Pietnastka Króla

15 spotkań – 30 punktów daje 2pkt. na mecz, czyli na obecnym etapie według tego współczynnika moglibyśmy mieć 70pkt, które dałoby nam jeszcze szansę na tytuł mistrzowski! Nie sposób usunąć ze słownika ”gdyby” w sytuacji, w której znalazł się Liverpool w tym roku. Kto by się spodziewał, że z trudnej pozycji w styczniu Kenny szybko odmieni zabłąkaną drużynę w mistrzowskiej klasy zespół. Tabela jednak nie kłamie. Nie otrzymuje się tytułu za dobre pół sezonu. Wielokrotnie widziano zespoły grające odmiennie w dwóch rundach, ale w tym przypadku był to pozytywny efekt wielu zmian. Czy to już czas nosić Kenny’ego Dalglisha na rękach?

Misja udana. Liverpool został ocalony bez względu na to czy skończy sezon za czy przed Tottenhamem. Kibice, którzy obawiali się przyjazdu Blackpool, Stoke czy Wigan teraz jadą pewni siebie na Emirates i nie zostają rozczarowani. Chociaż kolejny rok trzeba uznać za przegrany to postęp jaki zanotował klub w czasie ostatnich miesięcy przywraca go do czołówki. W piętnaście ligowych spotkań Kenny przywrócił wiarę wielu zawodnikom, wkomponował nowych, pokazał, że istnieje życie po Torresie oraz wprowadził sporo młodej krwi. Osiągnął zadziwiające rezultaty chociaż nie mógł korzystać ciągle z kilku kluczowych zawodników. Jasno pokazał, że jedynie liczą się ci, którzy aktualnie są na boisku i drużyna jest najważniejsza. Flanagan jest tak samo ważny jak Johnson, Spearing tak jak Lucas a Kuyt jak Suarez. Nikt się nie wyróżnia, nikt nie gra pod siebie, nikt nie patrzy na zespół przez pryzmat własnego występu. To jedność, którą przywrócił Król, jest kluczem do obecnej formy.

Dla porównania średnia Hodgsona dawałaby nam teraz mniej więcej 12. lokatę i ledwo co bezpieczną przewagę nad strefą spadkową. Wyobraźmy sobie teraz ten czarny scenariusz. Czy w takich okolicznościach zatrzymalibyśmy Pepe Reiną i kilku innych pożądanych przez rywali graczy? Czy do rozbitej drużyny udałoby nam się namówić dobrych zawodników do transferu? Przecież widząc chaos i niepewność na Anfield ciężej byłoby nam konkurować o zawodników. Nie wspominając już o depresji, która zawładnęłaby fanami. Czas jednak pokazał, że styczniowe zmiany były właściwe.

Roy Hodgson prosił, żeby poczekać do 10. kolejki z ocenami jego pracy. Kenny obecnie zmierza do 16. ligowej potyczki i już wszystkich do siebie przekonał. Zastał grupę piłkarzy bez wiary w siebie, nie wiedzących co się dzieje z ich grą, bez charakteru, zaufania, nadziei. Drużyna przegrywała z nawet najsłabszymi, prezentując żenującą formę wyjazdową a także niekonsekwentną na Anfield. Kibice odwrócili się od trenera, żądali zatrudnienia legendy i może to właśnie ten apel był przełomowym momentem. Nowi właściciele sami uczciwie przyznawali, że nie znają gry a szybko musieli się zająć tak ważną kwestią. Może chcieli zdobyć sympatię fanów, może nie mieli innego pomysłu albo wydawało się to dla nich najmniejszym ryzykiem. Jednak decyzji się nie bali i podjęli ją tuż przed prestiżowym meczem z United. Nigdy się nie dowiemy czy jakby Hodgson został do końca sezonu, Kenny dostałby szansę objęcia po nim klubu. Na szczęście nie do końca logiczne życzenie kibiców zostało spełnione.

Kenny wrócił. W jego słowach czy czynach od tamtej pory nie ma choćby cienia zwątpienia w swoich zawodników. Z miejsca stanął za nimi murem i na powrót połączył wszystkie ogniwa w klubie. Wprowadził radość do gry, wymagał bezwzględnego zaufania pomiędzy piłkarzami i jedności. On uwierzył w graczy, oni uwierzyli w niego. Nie był nieomylny, ale każdy swój błąd naprawiał. Chociażby kiedy zawiedli go Kyrgiakos z Wilsonem zaczął grać nieopierzonymi Flanaganem i Robinsonem. Wadą nawet najlepszych managerów jest upór. Benitez w swoim ostatnim roku nie reagował wystarczająco jak jego metody się nie sprawdzały. Hodgson uparcie stawiał na Konchesky’ego z nadzieją, że w końcu się przełamie. Kenny tego nie robił. Jak coś się sprawdzało to tego się trzymał, jak nie to szukał innego rozwiązania. Właśnie jego umiejętność dostosowania się do panujących okoliczności budzą największy szacunek. Nie szuka wymówek i wykorzystuje maksymalnie potencjał zespołu, którym obecnie dysponuje.

Długoterminowy kontrakt to tylko formalność, z którą właściciele czekają na najwłaściwszy moment, nie chcąc zapewne zaburzyć przygotowań do ostatnich ligowych spotkań. Jednak to tylko kwestia ogłoszenia tego. Tymczasem klub już przygotowuje się do nowego sezonu razem z Kennym. Wykonał on już pracę, której nie oczekiwano. Osiągnął więcej w swoich kilkunastu ligowych meczach niż powinien! Postęp jaki zanotowano stawia w bardzo dobrej sytuacji klub. Na początku nowego sezonu przy kontynuacji obecnych wysiłków powinniśmy być na zadziwiająco wysokim etapie budowania drużyny. Nie tylko został przywrócony optymizm wokół drużyny, ale także gra Liverpoolu nabiera kolorów. Każdy kolejny mecz służy poprawie stylu, który w najprostszy sposób można opisać jako pass & move. Król w ten sposób świętował największe sukcesy i to samo chce przywrócić obecnie. Powraca do przeszłości, którą tak mocno odrzucają współcześni taktycy. Jednak połączenia słusznej, dawnej filozofii gry z wirtuozerią taktyczną jaką zaprezentował w kilku meczach Kenny Dalglish zmierza w kierunku wzmocnienia swojej silnej legendy. Bez względu na wyniki ostatnich spotkań stał się on największym plusem obecnego sezonu.

Liverpool półtora roku błąkał się po boiskach Premier League rujnując kilka poprzednich lat postępu. Wcześniejsi idole jak Alonso, Mascherano i Torres grają w obcych barwach. Skłóceni czy niedoceniani Riera, Benayoun czy Aquilani zostali wypchnięci niemal z klubu. Na boisku, w szatni, w sztabie, w zarządzie- wszedzie trwały kłótnie. Media łapczywie chwytały kolejne niepochlebne wypowiedzi właścicieli, Rafy czy nawet zawodników. Klub tonął, chociaż nie tak gwałtownie jak to opisywano. W takich przykrych okolicznościach należało się spodziewać zmian. Jednak pół roku Hodgsona okazało się jeszcze gorsze i konieczność kolejnych roszad niosła ze sobą następne porcje niepokoju. Przyjście Kenny’ego było przynajmniej ulgą dla fanów, którzy jeśli mieli dalej cierpieć to woleli mieć swojego człowieka obok. To, czego dokonał od tamtej pory Dalglish w sferze postrzegania klubu wyprzedza znacznie w czasie oczekiwania.

Na boisku wygraliśmy nie tylko kilka meczy z czołowymi zespołami, ale też udało nam się wprowadzić konsekwencję. Od derbów zaliczyliśmy 6 meczów bez porażki w lidze(w tym 4 zwycięstwa). Obecnie mecz z Fulham będzie szansą na piąte nieprzegrane spotkanie. To dobre osiągnięcia jak na Liverpool, który stał się sławny z tego, że może pokonać każdego a tydzień później przegrać z każdym. Do takiej gry potrzeba odpowiedniego nastawienia i koncentracji. Udaje nam się to osiągnąć, bo skupiamy się tylko na najbliższym meczu. To najprostsza i najskuteczniejsza metoda. Jeżeli zadaniem jest wygranie każdego meczu to bezcelowe jest myślenie o tym, co może przynieść kilka kolejnych. Jak dziś się pośliźniemy z Fulham i przegramy to znowu będziemy musieli liczyć na potknięcia rywali. Dopóki wszystko zależy od nas jest dobrze. Nie możemy utracić kontroli, żeby potem biernie czekać na łut szczęścia.

Dziś Kenny Dalglish jest trzy kroki od końca pracy, którą miał wykonać. Zaopiekował się zespołem, swoim powrotem przywrócił uśmiech kibicom i z wielkim uznaniem mógłby odejść w chwale. John Henry musi być wdzięczny losowi za jego sukces, gdyż teraz musiałby żmudnie latać od Porto do Marsylii w poszukiwaniu nowego szkoleniowca, który spełniałby statystycznie najlepiej wymagania FSG. Tymczasem całkiem tanio, w budynkach akademii znalazł się miły, skromny, starszy pan, który nagle okazuje się brakującym elementem układanki. Roy Hodgson miał rację, że wielkie doświadczenie będzie atutem trenera Liverpoolu. Tylko nie wiedział wtedy, że nie mówi tego o sobie.

Autor: Hulus Dodano: 09.05.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON