SAS + C?

W poprzednim artykule wspomniałem o obawach wiążącym się z utratą balansu w drużynie po powrocie Coutinho. Już w poprzednim sezonie ustawiany był raczej po lewej stronie, żeby nie otwierać w środku korytarza dla przeciwnika, któremu drobny Brazylijczyk nie potrafił odebrać piłki. Wspaniale byłoby dać swobodę całej trójce, ale jakim byłoby to wyzwaniem dla reszty zespołu, który wykonywać musiałby gigantyczną pracę, aby trio z przodu mogło terroryzować przeciwnika. Jak więc pogodzić ze sobą pragmatyzm i fantazję?

Może wyjściem byłby powrót do 4-3-3? Załóżmy Sturridge grałby na szpicy, Coutinho ponownie na boku a Suarez z drugiej strony. Wtedy większa odpowiedzialność spadałaby na bocznych obrońców, ewentualnie pomocników ich asekurujących. Na pewno wiele korzyści przyniosłoby posiadanie trzech najzdolniejszych ofensywnych graczy na boisku, zwłaszcza, że bez trudu mogliby się wymieniać pozycjami i uzupełniać. Tylko czy chcemy, żeby wrażliwym punktem zespołu były boki obrony? Czy możemy zaufać Enrique, Cissokho, Johnsonowi czy Kelly’emu? Na chwilę obecną może tylko przy grze Glena reszta obrońców nie ma podwyższonego pulsu. Na koniec liczy się to czy zyski w ofensywie zniwelują braki z tyłu. Szczególnie, że wskazana dla naszej defensywy jest obecność jak największej liczby środkowych obrońców, czyli najlepszych defensorów w klubie.

Ciekawe jak z powrotem do zdrowia Coutinho poradzi sobie Rodgers, bo nawet jeśli jeszcze na Arsenal go oszczędzi to na pewno w kolejnych spotkaniach sięgnie po swój brylancik. Ciekawą analogią jest sytuacja Aggera. Duńczyk przejął rolę wice kapitana, zwiększył jeszcze bardziej swoje znaczenie w zespole, ale w czasie jego nieobecności trio Skrtel-Sakho-Toure radziło sobie na tyle dobrze, że nie było potrzeby zmiany. Jednak ciężko wyobrazić sobie, aby Brendan na dłuższą metę trzymał najlepiej grającego piłką obrońcę na ławce. Tak samo wyglądać może powrót Coutinho, niewykluczone, że także Allena. Jednak dopóki zespół radzi sobie dobrze, trenerowi ciężko cokolwiek zmieniać. Po pierwsze po co mieszać w czymś co działa? Poza tym nie warto ryzykować z morale zawodników. Ostatnie czego potrzeba w szatni to zazdrość czy poczucie niesprawiedliwości.

Odchodząc jednak od kwestii taktycznych albo psychologii szatni, wyobraźmy sobie ile dobrego mogłoby dać dołączenie do już niebywałego duetu jeszcze kreatywności Coutinho. Jeśli dziś czegoś brakuje wychwalanym napastnikom do częstszych wyjść 1 na 1 z bramkarzem. Strzelają bramki po indywidualnych akcjach lub wspólnych wymianach, ale raczej korzystają z nadzwyczajnych umiejętności, strzelając z różnych pozycji, niekoniecznie wypracowując sobie wzajemnie klarowne sytuacje. Tymczasem Brazylijczyk najmocniej zaimponował w poprzednim sezonie właśnie lekkością z jaką wypracowuje kolegom stuprocentowe sytuacje. Jeżeli Liverpool będzie miał szczęście posiadania wszystkich trzech w szczytowej formie to Rodgers nie będzie miał wyjścia i będzie zmuszony podporządkować cały zespół pod nich. Dla SAS już to zrobił a w Brazylijczyka jest przecież zapatrzony równie mocno jak kibice.

Nie przez przypadek poruszam temat ofensywy. Dziś to już niemal tylko dwóch napastników. Udział w akcjach biorą też inni, ale od kiedy SAS zaczęli razem grać w tym sezonie, jedynie Gerrard zdołał wpisać się na listę strzelców i to po rzutach karnych. Świetnie jest posiadać dwóch takich napastników, szczególnie gdy współpraca pomiędzy nimi wygląda obiecująco, ale przyjemnie byłoby widzieć także innych piłkarzy stanowiących realne zagrożenie dla przeciwnika. Jednak szczerze ciężko sobie wyobrazić na chwilę obecną, aby z otwartej gry bramkę zdobył ktokolwiek inny. Obaj zawłaszczyli totalnie dla siebie pole karne przeciwnika a ostatnio nawet plac wokół niego. Wyobraźnia Coutinho mogłaby otworzyć korytarze do ataku dla innych piłkarzy. Naiwne jest przecież poleganie wyłącznie na dwóch zawodnikach, nawet takich. Nie wolno przecież zapominać, że rozegrali razem także meczu pucharowy na Old Trafford, kiedy nie potrafili strzelić bramki i od razu kosztowało nas to eliminację z rozgrywek.

Poza tym ta współpraca pomiędzy nimi jest dziwna. Są pojedyncze impulsy w trakcie spotkań, kiedy wymieniają między sobą podania. Przez większość czasu jednak jeden drugiemu tworzy miejsce do ataku i w ten sposób dezorganizują obronę przeciwnika a za sprawą wysokich indywidualnych umiejętności zdobywają bramki. Dopóki ego obu to wytrzymuje, zespół korzysta. Problemy zaczną się, kiedy decyzje o samodzielnym kończeniu akcji zaczną wyraźnie przeważać, ale to akurat zbędne obecnie czarnowidztwo. Mamy więc niezwykle efektywny duet, którego współpraca trwa nawet bez wymiany piłki. Przyjemnie się to ogląda, ale za to pochwalić trzeba Sturridge’a. Tzn. Suarez wnosi więcej do tej pary, ale z racji jego klasy oraz doświadczenia w grze z różnymi napastnikami naturalniej przychodzi mu współpraca. Tymczasem Sturridge od początku był indywidualistą a pod skrzydłami Rodgersa stara się grać bardziej zespołowo. Ciągle ma tendencję do bycia w centralnym punkcie gry, ale wyraźnie czuje respekt wobec Luisa i przy nim pokornieje. Suarez potrafiłby zgrać się z każdym. Nawet przy Carrollu wyglądał dobrze, chociaż wtedy jedyne na co mógł liczyć to zgrania głową. Uznanie należy się Danielowi za postęp jaki wykonał od momentu transferu. Niemniej przed nim jeszcze wiele pracy, bo wyraźnie widać, że może wycisnąć więcej ze swojego potencjału.

W piłce wszystko zmienia się szybko. Suareza nie było dziesięć spotkań i wcale nie było widać dziury w zespole po nim. Coutinho wypadł na kilka tygodni i z problemami, ale jednak sobie poradzono także bez niego. Pora jednak przypomnieć o sobie i w końcu zaprezentować pełne możliwości ofensywne. Może punktujemy dobrze, podobnie jak na wiosnę, ale przyjemnie byłoby także widzieć podobną siłę rażenia a bez małego Brazylijczyka ciężko sobie to wyobrazić.

Autor: Hulus Dodano: 29.10.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON