojrzeć mnie wśród zamieszania i szybko wysłał mnie do szatni. To nie był dobry sposób na rozpoczęcie sezonu, a ja protestowałem, starając się dowieść swojej niewinności. Niedługo potem sprawą zajął się klub, któremu nie było na rękę mieć mnie poza składem w tak wczesnej fazie sezonu, więc starał się przekonać arbitrów, że wyrzucili mnie z boiska pomyłkowo. Mój najlepszy kolega w Liverpoolu, Peter Cormack, z racji tego, że był tych samych rozmiarów co ja i miał podobną fryzurę, przejął winę na siebie. W końcu nie podjęto żadnych kroków przeciwko żadnemu z nas, ponieważ nikt nie był pewien, kto zawinił. Jednakże co ma się wydarzyć i tak się zdarzy, a ja w ciągu kilku następnych dni i tak znalazłem się na pierwszych stronach gazet razem z Billym Bremnerem, kapitanem Szkocji. Obu nas wyrzucono z boiska po tym, jak okładaliśmy się nawzajem pięściami w meczu nie o co innego, jak Tarcza Dobroczynności.

Słowo dobroczynność nie najlepiej pasuje do opisywania kontekstu meczów Liverpoolu z Leeds United w tamtych czasach, niezależnie o jaką toczyły się stawkę. Poza boiskiem zespoły nawzajem się szanowały, ale na boisku nie okazywano już sobie czułości. Istnieje wielka różnica pomiędzy miłością a szacunkiem, szczególnie jeśli mówi się o Leeds i Liverpoolu. Zespół Leeds był jednym z moich ulubionych w dzieciństwie, kiedy żyłem w Yorkshire i każda z supergwiazd tej drużyny była moim idolem. Jako zawodnik zawsze grałem z nimi fair i może dlatego zawsze ich piłkarze ostro mnie traktowali. Słynny Norman Hunter raz nawet uderzył mnie, kiedy grałem w kadrze Anglii przeciwko Leeds w jego meczu pożegnalnym na Elland Road. Pomimo tego, że przejechałem 300 mil, żeby tam się zjawić. Lubiłem Normana i szanowałem go. Naiwnie uwierzyłem mu, kiedy powiedział, że już mnie nie uderzy - był to przecież mecz towarzyski, zorganizowany dla niego. Ale zrobił to. Kiedy sprzeciwiłem się, spojrzał na mnie z góry i powiedział, "Nie sądziłeś chyba, że zmienię się na pożegnalny mecz?". Byłem tak skonsternowany, że jedyne to potrafiłem odburknąć to, "Cóż, to twój mecz". Nic to nie zmieniło, a ja spędziłem resztę meczu zastanawiając się, czy uda mi się wrócić do domu w jednym kawałku.

Ale gra o Tarczę Dobroczynności nie wymaga i nie powinna zawierać tyle agresji i nie było by tego, gdyby była odpowiednio prowadzona przez arbitra. Sędziował Bob Matthewson, były piłkarz Boltonu Wanderers i Lincoln City. Szczęście chciało, że tydzień wcześniej grałem z nim w krykieta niedaleko miejsca, gdzie mieszkała moja matka i powiedział mi, że z niecierpliwością czeka na to spotkanie dwóch czołowych klubów w Anglii w tamtym czasie. Sądził, że będzie to świetna zapowiedź nowego sezonu. Podszedł do meczu zdeterminowany, by gra była płynna i trzymał się z boku, zamiast w centrum akcji.

Zaczęło się źle, kiedy Alan Clarke nadepnął Phila Thompsona w pierwszej minucie, co zapoczątkowało serię złośliwych fauli z obu stron. W tamtym momencie nie szukaliśmy rewanżu, chcieliśmy natomiast zwrócić uwagę sędziego na to, co się działo. Ja i Johnny Giles mieliśmy kilka spięć, on uderzył mnie po tym, jak go podciąłem. Powinien był za to wylecieć z boiska, ale próbując załagodzić sytuację poprosiłem sędziego, żeby nie pokazywał mu czerwonej kartki. Pewnie lepiej by było, gdybym trzymał język za zębami, bo niedługą chwilę później Giles okropnie mnie faulował i gdybym w porę nie odskoczył, uszkodziłby mi obie nogi. Billy Bremner pojawił się znikąd i zasugerował - nieszczególnie grzecznie - że nurkowałem.

Według mnie sędzia Bob Matthewson wziął sobie słowo "dobroczynność" zbyt głęboko do serca. Poniosła go chęć utrzymania płynnej gry i w rezultacie skończyło się tym, że był to czarny dzień dla mnie, dla Billy'ego i dla futbolu. Moje przewinienie było zemstą. Dziwną rzeczą w piłce jest to, że zawsze jesteś uważany za gorszego, jeśli uderzysz drugi, nieważne jak poważny był pierwszy faul. Dzisiaj to już by się nie zdarzyło, teraz wślizg od tyłu został zakazany w celu ograniczenia przemocy w grze, co niewątpliwie wyszło jej na dobre. Clarke zobaczyłby kartkę w pierwszej minucie, Giles i Bremner dostaliby po ostrzeżeniu i mecz byłby spokojniejszy. Ale przy tamtej okazji dopuszczono, by między piłkarzami zawrzało. Billy stanął przede mną jakby rzucając rękawicę, a kiedy to się dzieje, część ciebie chce podjąć to wyzwanie, nawet jeśli wiesz, że to złe. We mnie prawdopodobnie pokazał się duch walki, albo irlandzkie korzenie. Cokolwiek to było, wyprowadziłem cios, a on odpowiedział tym samym. Wziąłem sprawiedliwość w swoje ręce, to było głupie zachowanie i zasłużyłem na czerwoną kartkę. Bob Matthewson bardzo szybko zadziałał, a kiedy opuszczałem boisko, rzuciłem swoją koszulkę na ziemię. Do tego dnia nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Nie chciałem świadomie dodawać temu jakiegoś znaczenia. A jak dowiedziałem się później, Billy, stojący kilka metrów za mną, zrobił dokładnie to samo - tak dostaliśmy się na pierwsze strony gazet.

To była długa droga z powrotem do pustej szatni. Siedziałem tam zszokowany, kiedy wszedł mój tata. Oglądał mecz z trybun. Pocieszał mnie i wtedy wszedł Billy Bremner. To było jak czerwona płachta dla byka, jakim był w tej sytuacji mój ojciec. Chciał dołożyć Billy'emu. Skończyłoby się tym, że dwóch Keeganów zostałoby wyrzuconych z Wembley jednego dnia! Ale sam Billy był bardzo smutny z powodu tego incydentu, podaliśmy sobie nawzajem ręce i przeprosiliśmy się.

Byłem rozbity. Po meczu powinienem był pojechać razem z drużyną do Szkocji, by zagrać w meczu pożegnalnym Billa McNeila, który miał być ostatnim oficjalnym spotkaniem Shanksa. Zamiast tego ruszyłem do domu w Doncaster i zalałem smutki kilkoma głębszymi. Nie potrzeba było dużo, by mnie upić, a tamtej sobotniej nocy wypiłem sporo. Shanks musiał wiedzieć, że to może się wydarzyć. Ukradkiem zadzwonił do menedżera Doncaster Rovers, Maurice Settersa prosząc go, by znalazł mnie i upewnił się, że wszystko ze mną w porządku. Bóg jeden wie jak, ale Maurice namierzył mnie i przekazał wiadomość, że Shanks chce, abym zagrał dla tego wielkiego szkockiego piłkarza w poniedziałkową noc w Glasgow.

Zabrał mnie do domu moich rodziców i odprowadził do łóżka. Teraz prasa nie dałaby mi spokoju po takim incydencie i z pewnością znalazłaby mnie wcześniej, niż Shanks czy Maurice. Wtedy żyliśmy w innym świecie. Shanks ufał mi, ale jednocześnie opiekował się mną. Wiedząc jak się czuję, wysłał kogoś, kogo szanuję, by przeszkodził mi w zrobieniu czegoś głupiego. To był właśnie dobry menedżer.

Ja i Billy dobrze wiedzieliśmy, że czeka nas sroga kara. Piętnowano wówczas chuliganów, a gazety przekonywały Football Association, by zrobić z nas przykład. Raczej pokaźny zapis przewinień Billy'ego nie pomógł żadnemu z nas, ponieważ pomimo tego, że ja dotychczas zachowywałem się poprawnie, obaj popełniliśmy to samo wykroczenie i czeka nas ta sama kara. Zasypali nas oskarżeniami u wykluczono z jedenastu kolejnych meczów, dokładając grzywnę 500 funtów na łebka.

Wychodzi jednak na to, że każdy medal ma dwie strony. Razem z Jean planowaliśmy się pobrać i zdecydowaliśmy się skorzystać z mojej nieoczekiwanej pięcio-tygodniowej przerwy i przyspieszyć wesele. Ślub odbył się w tajemnicy w St Peter in Chains Roman Catholic Church w Doncaster, 23 września 1974. Zaprosiliśmy tylko nasze rodziny. Wszyscy musieliśmy nieco kłamać, by utrzymać sekret, ale nie chcieliśmy pozwolić, aby tak ważny dzień zmienił się w cyrk przez media i fanów.

Shanks posiadał ogromną wiedzę na temat futbolu i zawsze czułeś, że jeśli on sam tego nie zrobił, widział to. Nigdy, przenigdy go nie kwestionowałem, jego idei albo taktyki - nie dlatego, że się go bałem, ale dlatego, że wierzyłem w niego. Rozumiałem każde jego słowo, były one dla mnie jasne jak słońce. Zawsze układał wszystko w proste słowa; w zasadzie zwykł mówić, że piłka nożna to prosta gra, skomplikowana przez trenerów. Był w najlepszej dyspozycji przed finałem pucharu w 1974 z Newcastle United. Musieli zarobić fortunę na swoich piłkarzach. Robili wszystko, odpowiadali na każdy telefon. Ich najlepsi gracze, John Tudor i Malcolm Mcdonald, byli wszędzie, szczególnie Malcolm. Opowiadali o tym, co zrobią z Liverpoolem a Malcolm, przyzwyczajony do tego, przechodził samego siebie. Dwie rzeczy mogą się zdarzyć, kiedy tak się wywyższasz. Albo okazuje się, że masz rację, albo spadasz prosto na twarz. Zawsze uważaliśmy na to co mówimy przed meczem - to była część strategii Liverpoolu.

Noc przed finałem obie drużyny spędziły oczywiście w oddzielnych hotelach. Ludzie z telewizji zaaranżowali połączenie pomiędzy Shanklym i Joe Harveyem, menedżerem Newcastle. Wszyscy oglądaliśmy ten wywiad, jestem pewien, że chłopaki z Newcastle też, bo po treningu niewiele było do roboty. Nie można było iść zagrać w golfa, więc zostawał snooker albo telewizja. Shanks siedział w pokoju w Selsdon Park Hotel ze słuchawkami na uszach, a Joe, wyglądający podobnie, w hotelu Srok. Takie wywiady nie należą do najlepszych, ale ten zadziałał, bo był na żywo. Shanks mówił same właściwe rzeczy - jak ciężko będzie i jak dobrze przygotowane będzie Newcastle pod wodzą Harveya. Joe nie wyglądał najlepiej, prawdopodobnie przez specyfikę wywiadu: trzeba patrzeć w obiektyw, nie na osobę, a cały dialog słychać tylko w słuchawkach. Na koniec, chociaż wszystko wciąż szło na żywo, Shanks zdjął mikrofon, zwrócił się do kogoś w pokoju i powiedział cicho, "Jezu Chryste, synu, Joe to kłębek nerwów". Nie wiem, czy Shanks zdawał sobie sprawę, że kamery są wciąż włączone, ale znając go przypuszczam, że to całkiem prawdopodobne. Jakkolwiek było, tak właśnie grało Newcastle następnego popołudnia - jak kłębek nerwów.

Nawet na moment nie zwątpiliśmy, że wygramy, nawet jeśli nasze przewidywania zatrzymywaliśmy dla siebie i trzymaliśmy się z dala od prasy. Wembley zorganizowało wyścig przed meczem finałowym, a wygrał go bohater Geordie i fan Newcastle, Brendan Foster, który pokonał wszystkich rywali. Powtarzaliśmy sobie, że to jedyna rzecz, jaką wygrają tamtego popołudnia. I w rzeczy samej, historia pokazała, że był to jeden z najbardziej jednostronnych finałów. Jedynym zaskoczeniem było to, że do przerwy było 0-0, a na koniec meczu 3-0. Newcastle nie potrafiło wymienić kilku podań, a Malcolm Macdonald i John Tudor grali ze sobą ledwie parę razy. Nie było nawet zagrożenia, że mogą oni się przełamać i ustrzelić coś, jak często zdarza się to, kiedy twoja drużyna przeważa, ale nie potrafi trafić do siatki. Nie zwątpiliśmy nawet na chwilę, że bramki dla nas nadejdą. Największym wspomnieniem jest jednak atmosfera wśród fanów obu ekip - w rzeczywistości to coś, co zapamiętam na całe życie. Kibice Newcastle z honorem przyjęli porażkę. To byli prawdziwi piłkarscy fani, tak jak Scouserzy i ten fakt odegrał niemałą rolę w moim ostatecznym transferze do Newcastle.

Jedna przewaga, jaką Liverpool zawsze miał nad każdą inną drużyną był sławny boot room - pokój z butami. To było źródło całej wiedzy, razem ze szczegółowo prowadzonymi dziennikami o wszystkim, co było robione każdego dnia na treningu. To właśnie tam podejmowano decyzje i rozmyślano o przyszłości klubu. Reuben Bennett, wielka postać z boot room na Anfield, był naszym trenerem od rozgrzewki, kiedy pierwszy raz się tu pojawiłem i pomimo tego, że trochę postarzał, był niesamowicie sprawny. Musieliśmy go wyprzedzić, dopiero wtedy mógł zacząć się właściwy trening, a on nigdy tego nikomu nie ułatwiał, szczególnie, gdy ktoś miał jakiś problem lub wracał po kontuzji. Zwykł również obserwować naszych przeciwników. Miał jednak mały problem z nazwiskami. Kiedy graliśmy przeciwko Newcastle, powiedział nam, żebyśmy uważali na tego Wheelbarrowa, bo jest szybki. Wheelbarrow? Kim do diabła jest Wheelbarrow? Potem kapnęliśmy się, że miał na myśli Barrowclougha. Kiedy Shanks wysłał go na Węgry by oglądał Ferencvaros na wyjeździe, z którym mieliśmy się spotkać w meczu o Europejski Puchar Zwycięzców Pucharów, był to dla niego koszmar. Jak można sobie wyobrazić, sprawy przybrały jeszcze gorszego obrotu, gdyż został wysłany tam z powrotem, by obejrzeć ich na ich boisku. Ostatecznie Reuben wykonał zadanie, stanął przed nami ze swoją pracą i zaczął odczytywać nazwiska ze swoim Szkockim akcentem. Każde nazwisko brzmiało dokładnie tak samo. Shanks posłuchał go przez chwilę i wtedy powiedział, "Och Reuben, liczy się sposób, w jaki my gramy" i wszyscy wyszliśmy, zostawiając biednego Reubena z jego papierami, po które leciał tysiące kilometrów, kilka dni i Bóg wie ile przesiadek na lotniskach. Podsumowując, zostaliśmy wyeliminowani przez Ferencvaros. To był ten mecz, kiedy Smithy udawał, że został trafiony butelką i został za to zawieszony. Nie jest prawdą plotka, że wszyscy zawodnicy pobiegli by sprawdzić, czy z butelką wszystko w porządku.

Reuben był śmieszny. Zwykł zawsze powtarzać nam, że byliśmy zbyt mięccy, kiedy byliśmy kontuzjowani - nieważne jak bardzo się naciągnąłeś albo jak głębokie miałeś rozcięcie. Pewnego dnia chcieliśmy go sprawdzić, pytając go jak twardy był w Szkocji, w czasach kiedy był bramkarzem. Opowiedział nam wtedy historię, kiedy grał przeciwko East Fife i rozciął sobie kolano tak bardzo, że menedżer nie chciał puścić go z powrotem na drugą połowę. Reuben powiedział mu, żeby nie był taki pochopny i przynajmniej dał mu szansę oczyszczenia rany wodą. Ale trener nie chciał go słuchać, nawet pomimo tego, że działo się to w czasach, kiedy nie było zmian. Reuben twierdził, że wymknął się z szatni, zapłacił, by dostać się na boisko i przeskoczył przez mur. Kiedy drużyny wychodziły na drugą połowę, czekał pomiędzy słupkami, gotowy by grać. Nie musisz wierzyć, ale Reuben był jedynym człowiekiem, który mógł nazwać Tommy'ego Smitha mięczakiem i wyjść z tego cało.

Reuben i wszyscy inni w pokoju z butami nie byli sławni czy popularni, ale byli szalenie ważni dla Liverpoolu i dla Shanksa. Kto by pomyślał, że troje z nich, Bob Paisley, Joe Fagan i Roy Evans mieli stać się w przyszłości menedżerami klubu? Paisley, którego zatrudniono na rok po rezygnacji Billa Shankly'ego, został najbardziej utytułowanym trenerem ze wszystkich, nie tylko w Liverpoolu, ale również w kraju. Tylko Alex Ferguson ma szansę pobić jego rekord. Było dwóch Bobów Paisleyów w Liverpoolu. Jeden był asystentem Shanksa, znanym jako Rats, rzekomo dlatego, że był w szeregach Desert Rats podczas wojny. Jednakże niektórzy zawodnicy tak go nazywali, ponieważ go nie lubili.

W tamtym czasie bardziej imponowała mi wiedza Boba na temat kontuzji, niż jego wiedza futbolowa, bo to była jego specjalność. Jak na kogoś, kto nie był do końca wykwalifikowany, był najlepszym fizjoterapeutą, jakiego mógł mieć klub. W tamtym czasie, kiedy technologia nie była tak zaawansowana, jak teraz, stawiał świetne diagnozy i wiedział, co powoduje kontuzje. Raz miałem problem z kolanem, co zakłopotało wszystkich, szczególnie Shanksa, który, jak powiedziałem, praktycznie ignorował cię, kiedy miałeś jakikolwiek uraz. Ktoś ze złamaną nogą byłby dla Shanksa nierobem, więc możesz wyobrazić sobie jak był sfrustrowany mną i moją tajemniczą dolegliwością, która wyeliminowała mnie z jego zespołu. Bob zaczął przesłuchiwać mnie i pytać o najdziwniejsze rzeczy. Czy mieszkałem na poddaszu z wieloma schodami? Czy chodziłem po górach? Czy jeździłem konno? Na koniec spytał mnie nawet, czy nie jeździłem na nartach! W Liverpoolu? Nikt tego nie rozumiał. To mogło być coś prostego, jak naciągnięcie po treningu. Wtedy panowie z pokoju z butami nagle zdecydowali, że przyczyną jest moje nowe auto, zielone Capri. Wyszli na zewnątrz i dosłownie rozebrali silnik, podnieśli dywaniki, sprawdzali sztywność pedałów. Rozebrali go prawie na części. Zdecydowano, że pedał był zbyt sztywny i miałem zostawić auto i chodzić pieszo, albo jeździć autobusem. Nie robiło to różnicy, ale w końcu kontuzja zniknęła tak szybko, jak się pojawiła i nikt nigdy nie dowiedział się, co ją spowodowało.

Wydarzeniem tygodnia dla sztabu trenerskiego był ich mecz pięciu-na-pięciu, dodatkowo wciągany był w to jakiś zawodnik powracający po kontuzji. Shanks zawsze stał na bramce, Bob Paisley, Reuben Bennett i Ronnie Moran grali w polu. Mówi się, że jedynym powodem, dla którego Roy Evans wskoczył do pierwszego zespołu z rezerw, był fakt, że potrzebowano młodszych nóg do gry pięciu-na-pięciu, kiedy Ronnie i Reuben postarzeli. Pamiętam, kiedy pożyczyłem Reubenowi parę nowiutkich butów Hummela na jeden z tych meczów. Był to w tamtych czasach nowy styl obuwia: tylne kołki były sztywne, natomiast przednie się ruszały. Po meczu wszedł do szatni i rzucił nimi we mnie. "Nie potrafiłbym grać w nich w moich czasach", narzekał. "Nigdy tak szybko się nie obracałem. Problem w tym, że po obrocie byłem w tym samym miejscu".

Również Bob Paisley miał swoje problemy. Czasem zatrzymywano grę, by poskładać go, gdy coś wyleciało mu ze stawu, ale po tym zawsze grano dalej. Jeśli wciąż grali, kiedy skończyliśmy trening, często zatrzymywaliśmy się, by popatrzeć i pośmiać się: jeśli wciąż nie przerwali, znaczyło to, że drużyna Shanksa jeszcze nie oszukiwała, by zwyciężyć. Pewnego dnia Chris Lawler, jedne z najcichszych ludzi w klubie, usiadł za słupkiem pijąc filiżankę herbaty, a drużyna przeciwna starała się strzelić gola. Nie było wątpliwości, że piłka trafiła do bramki, ale nie było siatek, a Shanks twierdził, że wyszła. Wybuchła kłótnia. Ostatecznie Shanks zwrócił się do Chrisa i powiedział, "Mamy tu najszczerszego człowieka w klubie, spytamy go". Biedny Chris chciał się schować, ale nie było ucieczki. Musiał przyznać, że jego zdaniem padł gol. Shanks posiniał i krzyknął, "Jezu Chryste, synu. Czekałem dziesięć lat, żebyś się odezwał, a kiedy pierwszy raz to robisz, kłamiesz."

Futbolowa wiedza Boba Paisleya przyćmiona była błyskiem Shanksa i nie docenialiśmy jej do momentu, kiedy został pierwszym trenerem po tym, jak Shanks zaskoczył wszystkich i zrezygnował latem 1974 roku. Pojawiło się wiele plotek o tym, kto może go zastąpić. Przez stratę Shanksa przechodziliśmy przez trudny czas, tuż przed startem nowego sezonu, a Bob, wiem o tym, został początkowo wprowadzony w jego miejsce jako "zapchajdziura", ponieważ sądzono, że nikt nie będzie w stanie naśladować wielkiego Shanksa. Jego odejście dotknęło klub znienacka. Najwyraźniej regularnie przedkładał swoją rezygnację przez rok, ale wszyscy wiedzieli, że nie potrafi żyć bez swojego futbolu. Klub nigdy się z nim nie konfrontował i nie robił z tego wielkiej afery, woląc raczej pozwolić sprawom toczyć się naturalnym torem. Zostawiano to na kilka tygodni i wtedy dyrektor mówił Shanksowi jak bardzo go potrzebowali, oferował mu trochę więcej pieniędzy a on wracał, czekając na Tarczę Dobroczynności. Jednak w 1974 powiedział "nie" i trzymał się tego, rezygnując dosłownie na kilka dni przed nowym sezonem. Zastąpił go Bob Paisley, bo kto lepiej odegrał by tą rolę? I jak świetnym zmiennikiem miał się okazać.

Autor: Miler

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON