No pass & no move

To nie pomyłka ani mierny żart wobec Liverpoolu. To autentyczna definicja stylu w jakim gra obecnie zespół. Gra drużyny Dalglisha słabnie i kruszy się z każdym kolejnym spotkaniem i nie wróży dobrze na przyszłość. Po ciężkiej pierwszej połowie rozgrywek można było mieć wątpliwości co do wyników, ale gołym okiem widać było progres w sposobie gry. Można było oczekiwać, że typowo dla tego klubu to co najlepsze przyjdzie w drugiej części sezonu. Dużo nowych zawodników, ich aklimatyzacja, wkomponowanie się do składu, brak Gerrarda, itd. Wymówek było wiele, ale miały one sens. Niestety wszystko nie zmierza obecnie w dobrym kierunku. Drużyna wygląda nieskładnie i niechlujnie, a co gorsze staliśmy się bardzo przewidywalni a to jednoznaczne z łatwi do powstrzymania.

Momentem krytycznym obecnego sezonu była kontuzja Lucasa. Od tamtej pory w jakiekolwiek konfiguracji byśmy nie grali mamy problem z łączeniem poszczególnych formacji i zachowaniem balansu. Brazylijczyk dojrzał do roli lidera i zdominował naszą grę, nie tylko w aspektach defensywnych. Jego brak zaburzył równowagę w naszej grze i nawet powrót Gerrarda tego nie poprawił, gdyż brakuje dominacji w tej strefie boiska. Lucas nie tylko odbierał, ale rozgrywał piłkę sprawnie, skutecznie i przewidywalnie dla partnerów, co nie oznacza, że przeciwnicy sobie z nim radzili. Obecnie są w składzie zawodnicy nieprzewidywalni niestety również dla innych naszych graczy. Panuje ciągle duże niezrozumienie i brak stylu, który przecież może być w Liverpoolu tylko jeden. Tymczasem ciężko nam jest dostrzec jakąś sprytną grę podaniami i wystawianie się na pozycje, czyli obserwujemy tytułowe no pass & no move.

Gdzie tkwi problem? Oczywiście najłatwiej wskazać na nowych. Jest w tym część prawdy, ale przecież trenują na co dzień z resztą składu i tamci nie potrafią ich przyuczyć. Choć może to wina trenera? Z pewnością również. Nie jest dobrze, kiedy nowi zawodnicy zamiast wkomponować się w styl drużyny przebijają się z własnym, wyniesionym z poprzedniego klubu. Obowiązkiem sztabu jest takie wprowadzenie ich do zespołu, żeby ten jak najwięcej na tym skorzystał, ale nie poświęcał wszystkiego. Na tej arenie Kenny poległ póki co. Oczywiście wielka liczba zmian personalnych i ciągle krótki czas wspólnej gry są wytłumaczeniem problemu, ale jednocześnie możemy wymagać i oczekiwać więcej z każdym kolejnym meczem. Musimy dążyć do gry szybkiej, płynnej, pełnej wymienności pozycji i ruchliwości. Niestety obecnie wcale się do tego nie zbliżamy. Stoimy w martwym punkcie a nie mając już nic do ugrania w lidze musimy mocno się zastanowić teraz jak chcemy grać i starać się to przekuwać obecnie z myślą już o przyszłości.

Przyjrzyjmy się naszym transferom. Zaczynając od tyłu Enrique, który imponuje najmocniej z nowoprzybyłych gra niezmiennie od momentu debiutu. Jest silny fizycznie, szybki, dobry technicznie i lubi długo utrzymywać się przy piłce i za wszelką cenę utrzymać ją w boisku. Wszystko dobrze, ale w wielu momentach potrzeba nam przyspieszenia gry a tymczasem oglądamy kolejne pojedynki na lewej stronie z rywalami, z których przeważnie wychodzi jako zwycięzca, ale zespół korzyści na tym nie odnosi a nawet traci cenne sekundy. To się nie zmienia i z wielkiego szumu mamy mało efektu. Dalej jest Adam. Człowiek z małego Blackpool, gdzie długie piłki i stałe fragmenty gry pozwalały marzyć o pozostaniu w lidze. Natomiast w środku czołowej drużyny trzeba być sprytnym, zdecydowanym i dominującym zawodnikiem. Tymczasem jego gra również wygląda podobnie jak na początku. Nie dokłada do niej prostopadłych podań, nie przyspiesza gry zagraniami z pierwszej piłki, już nawet nie zagraża swoimi dośrodkowaniami, które dały mu uznanie w Blackpool. Przeważnie jego rajdy są za długie, nieudolne a partnerzy kompletnie nie wiedzą jak ostatecznie poda i nie mają pojęcia jak się ustawić.

Kolej na Downinga. Ruchliwy skrzydłowy jest zaprzeczeniem wszystkiego, czego się oczekuje od zawodnika na jego pozycji w tym klubie. On ciągle gra jak w średniaku, gdzie od skrzydłowego wymaga się jedynie rajdów i dośrodkowań. Tymczasem jego długie utrzymywanie się przy piłce kompletnie niszczy element zaskoczenia przeciwnika, który jest na jego ataki świetnie przygotowany. Prosta wymiana piłki na boku z obrońcą i szybsze dośrodkowanie w pełnym biegu ma więcej szans na sukces niż starannie przygotowana pozycja poprzez kilka zwodów, w czasie których zasieki obronne rywali są już scementowane. Ponadto znowu koledzy pozostają zdezorientowani, gdyż nie dostają podań w tempo a muszą na nie czekać na stojąco. I tutaj pojawia się Carroll. Człowiek, który ze względu na warunki jest ograniczony w możliwości, ale jednocześnie posiada niewątpliwie atuty, które należy odpowiednio spożytkować. Ostatnio zaczął w końcu grać w piłkę a nie potykać się o własne nogi. Zaskakująco to jemu najmniej można zarzucić, gdyż ten przynajmniej notuje postęp. Co prawda z niskiego pułapu na średni, ale nie stoi w miejscu. To on zdaje się najbardziej wpasowuje się w oczekiwania. Stara się odgrywać partnerom i od razu wybiegać na pozycja, albo zgrywać bezpośrednio piłkę bez niepotrzebnej zabawy. Ciągle nie jest wystarczająco precyzyjny, ale dobrze rokuje na przyszłość.

Jest jeszcze nieopierzony Henderson. Pełen energii pomocnik poprawia pojedyncze aspekty swojej gry, ale jest jeszcze daleko od bycia asem w talii Dalglisha. On nie tyle nie wpasował się jeszcze w zespół co po prostu nie jest na odpowiednim poziomie piłkarskim, żeby stanowić o sile dużego klubu. Załóżmy, że ten chłopak się dopiero uczy i dajmy mu jeszcze nieco czasu. Przejdźmy do Bellamy’ego. Skrzydłowy bardziej niż napastnik ze starej szkoły a jednak bardzo dobry technicznie. On już był w tym klubie, zna oczekiwania i najlepiej pasuje do zespołu. Potrafi napędzić nasz atak, szybko wymienić piłkę i chociaż ogranicza się do prostych sposobów jest dość efektywny. Pozostaje nam tylko Suarez. Napastnik tak nieobliczalny i szalony, że można po pierwszym roku o nim książkę napisać. Abstrahując od pozaboiskowych problemów trzeba go pochwalić za niebywały talent i umiejętność dryblingu czy refleks, ale także i jemu nie należy się wiele pochwał. Jego niezwykłe umiejętności są źle pożytkowane i marnuje wiele wysiłku na akcje nie warte uwagi poza samym wizualnym aspektem. To gracz niczym z konsoli, który mija obrońców jak tyczki zyskując w tym radość większą niż ze zdobycia bramki. To jest widowiskowe, lubią to fani, robi to wrażenie na mniej ambitnych dziennikarzach z kolorowych gazetek, ale nie daje tego, co jest kwintesencją futbolu, czyli bramek. Trudno znaleźć zmianę w grze Suareza od momentu przyjścia. Tak jak marnował sytuacje i dużo dryblował jeszcze w sierpniu tak to samo robi w lutym, chociaż od dawna widać, że klub na tym nie korzysta.

Podsumowując naszą porażką jest brak zmian w grze zawodników, którzy grając w poprzednich klubach notowali dobre występy i ciągle na tym bazują. Wyzwaniem dla nich powinno być dorównanie do nowych kolegów lub ich poprzedników w Liverpoolu. Ich przyjście do klubu było tylko pierwszym krokiem, po którym wymagania wobec nich wzrosły. Powinni wpływać na klub wykorzystując swoje atuty, ale w sposób zgodny z filozofią the Reds. Daliśmy jednak każdemu z nich swobodę, która sprawiła, że każdy gra na swój własny sposób niszcząc obraz jednolitego stylu gry. Czasami potrzeba lat, żeby zawodnik w nowym otoczeniu dostosował się do reszty, ale trzeba do tego mocno dążyć. Nie przez przypadek nieznany młodzik po latach w La Masii odnosi więcej sukcesów w Barcelonie niż uznany w świecie szwedzki napastnik. To samo tyczy się naszych wychowanków jak Kelly, Spearing, Flanagan czy Robinson, którzy mimo widocznych braków czy to technicznych czy fizycznych dobrze reprezentują nasz klub, gdyż dobrze znają standardy Liverpoolu. Pora na to, żeby cała kadra również im sprostała.

Autor: Hulus Dodano: 12.03.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON