Brudne derby

Na ten mecz czekaliśmy cały tydzień, z każdym dniem napięcie rosło, aż w końcu nadeszła 13:45, sobota. Nikt nie oczekiwał finezji ani fajerwerków, każdy czekał na walkę, kartki i dużo spięć między lokalnymi rywalami. Carragher jak przystało na wychowanka dał sygnał do ataku, niestety nie na bramkę Howarda, ale łokciem na twarz Pienaara. Długo nie trzeba było czekać na kolejne takie ‘przyjacielskie’ gesty. Cahill nokautuje Lucasa, Pienaar Mascherano, Argentyńczyk Fellainiego, a ten każdego z kim się starł.

To były niesamowicie ostre i brutalne derby, a przynajmniej do 34. minuty, kiedy pan Martin Atkinson postanowił z tym skończyć i wyrzucić Kyrgiakosa z boiska. W moim odczuciu to była jedyna szansa, żeby piłkarze nie połamali się wzajemnie. Do tej decyzji można mieć pretensje, bo Grek co prawda był bardzo agresywny, ale nóg od ziemi nie oderwał, a ‘poszkodowany’ Fellaini sam faulował przy tym starciu, więc decyzja mocno kontrowersyjna. Jednak odmieniła całkowicie mecz. Liverpool musiał grać w osłabieniu, w dodatku bez najlepszego gracza w powietrzu, a przecież to główna broń zwłaszcza Cahilla.

Natomiast Everton stracił swojego najlepszego gracza. Najciekawsze w tym wszystkim jednak było, że nagle z brutalnej szarpaniny zrobił nam się taktyczny pojedynek, którego Benitez przegrać nie mógł. Mascherano na prawą obronę, Gerrard cofa się do pomocy, a wysunięty Ngog ma przytrzymywać jak najlepiej piłkę i nie dopuszczać środkowych obrońców do ofensywnych szarży. Oczywiste, że Everton mógł mieć optyczną przewagę, ale bicie głową w mur to delikatne określenie ich poczynań ofensywnych. Zadziwiające jest to, że wygraliśmy po bramce bezpośrednio z rzutu rożnego. Przecież to my w tym sezonie po takich akcjach przegrywamy. Tym lepiej to zwycięstwo smakuje. Nie zdziwiło natomiast nazwisko bohatera: Dirk Kuyt- trzeci Scouser w Liverpoolu.

Mnie jednak nie podobało się nasze nastawienia na ten mecz. Mało kto potrafił zachować spokój i racjonalne myślenie podczas meczu, natomiast każdy podwaja swoją agresję. Oczywiście wymagam w derbach całkowitego zaangażowani i walki, ale niekoniecznie agresji i chamstwa. Było w czasie pierwszych 34 minut kilka takich zagrań, po których straty w ludziach byłyby spore. Przy braku szczęścia Pienaar mógł mocno poszarpać korkami nogę Mascherano, ten natomiast mógł równie mocno skrzywdzić Fellainiego, który to kopnął w twarz Kuyta, itd. Kto cieszyłby się z wygranej, jeżeli okupilibyśmy ją stratą kluczowego zawodnika?

Mało było czystej gry, ładnego futbolu, gry piłką. Jednak w tych derbach nigdy to nie dominowało. To na pewno nie są najpiękniejsze pojedynki na świecie, ale z pewnością jedne z najtwardszych. Na te kilka meczy w sezonie bez względu na formę drużyn i pozycję w tabeli piłkarze wychodzą jak na bitwę. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jakie napięcie musi panować w tym czasie w całym mieście.

Tym razem już nie mam wątpliwości, złe duchy zostały odegnane znad Anfield i w końcu tabela wygląda przyjemniej dla oka. Ciągle nic nie jest przesądzone, zwłaszcza, że czekają nas teraz mecze z Arsenalem i Manchesterem City. Jednak teraz my rozdajemy karty. Mamy wszystkich za sobą i tylko City po wygraniu zaległości mogłoby nas przeskoczyć, ale od tego mamy bezpośredni pojedynek, żeby się tym nie martwić.

Autor: Hulus Dodano: 07.02.2010

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON