Sinusoida na Anfield Road

Nie przypominam sobie sezonu, w którym tak radykalnie Liverpool zmieniał oblicze z meczu na mecz. Doszliśmy do punktu, w którym tylko bukmacherzy się cieszą, ponieważ nie wiadomo jak się nasi pupile zaprezentują. Stałość formy i konsekwencja są znane tylko niektórym naszym piłkarzom, a przecież jak bez tego wygrywać tytuły?

Reina jest jedynym, który gra od pierwszego meczu na odpowiednim, równym poziomie. Przede wszystkim nie pomagają kontuzje. Gerrard nie pokazuje tego, do czego nas przyzwyczaił, bo nie ma takiego luksusu, żeby całkowicie wrócić do zdrowia. Jest po prostu zbyt ważny, żeby czekać ten dodatkowy tydzień na niego. Torres, Yossi, Riera, Aurelio, Agger, Gerrard, Johnson to filary tej drużyny, a każdy z nich nie był dostępny przez sporą liczbę gier lub grał z niewyleczoną kontuzją. To duży problem, bo Benitez musiał wybierać z tych, co są dostępni a nie tych, którzy są w najlepszej formie czy najlepiej pasują do rywala. Skromna liczba dostępnych graczy stworzyła kolejny problem: brak konkurencji.

Rywalizacja między zawodnikami to najlepsza metoda na podnoszenie poziomu. Dlatego każdy trener dąży do sytuacji, gdzie miałby dwóch zawodników na każdą pozycję, a jeszcze lepiej jak kilku z nich może grać na kilku pozycjach. Tylko, że muszą to być gracze na odpowiednim poziomie. Degen nie jest wyzwaniem dla Johnsona takim jak Insua dla Aurelio. Ngog, Kuyt i Babel razem wzięci nie są lepsi od Torresa. Aquilani w tej formie fizycznej również nie stanowi wielkiego wyzwania dla nawet Lucasa. Niestety często skazani byliśmy w tym sezonie na korzystanie z usług piłkarzy bez formy. Obecnie jest takim np. Skrtel.

Ogólnie nie ma jednej prostej recepty na poprawienie naszej niekonsekwencji. Odpowiedzią naszych graczy i trenera na to może być tylko ciężka praca. Jednak sinusoida uniesień i upadków w tym sezonie nauczyła nas, że nawet zwycięstwo nad największym rywalem może nic nie oznaczać, bo tydzień później znowu jacyś przeciętni kopacze sprowadzą nas na ziemię. I tak właśnie było ostatnio.

Wygrana z Tottenhamem a za chwilę remis z Wolves. Nie trafiają do mnie ‘pozytywy’ Rafy o kolejnym meczu bez porażki, bez straconej bramki, bo przecież w konfrontacji z Wilkami to dla mnie minimum. Teraz wygraliśmy z Boltonem, wygraliśmy zasłużenie, ale też nie zagraliśmy równych 90 minut. Znowu były fragmentu chaosu, nieporozumień w obronie i długo brakowało drugiej bramki i znowu zmarnowaliśmy idealną sytuację do tego. Jednak mimo tych wszystkich doświadczeń z tego sezonu znowu dajemy się ponieść zwycięstwu, chociaż już ostrożniej. Ja widzę tym razem postęp. Wygrywaliśmy z MU, Evertonem, Villą i Tottenhamem, ale nie imponowaliśmy w tych meczach grą, raczej zaangażowaniem i walką. Teraz rywal co prawda słabszy, ale my zaczęliśmy grać w piłkę. Jeszcze to nie ‘to’, ale mały krok do przodu wykonany. Jednak teraz prawdziwe wyzwanie. Everton jest w świetnej formie, widocznie obudzili się po słabym początku i imponują wynikami ostatnio. Jeśli za tydzień będzie można się cieszyć z 3 punktów to już uwierzę w postęp.

Autor: Hulus Dodano: 31.01.2010

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON