Zanik postępu

Ciężko wywalczony Puchar Ligi miał być mocnym impulsem do walki o najważniejszy cel jakim jest powrót do Ligi Mistrzów. Tymczasem wystarczył następny mecz, żeby o tym na dobre zapomnieć a kolejny dostarczył tylko więcej zmartwień. Obecnie Liverpool zepsuł swój obecny sezon a także robi wszystko, żeby kolejny był jak najtrudniejszy. Awans do Ligi Europejskiej poprzez krajowy puchar przy jednoczesnym dalekim miejscu w lidze spowoduje grę w mało interesującej fazie grupowej z dużo niżej notowanymi rywalami o ile przejdzie się przez letnie eliminacje, psujące fazę przygotowań do sezonu. Jest to bardzo odległa perspektywa w kontekście oczekiwań wobec nowej drużyny a także samego Kenny’ego Dalglisha.

Mecz z Arsenalem uwidocznił dwie największe bolączki zespołu w obecnym sezonie. Pierwszą jest oczywiście brak skuteczności, który nieodłącznie nam towarzyszy i sprawia, że jednym z najlepszych strzelców zespołu jest … samobój! Drugą jest fakt, że tylko obrona złożona z Aggera i Skrtela daje nam dużą szansę na czyste konto. Po wielu zmianach i miesiącach transformacji doszliśmy do punktu, w którym boimy się o stracenie bramki, bo to automatycznie oznacza stratę punktów lub nawet porażki takie jak sobotnia z Sunderlandem. Kiedy Bendtner pokonał zdezorientowanego Reinę już było wiadomo, że szanse na pozytywny wynik są minimalne. Liverpool nie jest zdolny do strzelania bramek, ale jeszcze gorsze jest, że nie potrafi walczyć o zwycięstwa.

Można odnieść wrażenie, że cała motywacja i wola walki zawierana jest przez piłkarzy co najwyżej w ich buńczucznych wypowiedziach. Tymczasem cała prawda o zespole zawarta jest w tych 90 minutach co tydzień w lidze i jest ona druzgocąca. Trzy kolejne porażki w lidze są niedopuszczalne i zawstydzające. Zespół o takich ambicjach, jakie są deklarowane musi reagować błyskawicznie już na pierwsze niepowodzenie i nie może dopuszczać do tak przygnębiających serii. To dobitnie pokazuje brak charakteru zwycięzców wśród zawodników. W ostatnim czasie tylko postawa wobec Arsenalu nie budziła zastrzeżeń, chociaż złośliwość losu zostawiła nas wtedy z niczym. Właśnie Kanonierzy obecnie demonstrują nam jak powinna wyglądać drużyna w podobnej do nas sytuacji. Najpierw podnieśli się z kolan przeciwko Tottenhamowi, następnie wyszarpali zwycięstwo na Anfield, żeby ostatecznie odzyskać twarz w Europie przeciwko Milanowi. My natomiast przyjmujemy kolejne ciosy, oczekując aż trafi się rywal, który sam się nam podłoży. Nie tędy droga.

Co się więc stało z Liverpoolem, który w przeszłości notował wiele spotkań, w których musiał się odradzać? Czemu wspomnienia ze Stambułu mają być teraz tak odległe? Niestety część winy leży w selekcji, jaką przeprowadził Dalglish wraz z Comollim, którzy zatrudnili szereg zawodników poprzedniego lata. Kiedy Rafa Benitez ściągał zawodników zawsze opisywał ich jako głodnych zwycięstw z odpowiednim charakterem do walki o najwyższe cele. To był czynnik niezbędny i konieczny, żeby znaleźć uznanie u Hiszpana. Nasi nowi zawodnicy póki co nie zdołali tego zademonstrować, co może nas niepokoić. Finał na Wembley i wejście Kuyta dobitnie pokazało, czego brakuje w obecnym składzie. Holender walczący zawsze do końca reprezentuje postawę niezbędną i oczekiwaną w Liverpoolu, bez której nie ma szans na odniesienie sukcesu.

Oczywiście wszystko musi być poparte umiejętnościami, ale nieodpowiednie nastawienie jest barierą nie do przejścia. To musi się zmienić, bo póki co wygląda na to, że piłkarze są przyzwyczajeni do niepowodzeń a to oznacza upadek całego projektu wdrażanego w tym sezonie. Przeszłość naszych transferów ogranicza się co najwyżej do awansu z Championship. Enrique i Carroll najpierw tam spadli, potem awansowali, ale to nie ten kaliber wyzwania jak w the Reds. To samo tyczy się Adama, którego najlepszy sezon zakończył się ostatecznie spadkiem z ligi. Downing ciągle był w środku, gdzie nie oczekuje się serii zwycięstw. Henderson dopiero zaczyna prawdziwą karierę i jego doświadczenia ograniczają się do Sunderlandu niewalczącego o nic więcej niż przetrwanie. Bellamy wydaje się obecnie całkiem innym człowiekiem niż kiedy szarpał się i walczył na boisku, gdy miał obsesję wygrywania. Nie jest problemem, że przychodzą do nas zawodnicy ze słabszych klubów. Jest nim to, że przychodząc z zespołów mało ambitnych nie potrafimy z nich zrobić zawodników głodnych sukcesów i walecznych. Póki co wygląda to tak jakby sam transfer do Liverpoolu był dla nich szczytem kariery i brakuje chęci do podwyższenia swoich ambicji.

Może są oni za krótko w klubie, może Kenny nie potrafi odpowiednio ich zmotywować, może dłużej przebywający w klubie po słabych dwóch latach również zatracili wiarę i całe Melwood nie ma mistrzowskiego nastawienia. To jest duża bolączka klubu i trzeba to będzie rozwiązać zanim zniszczenia będą za duże. W pewnym momencie ostra reprymenda Kenny’ego poskutkowała, ale już to wyparowało. Nie możemy wiecznie obwiniać pecha za wszystkie niepowodzenia oraz tłumaczyć się na wiele różnych sposobów, bo nie zrobiliśmy po prostu wystarczająco wiele, żeby zwyciężać. Czemu po kilkudziesięciu spotkaniach sezonu jest wiele, w którym niezasłużenie traciliśmy punkty a brakuje takich, w których wydarlibyśmy zwycięstwa przeciwnikom? Czemu z czołową trójką na wyjazdach zbieraliśmy ostre lanie a u siebie zadowalaliśmy się remisami, obawiając się raczej porażki niż całkowicie dążąc do zgarnięcia całej puli? Jeżeli do końca rozgrywek sytuacja nie ulegnie drastycznej poprawie rozwiązania latem mogą być drastyczne.

Autor: Hulus Dodano: 12.03.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON