The Ferguson’s Speech

Bez wątpienia Sir Alex Ferguson musiał wypić nie jedną lampkę wina, kiedy Colin Firth odbierał Oscara dla najlepszego aktora. W końcu jego kreacja w popularnym ostatnio filmie o jąkającym się księciu tak mocno odcisnęła ślad na jego psychice. Biedny Szkot stracił kontakt z rzeczywistością i wczuł się w rolę nieśmiałego władcy tak mocno, że przerażony rutynowym wywiadem po spotkaniu z Liverpoolem uciekł przed mikrofonami. Co więcej zaraził tym lękiem cały swój zespół, który szerokim łukiem omijał wszelakie media. Tylko kiedy w obliczu wojny Brytyjczycy potrzebowali głosu swojego króla tak obecna cisza Fergusona jest paradoksalnie bardzo wymowna.

To nie był zwykły weekendowy mecz. Spotkanie pierwszego z szóstym zespołem ligi nie powinno z reguły mieć tak intensywnej atmosfery. Brakowały w tym przypadku bezpośredniej walki o najwyższy cel. Ponadto jakikolwiek wynik nie wykluczał żadnego zespołu z walki o cokolwiek. Mógł oczywiście namieszać, ale kluczowy w kontekście całego sezonu nie był. Stara rywalizacja jednak robi z tego meczu widowisko, tym razem wzmocnione osobą Kenny’ego Dalglisha, którego reputacja dorównuje Fergusonowi, którego średnio to cieszy.

Liverpool nie tylko wygrał to spotkanie. W każdym momencie, w każdym sektorze boiska, w warstwie sportowej i psychologicznej United było zdominowane. Szalony Rooney i precyzyjny Berbatov razem nie byli w stanie dorównać pewnemu Urugwajczykowi, który miał być kolejnym Forlanem, Keżmanem czy Alvesem. Przecież w Holandii obrońcy to tylko tyczki a już obrona takiego klubu jak MU nigdy na takie harce nie pozwoli. Ups, a może jednak? Wiadomo, że Vidic i Ferdinand nie zagrali, ale Agger i Kelly również, a do tego straciliśmy szybko Aurelio. Czy to nie sam Ferguson pozwolił odejść Pique czy Shawcrossowi, trzymając ciągle w składzie Browna czy O’Shea? Czy to nie z Kyrgiakosa kpiono, że nawet w Rangersach sobie nie poradził? Czy to nie Evra ma reputację światowej gwiazdy?

Oczywiście momenty szaleństwa Carraghera i Rafaela nie powinni mieć miejsca nawet w takim meczu i nikogo ich wyrzucenie by nie dziwiło, ale takie przepychanki nadają ton olbrzymiej rywalizacji pomiędzy klubami. Trzeba jednak przyznać, że sędzia był bardzo sprawiedliwy równo pobłażając obu stronom. W końcu poza kilkoma minutami wariactwa pod koniec pierwszej połowy królował futbol. Ilość okazji wypracowanych przez Liverpool była imponująca. Błyskotliwe poruszanie się Kuyta, Meirelesa czy Suareza zakręciło w głowach defensorom United a twarda defensywa powstrzymywała częste dośrodkowania rywala. Dirk Kuyt zdobył najcenniejszego możliwego hat-tricka, strzelając jednocześnie najprostsze swoje bramki w karierze, ale tylko jego charakter pozwolił mu znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Dziś świętuje Liverpool, ale jutro wróci szara rzeczywistość. To ciągle nie my jesteśmy na szczycie, ciągle elita jest daleko i następny sezon zapewne ponownie Ligę Mistrzów nas ominie, ale warto spojrzeć na klub od momentu powrotu Dalglisha. Od stycznia zaliczyliśmy kontrowersyjną porażkę na Old Trafford, ale zachowaliśmy po niej dumę. Odbudowaliśmy formę w lidze i z dnia na dzień po prostu zaczęliśmy grać jak przystało na ten klub. Wpadki oczywiście się zdarzyły, ale nie z taką regularnością jak wcześniej i to w momentach, kiedy częstotliwość spotkań się zwiększała, co tylko potwierdza słabość zaplecza a nie zespołu. Jeżeli rozpatrywać tabelę ligi od nowego roku zobaczylibyśmy Liverpool na trzeciej pozycji z jedynie dwupunktową stratą do United! Pozostałe szesnaście punktów załatwił nam Hodgson. Niestety Anglik po prostu nie rozumiał tego klubu, jego filozofii i zamiast sam się przystosować chciał odmienić wszystko wokół. Musiał odejść, a Dalglish, który jest najwybitniejszym reprezentantem Liverpoolu, udowodnił szybko, że to jego osoba jest brakującym elementem układanki.

Ferguson milcząc po spotkaniu pokazał, że mocno zabolała go ta porażka. Jeżeli rywalizacja z Benitezem polegała na słownych przepychankach, z Hodgsonem na koleżeńskich uściskach to z Dalglishem było to zderzenie z górą. Tym razem mediami zawładnął człowiek Liverpoolu. Jego dowcipny, twardy i władczy stosunek do dziennikarzy robi na nich wielkie wrażenie a do tego każda wypowiedź demonstruje jego klasę i wysoką kulturę. Każda kolejna konferencja przynosi nową anegdotę do opowiadania po latach. Brakowało nam tego. Cisza Fergusona w porównaniu z klasą Króla po styczniowym spotkaniu stawia ‘naszego’ Szkota w lepszym świetle. United teraz po dwóch porażkach z rzędu straciło bezpieczną przewagę nad rywalami i jeżeli nie mamy sami szans na tytuł, popsucie planów MU jest dla nas dodatkowym powodem do radości.

Liverpool ewidentnie ożywa. Tak wiele pozytywów w ciągu dwóch miesięcy jest zaskoczeniem nawet dla najwierniejszych fanów. Luis Suarez w kilku spotkaniach pokazał taką ostrość, świeżość i dynamikę, dzięki której nasz atak nabiera innego wymiaru a przecież do gry wchodzi jeszcze Andy Carroll. Fani zdają się nie widzieć druzgocącej pozycji w lidze już kolejny sezon, kiedy w fantastycznej atmosferze śpiewają Kenny’emu urodzinową przyśpiewkę. Piłkarze wyglądają na szczęśliwych i tworzą kolektyw. Cieszą się razem, walczą jak wygłodniałe lwy i współpracują ze sobą. To już nie jest misja ratunkowa. Jest to początek drogi na szczyt. Jeżeli sympatyczny właściciel ryzykował z zatrudnieniem Dalgilsha po tylu latach przerwy i przy takim uwielbieniu fanów to teraz z pewnością odczuwa ulgę. Nie musi przecież intensywnie studiować gry, żeby lepiej wybrać trenera na nowy sezon, bo już go ma!

Autor: Hulus Dodano: 07.03.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON