Rok z Królem

Mamy styczeń 2012. Przyjemna liczba, która miała oznaczać koniec świata według drogiego choć niespecjalnego filmu oraz rok, w którym oczy całej Europy skupią się na naszym podwórku, co wprowadzi nas na salony lub zrzuci na nas wstyd. Jaki ten rok może być dla fanów Liverpoolu? Klubu, który przez kilka lat również był w ciągłym zainteresowaniu starego kontynentu a ostatnie sezony spędził na odludziu, cierpiąc udręki oglądając swoich niedawnych bohaterów grających o wysokie cele w innych barwach. Aż w końcu pojawił się Kenny Dalglish i zaopiekował się Liverpoolem przez już dwanaście miesięcy. Gdzie go wprowadził w poprzednim a gdzie zaprowadzi w nowym roku Szkot?

W połowie sezonu szóste miejsce nie jest wystarczające do spełnienia oczekiwań związanych z powrotem do Ligi Mistrzów. Dziesiątki milionów funtów wydanych już przez Dalglisha mogłyby budzić niezadowolenie z efektów obecnej kampanii zgodnie z zasadą „płacę, wymagam”. W erze, kiedy wielomilionowe transfery budzą małe emocje a piłkarze słowa lojalność i ambicje zastąpili jednym: kontrakt, nikt nie może mieć gwarancji, że wydając fortunę osiągnie cokolwiek. Spirala nakręcana jest przez już kilka klubów w samej Anglii a liczba pucharów do wygrania jest wciąż taka sama i ktoś zawsze zostanie z niczym. Sztuką jest stworzenie atmosfery w drużynie i wytworzenie wewnętrznej chemii pomiędzy wszystkimi zaangażowanymi w działanie klubu tak, żeby później było to widoczne na boisku, szczególnie w trudnych chwilach. Właśnie to jest sukces pierwszego roku Kenny’ego.

Rok temu byliśmy w rozsypce. Fatalna pomyłka jaką był Roy Hodgson kosztowała nas sezon niemal kompletnie zmarnowany. Klub w żaden sposób nie poszedł za jego kadencji do przodu a wszystkie ówczesne transfery przeszły już do historii. Zmarnowane miesiące ratowano dramatycznym wyborem Kenny’ego na stanowisko tymczasowego managera. Tak naprawdę nowi właściciele mieli świadomość już wtedy porażki klubu w ówczesnej kampanii i nie mając dobrego rozeznania w świecie „soccera” zrobili ukłon w stronę fanów. To właśnie kibice wymusili ten ruch, więc to oni muszą zostać bohaterami roku 2011.

Na boisku Liverpool w poprzednim roku na pewno nie był konsekwentny. Był silny w obronie, mało skuteczny, czasem nudny, czasem bardzo przyjemny, ciągle waleczny, czasem pechowy, czasem szczęśliwy, czasem dominujący, czasem przygnębiający, ale nigdy konsekwentny. Jednak co najważniejsze wrócił do czołówki, chociaż ciągle na jej obrzeża. W wiosennej rundzie poprzedniego sezonu i jesiennej obecnego klub nie został zdystansowany przez rywali. Obecnie wszystkie nasze cele są absolutnie w zasięgu a półfinał Curling Cup jest wyraźnym znakiem poprawy gry w pucharach. Te mało znaczące rozgrywki, kiedy byliśmy w Lidze Mistrzów, teraz nabierają znaczenia, ponieważ gablota z pucharami niebezpiecznie osiada kurzem.

Dalglish podjął się zadania z miejsca rozpoczynając budowę nowej drużyny. W ciągu dwunastu miesięcy całkowicie przewietrzył skład i wzmocnił go wieloma transferami. Kiedy w ostatnim swoim meczu Roy Hodgson przegrał boleśnie z Blackburn w jego składzie wystąpiło sześciu już nieobecnych w klubie a dwóch kolejnych siedziało na ławce. Drastyczne zmiany w dwóch okienkach transferowych skutkują teraz pewnym brakiem balansu i zrozumienia momentami w zespole. Kilka ogniw musi dojrzeć i lepiej zrozumieć na czym polega gra dla Liverpoolu i dostosować się do standardu, którego się na Anfield oczekuje. Mimo tego można czuć zadowolenie ze sposobu w jaki gra ten zespół. Chociaż skuteczność jest najgorsza zapewne w Europie dobrze jest mieć teraz tego typu problemy w odróżnieniu od obaw o utrzymanie, jakie pojawiały się właśnie rok temu.

Czy postęp wykonany przez poprzedni rok był wystarczający? Czy Kenny nie mógł osiągnąć więcej przez ten czas? Czy polityka transferowa i wydawane sumy miały uzasadnienie? Na te pytania wciąż nie znamy odpowiedzi. Jednak należą się Dalglishowi głównie słowa podziękowania. Znowu kibice mogą czuć radość z gry swoich ulubieńców, atmosfera wokół klubu i wśród piłkarzy jest znakomita, nie muszą się oni obawiać o swoją przyszłość, bo klub w końcu wygląda stabilnie. Rywale ponownie nas poważnie traktują a tabela mówi, że jesteśmy w stanie jeszcze powalczyć. Rok 2011 był rokiem odnowy. Amerykanie wraz z Francuzem i Szkotami stworzyli zespół, który natknął się na ruiny i spokojnie, cegła po cegle odbudowywali twierdzę, którą teraz wystarczy odpowiednio uzbroić i nie przestawać jej bronić.

Autor: Hulus Dodano: 03.01.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON