Mądrość Króla

Zeszłotygodniowy mecz z Sunderlandem nie ułożył się Liverpoolowi tak jak tego oczekiwano. Mimo dogodnych sytuacji podopieczni Dalglisha nie dobili rywala drugą bramką a w zamian stracili dwa punkty. Pomyłki i słabości wydawały się oczywiste i już w sobotę na Emirates Stadium mogliśmy zobaczyć jak Liverpool odrobił lekcje i wyciągnął wnioski z poprzedniej kolejki. Dwie zmiany w składzie miały znaczący wpływ na to, że zespół był nie do przejścia, nawet dla zdziesiątkowanego Arsenalu.

Ile razy oglądaliśmy za czasów Beniteza czy nawet Hodgsona jak zawodnik bez formy gra tydzień w tydzień? Przed tygodniem zawiedli młodziutki Flanagan i niewiele starszy Henderson jako prawoskrzydłowy. Do tego wbrew zaleceniom fizjoterapeutów mecz rozpoczął w wyjściowym składzie Luis Suarez, który musiał być zmieniony w momencie, kiedy jego energii najbardziej potrzebowaliśmy do odzyskania prowadzenia. Chociaż gołym okiem widać było te problemy niekoniecznie musiał zgadzać się z tym trener. Wielokrotnie widzieliśmy i jako kibice domagaliśmy się zmian personalnych w składzie a jednak menager uparcie trzymał się swojego planu, chociaż niekoniecznie słusznie.

Kenny potrafił składem na sobotnią potyczkę przyznać się do błędu i prawą stronę oddał w ręce (a raczej nogi) Kelly’ego i Kuyta a ku uciesze klubowych lekarzy Suarez rozpoczął spotkanie na ławce rezerwowych. Przede wszystkim gra Martina na prawej obronie okazała się brakującym elementem w naszej grze defensywnej. Cały blok obronny grał niemal perfekcyjnie, nie pozwalając Arsenalowi na grę, z której są sławni. Nasze pole karne odwiedzali jedynie przy okazji stałych fragmentów gry i zmuszeni byli szukać swoich szans w strzałach z dystansu, co kontrastowało z ich stylem gry. Jedynie raz zdołali się przedrzeć blisko Reiny, kiedy sędzia z sobie tylko znanych powodów pozwolił Arszawinowi taranować Kelly’ego, czym mógł uczynić nam niezłego psikusa.

Tak, Arsenal nie przypominał tej drużyny, z którą remisowaliśmy zadowoleni po 102 minutach w zeszłym sezonie. Odeszli Fabregas, Clichy, Eboue, kontuzjowani lub zawieszeni byli Song, Gervinho, Wilshere, Rosicky, Gibbs, Djourou, Diaby a do tego szybko boisko musiał opuścić Koscielny. Jednak ciągle grali u siebie, mieli na boisku groźny skład a przede wszystkim na złą sytuację kadrową mogli reagować transferami, ale przez całe lato zdołali kupić Gervinho i oczywiście młode talenty. Tak, na przyszłość! Poza tym nie zapominajmy, że na wiosnę graliśmy tam mając na bokach obrony juniorów Robinsona i Flanagana, w środku Spearinga a z ławki wchodził jeszcze Shelvey. My wtedy mogliśmy stanąć na wysokości zadania, więc nie szukałbym wielu usprawiedliwień złego wyniku ze strony Arsenalu z powodu gry Frimponga, Miquela, Jenkinsona czy Lansbury’ego.

Oczywiście w pełnym zestawieniu o zwycięstwo byłoby nam trudniej. Tak samo jakby Arsenal grał cały mecz w jedenastu lub sędzia boczny machnął chorągiewką przy pierwszej bramce dla Liverpoolu. Tylko, że to puste gadanie bez sensu, bo tego co się stało nie da się już zmienić. Liverpool w końcu zademonstrował siłę swojego składu, kiedy Kenny przeprowadził zabójczą podwójną zmianę w 70. minucie spotkania. Liverpool był silniejszy, dokładniejszy i lepiej zorganizowany, chociaż to początek dopiero zgrywania się nowego zespołu, który kształtuje właśnie Dalglish. Jest to szeroka kadra, w której konkurencja będzie napędzać lepszą grę. Kelly wiedział, że Flanagan jest już poważnym jego rywalem a za chwilę wróci jeszcze Johnson, więc musiał ciężko zapracować najpierw na szansę w sobotnim meczu a potem w jego trakcie na pozostanie w składzie. To samo tyczy się Kuyta, który nie przywykł do oglądania meczów z boku boiska lub Meirelesa, który napędzał nasze ataki wiosną a teraz musi się potwierdzać, wchodząc na ostatnie minuty. Może nie mamy dwóch klasowych graczy na dosłownie każdą pozycję, ale wystarczającą ich liczbę, żeby mieć multum możliwości i wciąż mieć kilka asów w rękawie w postaci cennych zmienników w rezerwie.

Chociaż plan Kenny’ego jest jeszcze w fazie wczesnej realizacji pierwsze zwycięstwo nad Arsenalem od kiedy wyprowadzili się z Highbury powinno dać spory zastrzyk zaufania i pewności siebie. Jedni nowi zawodnicy szybciej wkomponowują się w zespół, inni dłużej, ale widocznie wszyscy idą w dobrym kierunku. Nie ma tutaj mowy o żadnej wpadce jak z Morientesem czy Keanem. Enrique niczym Suarez od razu wskoczył na wysoki poziomi. Downing z Adamem grają porządnie, ale wiadomo, że potrafią lepiej a Henderson jako najmłodszy ma większy kredyt zaufania, chociaż z Arsenalem wypadł już przyzwoicie. Ten projekt wymaga czasu i z każdym kolejnym tygodniem będzie się rozpędzał miejmy nadzieję bez negatywnego wpływu na nasze wyniki. Skupienie się wyłącznie na lidze bez przeszkadzających europejskich rozgrywek drugiego gatunku może okazać się zbawienne dla tej drużyny. To zespół przede wszystkim dobrze czujący się w realiach angielskiej piłki w odróżnieniu od ekipy Beniteza. Teraz przy przeważnie jednym meczu tygodniowo nie ma mowy o oszczędzaniu sił i jest cała masa czasu na przygotowania do kolejnych meczów. Okoliczności są najlepsze z możliwych, żeby zgrywać nowych piłkarzy i ćwiczyć nowe zagrania czy ustawienia. To jest właśnie czas na budowanie jedności i stylu gry grupy zawodników, która zbudowana jest na starych ruinach a wzmocniona nowymi elementami zdobytymi poprzez rozbicie pokaźnej skarbonki.

Autor: Hulus Dodano: 22.08.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON