Posezonowe oceny według LFC.pl

Sezon 2014/2015 już od jakiegoś czasu za nami, kampania nie potoczyła się tak, jakbyśmy sobie mogli tego wymarzyć. Redaktorzy LFC.pl postanowili ocenić poczynania boiskowe naszych podopiecznych w tym pełnym rozczarowań sezonie. Zapraszam do zapoznania się z ocenami według LFC.pl za sezon 2014/2015!

BRAMKARZE:

Simon Mignolet (54 spotkania) - 7,5

Ocenienie Belga nie jest najłatwiejsze, śmiało można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia z "sezonem dwóch połów" w wykonaniu bramkarza Liverpoolu. Początek rozgrywek nie był najlepszy w wykonaniu Simona, nie był on najpewniejszy w swoich wyjściach i zdarzały mu się od czasu do czasu jakieś mniejsze bądź większe wpadki. W grudniu stracił miejsce w składzie na rzecz Brada Jonesa i wtedy wszystko się zaczęło, nie wiem czy ktoś go podmienił czy aż tak pomogła rozmowa z dziewczyną ale Simon Mignolet stał się bramkarzem zupełnie innym. Bez strachu wychodził do piłek, "odkleił się" od linii bramkowej i zaczął emanować pewnością siebie w polu karnym. Przemiana Belga miała ogromny wpływ na odbudowę The Reds na przestrzeni pierwszych miesięcy nowego roku. Jestem jednym z tych, którzy uważali, że Mignolet nie był jednym z naszych głównych problemów w pierwszej części sezonu, muszę jednak przyznać, że gdyby grał od początku tak jak robił to w 2015 to moglibyśmy mieć kilka punktów więcej.



Brad Jones (5 spotkań) – 3

Prawdziwy „szach mat” Rodgersa. Ku zdziwieniu wszystkich kibiców zastąpił Mignoleta w arcyważnych meczach z United i Arsenalem. Jednak dał ciała na całej linii bramkowej. Przez lata spędzone na ławce rezerwowych i brak praktyki, zapewne próbował opanować alternatywne techniki obrony strzałów. Niestety strzał Rooneya udowodnił, że zdolności telepatii i wyczuwania intencji napastnika za pomocą wewnętrznej Ki wymagają u niego znacznej poprawy. Trzeba jednak mu oddać, że przynajmniej był kreatywny i stawiał na różnorodność wpadek. Jak w spotkaniach z Bournemouth i Kanonierami, gdzie jego odpowiedzią na wspomnianą paradę w ciemno była tym razem zbyt pasywna postawa w bramce. Jedynie w pucharowym starciu ze Swansea, mógł się odpowiednio odprężyć i pomyśleć chociażby o swojej umiarkowanie optymistycznej perspektywie finansowej w związku z wygasającym kontraktem, a wraz z nią o ostatniej analizie The Economists, pt. „model krótkoterminowych inwestycji na przykładzie przeszczepu włosów Wayne’a Rooneya”. Wspomniany stan refleksji mógł dać jakiś efekt, bo poskutkował pierwszą udaną obroną groźnego strzału od lat. Co tu dużo mówić – niezależnie czy jego następcą byłby Ádám Bogdán czy Kowalski Bogdan – gorzej na pewno nie będzie.



OBROŃCY:

Glen Johnson (28 spotkań) – 3,5

Na 28 występów zagrał raptem dwa dobre mecze, gdzie szczególnie wyróżnił się ofiarną dobitką ze Stoke. Reszta spotkań to jednak brawurowa opowieść o człowieku, który poszedł studiować i podobnie, jak to mają w zwyczaju robić studenci polskiej polibudy – szybko postanowił pieprzyć to wszystko i zostać ninją. Był to jednak shuriken obusieczny, ponieważ jego sztuka maskowania się osiągnęła tak nieludzki poziom, że był wręcz niemożliwy do zlokalizowania na murawie przez pełne 90 minut. Niestety czasy, w których kibice the Reds chcieli go przekwalifikowywać na skrzydłowego bezpowrotnie minęły. Statyczny i bezproduktywny w ofensywie Anglik w połączeniu z tradycyjnymi błędami w obronie i brakiem chęci do gry, stał się stałym uczestnikiem wszelkich wariacji epitetów złośliwych fanów. Anonimowy i na swój sposób tragiczny koniec kariery w Liverpoolu. No cóż, taki już los prawdziwego ninja.



Jordan Williams (1 spotkanie) – Bez oceny

Zagrał zaledwie w jednym spotkaniu, dlatego noty nie dostanie, ale warto coś wspomnieć o jego występie. Otóż pojawił się w końcówce drugiej połowy słynnego starcia z Middlesbrough, zmieniając świetnego Rossitera i trzeba przyznać, że zrobił swoje. Strzelił nawet karnego w niekończącym się konkursie jedenastek, po którym każdy, kto powiedział, że jest to czysta loteria, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.



Kolo Touré (21 spotkań) - 5,5

Doświadczony obrońca jest idealnym piłkarzem do bycia czwartym w kolejce do gry na stoperze, pech tak chciał jednak, że przez fenomenalną postawę Dejana Lovrena oraz kontuzje Mamadou Sakho, Iworyjczyk kilkukrotnie z tego numeru 4 stawał się nagle numerem dwa. Najgorszym momentem sezonu dla Kolo na pewno było przegrane 1:4 spotkanie z Arsenalem, gdzie kompletnie wykorzystane zostały wady 34-letniego obrońcy. Najlepszym zdecydowanie rewanżowe spotkanie z Realem Madryt w Lidze Mistrzów, swoim inteligentnym ustawianiem się na boisku Kolo zablokował bardzo wiele strzałów czym uratował The Reds przed blamażem. Ogólnie rzecz biorąc obecność Kolo w szatni na pewno jest przydatna i cieszę się, że podpisał nowy kontrakt, teraz przed sztabem w Melwood zadanie aby Iworyjczyk naprawdę stał się numerem 4 czy też 5, a nie był centralną postacią w jednym z najważniejszych spotkań sezonu.



José Enrique (9 spotkań) - bez oceny

Enrique w Liverpoolu stał się już bardziej postacią humorystyczną niż piłkarzem, nie zdziwiłbym się gdyby to on chodził w stroju Mighty Reda w trakcie spotkań The Reds. Rozegrał w tym sezonie kilka spotkań, jednym z nich był mecz o wszystko w Lidze Mistrzów z Bazyleą. Potem Hiszpana można było spotkać już tylko na twitterze i instagramie a nie boisku piłkarskim. Tego lata najprawdopodobniej odejdzie z drużyny i ciężko sobie wyobrazić aby klub ucierpiał na tym pod kątem sportowym.



Martin Škrtel (43 spotkania) – 6,5

Obrońca wiecznie na wylocie. Co roku debatuje się o jego roli w zespole, oczekując wzmocnień w defensywie a i tak to Słowak gra kolejny pełny sezon. Może to przez tło a może przez to, że Sakho nie był dostępny 24 h/dobę, 7 dni w tygodniu, ale Škrtel był jedynym, na którym można było polegać. Nie był świetny, co najwyżej twardy i solidny, ale może właśnie o to chodzi? Jako jedyny potrafił w jakikolwiek sposób dowodzić obroną a nawet miał dobry okres razem z Sakho i Canem, kiedy na początku roku wydawało się, że Liverpool wreszcie nauczył się grać rozsądniej w obronie. Zabrakło goli, które potrafił dołożyć do swojej gry rok wcześniej, natomiast ograniczył irytujący nawyk prowokowania spornych sytuacji, kiedy szarpał przeciwników w polu karnym. Jest współodpowiedzialny za chaos defensywny jaki dane nam było obserwować przez większość sezonu, ale jak wcześniej wspomniałem tło w postaciach takich jak Lovren stanowiło większy problem niż Słowak. Pierwszy raz wystąpił w roli przywódcy i wypadł przyzwoicie. Grał twardo i nieustępliwie a liczba jego błędów była niczym przy ilości interwencji ratujących Mignoleta.



Alberto Moreno (39 spotkań) – 5,5

Nie było łatwo wyrwać go z Sevilli. Miał być lekarstwem na problemy z pozycją lewego obrońcy. Młody, szybki, dynamiczny, przebojowy. Wszystko dobrze się zapowiadało do czasu aż nie wyszło na jaw, że w słonecznej Hiszpanii raczej nie przykładał się do nauki gry defensywnej. Czasem był mijany jak tyczka treningowa, czasem tylko chował ręce za plecami i nie blokował dośrodkowań a czasem po prostu go nie było w strefie, w której być powinien. Oczywiście to nie było regułą, ale raziło w oczy. Tak jak bramkarz musi przede wszystkim wyłapywać strzały tak obrońca powinien najpierw porządnie wykonywać swoje obowiązki a później dokładać coś ekstra. Moreno w ofensywie sprawował się dobrze. Potrafił współpracować z Coutinho czy Sterlingiem, samemu zagrozić czy mocno dośrodkować. Oczekiwano więcej. Debiutancki sezon w nowej lidze wyszedł mu średnio, ale na pewno drzemie w nim duży potencjał, który przy odpowiednim treningu może zrodzić klasowego bocznego obrońcę. Zdecydowanie musi popracować nad ustawianiem się na boisku oraz odbiorem.



Javier Manquillo (19 spotkań) – 5

Wypożyczony z Atlético prawy obrońca mógł się podobać. Jego postawa i zaangażowanie w grze były nienaganne. Bardziej doświadczeni koledzy mogliby brać przykład z jego postawy. W defensywie solidny i ciężko pracujący. W tym aspekcie lepszy od rodaka z drugiej flanki. Problemy zaczynały się jak trzeba było z odebraną piłką coś zrobić. Oczywiście najpierw szukał najprostszych rozwiązań jak podanie do najbliższego czy bezpieczniejsze do tyłu. To nie grzech, ale gdy wykonuje się to regularnie, okazuje się, że do wyprowadzenia piłki zamiast jednego podania trzeba kilkadziesiąt sekund i zaangażowania kilku kolegów. Javier nie wniósł po prawej stronie niczego konkretnego w ofensywie. Zapewniał solidność, ale mimo to nie dało mu to ostatecznie miejsca w składzie. Na koniec na jego pozycji z mizernym skutkiem nawet występował Emre Can. Jego wypożyczenie jest dwuletnie, więc pewnie zostanie w klubie na kolejny sezon. Jeżeli chciałby występować częściej, to musi grać bardziej przebojowo i odważniej w rozegraniu. Obecnego Liverpoolu nie stać na luksus posiadania zawodników dobrych tylko w jednej roli.



Dejan Lovren (34 spotkania) – 2

Najlepszym podsumowaniem sezonu w wykonaniu niedoszłego lidera defensywy Liverpoolu jest kultowy już cytat o tym, że Lovren ma coś wspólnego z Titanikiem – obaj nie powinni opuszczać Southampton. Rodgers wystawiając go do składu, usilnie pastwił się nad kibicami Liverpoolu, serwując im seanse, po których nawet on nie mógł powstrzymać się przed skrywaniem twarzy w dłoniach. Szukaniem odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak długo cieszył się uznaniem szkoleniowca, mógłby zająć się Bogusław Wołoszański, lekko modyfikując swój autorski program Sensacje XX wieku, uwzględniając obecne czasy. Popełnił masę pomyłek i błędów i ze względu na zdrowie psychiczne własne i czytających oszczędzę sobie dalszego komentarza na jego temat, naiwnie licząc, że w nadchodzącym okienku transferowym zostanie wymieniony na lepszy model.



Mamadou Sakho (26 spotkań) – 6,5

Z tajemniczych przyczyn Rodgersowi daleko jest do bycia fanem Francuza. Na pierwszy mecz derbowy przeciwko Evertonowi posłał go na trybuny, co postawiło pod znakiem zapytania przyszłość mającego jeszcze dwuletni kontrakt Sakho na Anfield. Nie ma wątpliwości, że jest najlepszym defensorem w kadrze zespołu, jednak miniony sezon nie był dla niego udany, głównie z powodu nękających go kontuzji. Z tego względu był trzykrotnie zmuszany do przerwy w występach. Najkrótsza pauza wynosiła cztery mecze na przełomie lutego i marca, zaś najdłuższa to ta od początku października do połowy grudnia. Z czwórki środkowych obrońców najlepiej wprowadza piłkę do linii pomocy, choć czasami przytrafiały mu się nonszalanckie zagrania obarczone dużym ryzykiem.



POMOCNICY:

Adam Lallana (41 spotkań) - 6

Sprowadzony za 20 mln funtów z Southampton Lallana miał być motorem napędowym ofensywy Liverpoolu, miał wprowadzić więcej luzu w naszej grze i dołożyć ruchu z przodu, który straciliśmy wraz z odejściem z klubu Luisa Suareza. Pomimo tego, że w wielu spotkaniach wyglądał nieźle to właściwie tym samym słowem można skwitować jego grę - nieźle. Rzecz jasna na pewno nie pomogła złapana w czasie przygotowań do sezonu kontuzja, Adamowi jednak daleko do bycia tzw. "gamechangerem" na który zapewne liczył Brendan Rodgers jak i fani The Reds. Biorąc pod uwagę kwotę za jaką trafił na Anfield, pierwszy sezon byłego kapitana Świętych trzeba uznać za rozczarowanie, większe lub mniejsze zależnie od tego jakie miało się w stosunku do niego oczekiwania ale jednak rozczarowanie. Pozostaje mieć nadzieję, że długie wakacje i porządnie przepracowany okres przygotowawczy pozwolą mu odzyskać blask i ustabilizować formę bo w kilku spotkaniach tego sezonu udało mu się pokazać dlaczego Liverpool zwrócił na niego uwagę.



Joe Allen (32 spotkania) - 6

Dla Walijczyka był to już trzeci sezon w barwach The Reds i po raz trzeci o jego grze można powiedzieć tylko tyle, że było porządnie. Bez fajerwerków, bez zbyt wielu zapierających dech w piersi zagrań oraz bez wielu powodujących zawał serca błędów. Ze swojej roli Allen wywiązywał się zwykle w należyty sposób i ciężko jest się do niego tak naprawdę przyczepić, jako zawodnik szerokiego składu jest on bardzo przydatnym elementem w układance Brendana Rodgersa. Jego umiejętność uspokojenia tempa gry wielokrotnie jeszcze przyda się The Reds, kibice zapewne oczekują od pomocnika reprezentacji Walii by ten poprawił trochę swój dorobek strzelecki, pudło z ubiegłorocznego meczu z Evertonem zapewne nadal siedzi w głowie wielu fanów na dźwięk jego nazwiska.



Lazar Marković (31 spotkań) - 5

Młody Serb trafił do Liverpoolu za 20 mln funtów z Benfiki i nie zdołał rozkochać w sobie kibiców z Anfield. 21-letni ofensywny pomocnik nie mógł liczyć na zbyt wiele swobody podczas procesu aklimatyzacji w nowym kraju i poza kilkoma spotkaniami nie zostawił on po sobie najlepszego wrażenia. W pamięci na pewno zostanie spotkanie Ligi Mistrzów z Bazyleą, w którym po wejściu z ławki Marković był zdecydowanie najlepszym piłkarzem The Reds na boisku, lecz po kilkunastu minutach złapał kuriozalną czerwoną kartkę i musiał zejść z boiska. Nie pomógł mu też fakt, że Brendan Rodgers chyba nie do końca wiedział jak skorzystać z serbskiego zawodnika. Marković na swoich nominalnych pozycjach rozpoczął w tym sezonie zaledwie 2 spotkania, najczęściej występował na zupełnie nieznanej mu do tej pory roli prawego wahadłowego. Ja w Markovicia wciąż wierzę i liczę, że w przyszłym sezonie pokaże zdecydowanie więcej, póki co jednak transfer ten ciężko nazwać udanym.



Suso (1 spotkanie) - bez oceny

Co tu dużo powiedzieć o młodym Hiszpanie? Rozegrał w tym sezonie jeden mecz, przeciwko Middlesbrough, strzelił w nim bramkę, która wyprowadziła The Reds na prowadzenie w dogrywce i... tyle. Suso nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań i zimą został sprzedany do AC Milanu.



Jordon Ibe (9 spotkań) – 7

Prawdopodobnie jedyny zawodnik, do którego nie można mieć żalu po tym sezonie. Może dlatego, że tragiczną pierwszą część sezonu spędził na wypożyczeniu a może za sprawą tego, że stał się nagle symbolem lojalności, ostro kontrastującym z kontrowersyjną postacią Sterlinga. Wrócił w styczniu do klubu i szybko zaznaczył swoją obecność przebojową grą na skrzydle czy jako wysunięty boczny obrońca. Potrafił świetnie kontrolować piłkę i utrzymywać się przy niej a także tworzyć przewagę pojedynkami 1 na 1. Czasami przesadzał z efektywnością, ale nie można mu zarzucić, że jego gra nie przynosiła wyraźnych efektów. Tworzył zamieszanie, które doprowadziło do kilku bramek. Ciągle musi pracować by regularnie tworzyć sytuacje i podejmować lepsze decyzje, ale to z pewnością talent, który już dziś zapracował na miejsce w drużynie. Idzie ścieżką wytyczoną przez Sterlinga i jest w punkcie, w którym trzeba pokazać, że dorosło się do odpowiedzialności jaka wiąże się z grą w seniorskiej piłce i kolejny sezon będzie dla niego niezwykle istotny.



Emre Can (35 spotkań) – 6,5

Niemiec nie był właściwie traktowany przez Rodgersa. Ten środkowy pomocnik padł ofiarą własnej wszechstronności, przez co na swojej preferowanej pozycji zagrał w minionym sezonie zaledwie dziesięć razy (tylko sześć od pierwszej minuty). Obiecująco zaczął się dla niego listopad, gdy rozegrał niezłe zawody na Santiago Bernabeu, a kilka dni później strzelił gola Chelsea i został uznany przez kibiców Liverpoolu piłkarzem meczu. Następnie nastała przerwa reprezentacyjna, po której szkoleniowiec the Reds wymazał z pamięci dobrą postawę Emre Cana i przez kolejne dziewięć spotkań były zawodnik Bayeru Leverkusen pojawił się na boisku zaledwie dwa razy, wchodząc na końcówki spotkań. Później Rodgers dość irracjonalnie tłumaczył się z niestawiania na Cana tym, że młodzieniec musiał się przystosować do gry w nowej lidze (z pewnością najefektywniejszą nauką jest oglądanie popisów kolegów z ławki rezerwowej). Na pewno przysłużyła mu się zmiana formacji, gdzie dość szybko znalazł swoje miejsce na środku obrony, imponując siłą i dobrym wyprowadzeniem piłki. Na końcówki niektórych spotkań Rodgers dokonywał też zmian taktycznych, przesuwając go na prawe wahadło, gdzie przez te kilkanaście minut również spisywał się bez zarzutu. Pod koniec sezonu spuścił trochę z tonu. Z całego letniego zaciągu wydaje się być najlepszym transferem i najbardziej przyszłościowym. Jest zaawansowany technicznie, a do tego wnosi do drużyny siłę fizyczną i cechy przywódcze, czyli dwie rzeczy będące towarem deficytowym w drużynie the Reds.



Jordan Henderson (49 spotkań) – 8

Najlepszy i najrówniejszy piłkarz tego sezonu. Opuścił tylko cztery mecze i tak się składa, że bez niego Liverpool trzy z nich przegrał i jeden zremisował (z Middlesbrough w Pucharze Ligi). W minionych miesiącach stał się liderem zespołu, co zauważył Rodgers, obdarowując go opaską kapitana pod nieobecność Gerrarda. Anglik był jeszcze lepszy niż w rozgrywkach 2013/14, w swojej grze poprawił zwłaszcza umiejętność wykonywania ostatnich podań. W sezonie z zabójczym duetem SaS nie imponował specjalnie prostopadłymi podaniami, w tym mimo mniej ruchliwych zawodników w ataku popisywał się posyłaniem znakomitych piłek za linię obrony, które otwierały kolegom drogę do bramki. Zdecydowana większość asyst Hendo były to asysty z gry, a nie ze stałych fragmentów. Wkład w ofensywę the Reds najlepiej obrazuje porównanie dorobku Jordana i Coutinho w kontekście goli, asyst, wykreowanych szans i kluczowych podań na mecz w rozgrywkach Premier League. W każdej ze statystyk Anglik góruje nad Brazylijczykiem.



Lucas Leiva (28 spotkań) – 6,5

Mimo zainaugurowania sezonu w pierwszym składzie, zaczynając mecz pierwszej kolejki z Southampton obok Gerrarda, przez pierwsze miesiące był piłkarzem zapomnianym, niedocenionym i odstawionym na boczny tor, najczęściej przyglądającym się grze swojej drużyny z ławki lub trybun. Czy słusznie? Niech odpowiedzią na to będzie bilans Liverpoolu z ligowych rozgrywek, w których Brazylijczyk zaczynał spotkania od pierwszej minuty – 9 zwycięstw, 4 remisy, 3 porażki. Mimo rozpoczęcia tylko szesnastu gier jest to połowa dorobku the Reds z całego sezonu. Drużynie wyraźnie szło lepiej, gdy pozycję defensywnego pomocnika zajmował będący od ośmiu lat na Anfield Lucas niż Gerrard. Nie jest to dowód świadczący o wielkości 28-latka, bardziej pokazuje to potrzebę posiadania go w szerokiej kadrze zespołu. Jego obecność w składzie daje do myślenia, jak mógłby się zmienić Liverpool, gdyby na jego pozycji stale występował defensywny pomocnik z prawdziwego zdarzenia. Były już reprezentant Brazylii bardzo dobrze rozprowadza piłkę, ale brakuje mu dynamiki, przez co za łatwo daje się ogrywać i często ratuje się faulami przed własnym polem karnym.



Jordan Rossiter (1 spotkanie) – bez oceny

Ten młody Scouser mając sześć lat rozpoczął treningi w młodzieżowej drużynie Liverpoolu, a w minionych rozgrywkach zadebiutował w pierwszym zespole, uświetniając swój premierowy występ zdobytą bramką w pucharowym spotkaniu z Middlesbrough, w którym rozegrał siedemdziesiąt dziewięć minut w środku pola i zebrał pochlebne recenzje. 18-letni Rossiter należy do jednych z najzdolniejszych zawodników klubowej akademii i miejmy nadzieję, że podąży drogą Stevena Gerrarda, a nie skądinąd sympatycznego Jaya Spearinga.



Steven Gerrard (41 spotkań) – 5

Miniona kampania ikony Liverpoolu nie należała do szczególnie udanych i słusznie panuje przekonanie, że nasz kapitan zakończył karierę w ukochanym klubie o sezon za późno. Nie chodzi tu wyłącznie o dobro klubu, ale i samego Steviego G. Mecze ze Stoke i Crystal Palace były niegodnym pożegnaniem legendy the Reds. Ostatnie spotkania z odwiecznymi rywalami, gdzie cały mecz z Evertonem Gerrard sobie przespacerował, a z United przespacerował się nawet po stopie Andera Herrery, za co wyleciał po 38 sekundach, również pozostawiają duży niesmak. Trzeba jednak dodać, że przynajmniej w liczbie strzelonych goli nie zszedł poniżej pewnego poziomu i zdobył ich najwięcej z całej drużyny (13 we wszystkich rozgrywkach). Miał też swoje momenty, w których mogliśmy sobie przypomnieć o jego klasie, jak: karny w ostatniej minucie meczu z Ludogorcem, perfekcyjne rzuty wolne z the Toffees, Basel i Wimbledonem, czy rewelacyjne bramki głową z the Dons i Chelsea. Nie zmienia to jednak faktu, że Stevie niewiele mógł zaoferować zespołowi poza golami z lub po stałych fragmentach gry. Wystarczy wspomnieć, że przez cały sezon zaliczył w lidze tylko jedną asystę. Raziła jego bierność w defensywie i ofensywie. Jego pojedyncze, klasowe przerzuty nie mogły przysłonić prawdy o zbyt częstym hamowaniu kolegów w kreowaniu akcji. Nie sprawdził się kompletnie jako defensywny pomocnik, za co jednak nie ponosi pełnej odpowiedzialności. Niska nota wynika natomiast z prostej przyczyny – mam za duży szacunek do kariery naszego kapitana, żeby sztucznie mu podwyższać ocenę ze względu na całokształt twórczości. Niech jego osiągnięcia przemówią same za siebie.



Philippe Coutinho (52 spotkania) – 8

Zawodnik, który stoi u progu wielkiej kariery, ale chimeryczność wyraźnie zatrzaskuje mu jeszcze drzwi przed nosem. Nadal brakuje mu konsekwencji i regularności w grze na najwyższym poziomie, jednak jako jeden z nielicznych nie stracił na jakości po odejściu Suáreza. Nie wiem czy zasłużył na obecność w jedenastce sezonu Premier League, ale trzeba przyznać, że coraz sprawniej wykorzystuje na boisku swoje niebywałe umiejętności techniczne. Mimo, że w pierwszej części sezonu grał nierówno, od wejścia z ławki w meczu z QPR w październiku był chyba jedynym graczem, który trzymał poziom w tamtym kiepskim dla the Reds czasie. Niestety poza wspomnianym okresem, potrafił całkowicie przepadać na boisku. Druga odsłona kampanii to już osobna historia, gdzie Brazylijczyk był głównym bohaterem imponującego marszu Liverpoolu po Top 4. Jego strzały z Southampton i City były kosmiczne, a pasja jak biła po strzelonych golach urzekająca. Wielki talent i jeszcze większe serce do gry. Równiejszy w przekroju całego sezonu był Henderson, ale prawda jest taka, że poziom umiejętności i potencjał Philippe są dla Anglika osiągalne co najwyżej w Fifie.



Raheem Sterling (52 spotkania) – 7

Były momenty, kiedy młody Anglik był motorem napędowym każdej akcji ofensywnej the Reds. Szczególnie na początku sezonu, kiedy praktycznie każda sytuacja w ataku była oparta na jego szybkości i dryblingu. Nawet na późniejszym etapie, kiedy cała ekipa wyraźnie obniżyła loty, starał się ciągnąć całą grę. Statystycznie jest w czołówce zespołu niemal w każdym ofensywnym aspekcie: najwięcej wykreowanych szans w lidze (75), najwięcej kluczowych podań (68), drugie miejsce w udanych dryblingach (103), drugie miejsce w strzelonych bramkach i asystach (po 7 w obu statystykach). Wyraźnie brakowało mu jednak obecności napastnika z prawdziwego zdarzenia, który skupiłby na sobie część uwagi obrońców i mógł kończyć akcje. Na szpicy potrafił niejednokrotnie świetnie ruszyć do piłki, by zaraz zmarnować setkę. Na skrzydle potrafił w pewnym momencie uczynić swój największy atut, jakim jest drybling, przekleństwem całej ekipy, gdy nieustannie spowalniał akcje i pozwalał na ponowną organizację przeciwnikom. Był to – podobnie jak u Coutinho – dość nierówny sezon, który potwierdził jego potencjał, ale z całą pewnością nie klasę piłkarską. Genialnej bramce z Chelsea, można przeciwstawić nieskuteczność z United; cechy przywódcze ze spotkania Bournemouth, cechom zagubionego dzieciaka z pierwszego starcia z Basel. W końcówce sezonu było widać już kompletny brak zaangażowania, spowodowany nierozwiązaną sprawą kontraktu. Dlatego, mimo ogólnie pozytywnego wpływu na grę zespołu oraz mając z tyłu głowy rzucanie młodym skrzydłowym po niekoniecznie szczęśliwych dla niego pozycjach, nie zasługuje na więcej.



NAPASTNICY:

Mario Balotelli (27 spotkań) – 4

Nawet pewnie Natalia Siwiec wiedziała przed transferem kto to Balotelli i jaka z niego tykająca bomba. Jakoś mimo oczywistych problemów z zachowaniem na i poza boiskiem, Liverpool postanowił Luisa Suareza zastąpić niesfornym Włochem. Przez pierwsze miesiące pozaboiskowe ekscesy nie były tematem. Głównie dlatego, że fani skupiali się na fatalnej grze. Szybko z gry wypadł Sturridge i zanim zdążyli sprawdzić się jako duet, Mario pozostał samotnym napastnikiem. W tej roli przepadł. Kiedy nie tracił łatwo piłek lub nie spowalniał akcji to strzelał. Przy czym mało to miało wspólnego z piłkarskim uderzaniem piłki w kierunku bramki przeciwnika. Balotelli bez przygotowania kopał z każdej pozycji, ciągle bez efektu. Gra z nim na szpicy wyglądała na improwizację i to bardzo nieskuteczną. Paradoksalnie w tamtym okresie grał dużo. Później popadł w niełaskę i taki stan utrzymał się do końca mimo kilku epizodów w trakcie sezonu, kiedy już w lepszej formie wykazywał się czymś więcej. Wtedy już było dla niego za późno i taki stan się nie zmienił. Rozczarował, chociaż wątpliwości może budzić to gdzie i kiedy go wystawiano do gry. Kiedy wydawało się, że wykorzystał daną mu szansę w kolejnym meczu nie było go nawet w składzie. Nie poradzono sobie z nim zarzucając mu lenistwo a przecież to nigdy nie było jego zaletą ani tajemnicą. Niewłaściwy człowiek w niewłaściwym klubie.



Rickie Lambert (31 spotkań) – 5

Przychodził jako opcja B dla opcji A, która po odejściu Suáreza i kontuzji Sturridge’a przestała istnieć. Kilka goli, kilka asyst to jest to, co miał oferować i swoją rolę spełnił, chociaż fani mogą nie być zadowoleni z jego postawy. Momentami Rodgers opierał atak na nim, co rzutowało później na negatywną opinię fanów. Z oczywistych względów nie spełnił się w roli wiodącego napastnika. Nie ten wiek, nie ta szybkość, nie ten talent. Obrywało mu się za błędy klubu, który nie potrafił znaleźć godnego następcy Suáreza. Nie grał źle, ale nie nadawał się do bycia centralną postacią w ataku. Nie udało mu się wskoczyć na wyższy poziom i wykorzystać szans, które trafiały się mu częściej niż zakładano przed transferem. Z racji jego wieku i nadchodzących wzmocnień w ataku jego pierwszy sezon może być także ostatnim. Dla niego to pewnie ciekawa przygoda, dla klubu kolejny zawodnik, który nie potrafił się niczym wyróżnić.



Jerome Sinclair (2 spotkania) – bez oceny

Nie grał wiele, jedynie dwa drobne wejścia z ławki, po których ciężko go ocenić. Dostał w ten sposób nagrodę za dobre występy w zespołach juniorskich. Jest młody i ma jeszcze czas, ale miło, że dostał szansę na debiutanckie minuty. To powinno go zmotywować do jeszcze cięższej pracy. Oby za rok można było więcej o nim napisać.



Fabio Borini (18 spotkań) – 5

Wyszedł z założenia, że kolejna szansa gry w wielkim klubie może się tak szybko nie powtórzyć i odrzucił przedsezonowe zakusy Sunderlandu i QPR na rzecz kontynuowania kariery w zespole wicemistrza Anglii. Autorski transfer Rodgersa z 2012 roku otrzymywał jednak bardzo niewiele szans. Szkoleniowiec początkowo wolał stawiać na Balotellego, później na Sterlinga, a nawet Lambert miał wyższe notowania i dostał niemal dwukrotnie więcej minut od Boriniego. Fabio brakuje lepszej techniki użytkowej, by rywalizować na najwyższym poziomie, ale pod nieobecność Sturridge’a był jedynym napastnikiem, który pasował do stylu gry opartego na dużej ruchliwości i pressingu. W styczniu dostał szansę gry od pierwszej minuty w meczu z Sunderlandem i zaliczył asystę przy golu Markovicia w wygranym 1:0 meczu. Tydzień później w Birmingham znów pojawił się w pierwszej jedenastce i otworzył wynik spotkania. Po tych dwóch niezłych występach, w których wniósł wkład w zdobyte sześć punktów, Włoch nie powąchał murawy Premier League przez kolejne dziewięć spotkań, w sześciu z nich nie złapał się nawet do meczowej osiemnastki. Zasłużył na większe zaufanie. Dla niego to prawdopodobnie ostatni sezon w Liverpoolu. Tak jak filmowy Rocky Balboa, Borini miał wielkie serce do walki i z tego powinien zostać zapamiętany przez kibiców the Reds.



Daniel Sturridge (18 spotkań) – 4,5

Niestety sezon 2014/2015 był dla naszego napastnika totalną katastrofą. Seria kontuzji, których doznał Anglik kompletnie podcięła mu skrzydła. Tak naprawdę nie miał szans na zdobycie lepszej oceny. Miał niezły początek kampanii, gdzie stopniowo wywierał coraz większy wpływ na całą ekipę Czerwonych. Gol z Southampton czy asysta z City, a później efektowny występ z Tottenhamem dały nadzieję na to, że można żyć bez Suáreza. Niestety wkrótce okazało się, że duet SaS przerodził się co najwyżej w parę taneczną z Moreno. Niestety poza przerwą na chwilę chwały w meczu z West Hamem, reszta sezonu to pasmo piętrzących się nieszczęść, przeplatanych wycieczkami do LA.



MENADŻER:

Brendan Rodgers (56 spotkań) – 3,625

Po dwunastu miesiącach, które minęły od zapierającego dech w piersiach sezonu, w którym Liverpool zdobył wicemistrzostwo Anglii, ogólna ocena Rodgersa jest skrajnie inna niż wówczas. Rachunek sumienia Brendana obfity jest w różne grzeszki, począwszy od kiepskich transferów firmowanych jego nazwiskiem, poprzez sadzanie na ławkę wyróżniających się wcześniej zawodników (Coutinho MOTM pierwszego meczu z Realem, następnie ławka; Toure najlepszy na Santiago Bernabeu, następnie prawie miesiąc na ławce; Can MOTM z niepokonanym liderem Premier League i dalej rola rezerwowego; Lallana najlepszy w słabym meczu z Crystal Palace – zmieniony jako pierwszy, kolejny mecz na ławce itd.), wciskanie do składu Lovrena i Johnsona oraz Gerrarda na pozycji defensywnego pomocnika, brzydka gra przez pierwsze miesiące, kończąc na kiepskich wynikach. Liverpool w tym sezonie pobił dwa niechlubne rekordy: 1. Po szesnastu ligowych potyczkach był to najgorszy start sezonu od kampanii 1964/65, 2. Porażka ze Stoke była najwyższą od 1963 roku. Dla pocieszenia dodam, że managerem Liverpoolu w latach 60 był Bill Shankly, a w sezonie 1964/65 the Reds bronili mistrzostwa kraju. Po stronie plusów można zapisać dalszy rozwój Hendersona, poprawienie na jakiś czas gry w defensywie, czy też zmianę formacji, po której nastąpiła poprawa w grze i długa passa trzynastu ligowych meczów bez porażki. Nie ulega wątpliwości, że za ewentualnie kolejny nieudany sezon głową odpowie już sam Rodgers, a nie tak jak w tym sezonie jego pomagierzy. (Licznerek)



Żeby zrozumieć tak surową notę, trzeba sobie w tym natłoku wymówek i okoliczności niezależnych od menedżera odpowiedzieć na jedno pytanie. Co zrobił Brendan Rodgers, żeby koncepcja the Reds nie upadła wraz z odejściem Suáreza? W moim odczuciu niewiele. Plan sprowadzenia Lallany i postawienia na Sturridge’a kompletnie nie uwzględniał problemów zdrowotnych obu zawodników. Do tego należy dodać szereg błędów. Trzymanie na siłę Gerrarda na pozycji defensywnego pomocnika, utrudniło odpowiednią organizację obrony i skazało legendę na doświadczanie kolejnych upokorzeń. Zmiana w bramce może i przyniosła efekt w postaci powrotu do żywych Mignoleta, ale była zarazem naszym gwoździem do trumny, przyszykowanej przez dwóch starszych panów. Jednego – który wbijał go na Anfield, drugiego – który sam zaliczył gwoździa na klubowej imprezie. Nawet manewry ze zmianą pozycji graczy, z których przecież Rodgers słynął, w dalszej perspektywie nie przyniosły większych efektów. Plus w postaci udanej zmiany formacji to zdecydowanie za mało na jakąś rozsądną ocenę, ponieważ cała reszta to bajki na konferencjach i horror na murawie. (Raf)



Ocena podniesiona za kilka miesięcy na początku roku, w których pokazał, że nie jest amatorem. Nie wiem co gorsze. Upadek na początku sezonu, kiedy kumulacja utraty kluczowych graczy i nieudanych transferów zamieniła pretendenta do tytułu w przeciętniaka czy ostatnie miesiące sezonu, kiedy wywieszono białą flagę i machano nią kilka tygodni? Brendan nie trafiał z decyzjami. Próbował od początku postawić na nowych, ale Lovren i Moreno zawodzili w obronie a Balotelli w ataku. Do tego kontuzje Sturridge’a i Flanagana pozbawiły zespół odpowiednio goli i cojones. Uparcie się trzymał swoich pomysłów, wierząc w przełamanie, ale to nie nadeszło. Przeciętność, przeciętność, przeciętność. Do dziś nie do wyjaśnienia jest decyzja o tym by odsunąć Mignoleta akurat na dwa pojedynki przeciwko bezpośrednim rywalom o czołową czwórkę. Później nastąpiło cudowne przebudzenie. Zmienił formację, trafił w punkt z trzyosobową obroną Sakho, Škrtel, Can. Pomogła też forma Mignoleta i powrót do życia Lucasa. Jednak znowu w kluczowych pojedynkach poniósł klęskę. Najgorsze jednak było to, że zespół pozwalał na porażki. Jak marzenia o Lidze Mistrzów się oddaliły poddano się i już każdy mógł pokonać Liverpool. Ostatecznym poniżeniem była porażka ze Stoke. Ten sezon poszedł na marne. Wynik znacznie gorszy niż przed rokiem, kompromitacja w fazie grupowej Ligi Mistrzów, brak wypracowanych nowych, funkcjonujących systemów gry, zawodnicy porozrzucani po obcych sobie pozycjach. Jednym słowem chaos, nad którym Brendan w pewnym stopniu utracił kontrolę. Pozostanie w klubie po takim sezonie może oznaczać jedynie to, że każde kolejne potknięcie może zakończyć się pożegnaniem. Nie tak to miało wyglądać, kiedy rok wcześniej płakano nad straconym tytułem. (Hulus)



Brendan Rodgers do sezonu przystępował z tytułem "Menadżera Roku" za poprzednie rozgrywki, w tym roku w rozmowie na temat tej nagrody mogliby go umieścić chyba tylko szydzący z Liverpoolu kibice Manchesteru United. Menadżer z Irlandii Północnej zdecydowanie za późno przypomniał sobie, że nie ma w składzie już Luisa Suareza, a Daniel Sturridge jest kontuzjowany. Złe ustawienie zespołu, zły dobór piłkarzy, rzucanie zawodników po nieodpowiednich pozycjach (Sterling, Marković, Can) i wiele, wiele innych. Można by o tym sezonie w wykonaniu Rodgersa całą książkę napisać. Należą mu się pochwały za odwrócenie sytuacji na początku 2015 roku, kiedy to zmienił formację i podniósł Liverpool w tabeli, sama końcówka była jednak gorsza niż początek tak więc znów jesteśmy w punkcie zero. Rodgers od właścicieli dostał niedawno żółtą kartkę z upomnieniem, że jeszcze jeden faul i litości już nie będzie. Miejmy nadzieję, że wziął to sobie nasz menadżer do serca i udowodni, że to jemu należał się tytuł najlepszego menadżera Premier League w 2014 roku, a nie jak wielu twierdzi Luisowi Suarezowi. (Jetzu)

Autor: Jetzu, Hulus, Licznerek, Raf Dodano: 16.06.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON