Szalony rok

Boże Narodzenie. W kącie ozdobiona, kolorowa choinka. Pod nią prezenty. W tle słychać kolędy. Wokół rodzina i świąteczna atmosfera. A Ty biedaku w tym czasie odliczasz godziny do spotkania ze Stoke. Kiedy już zachwycisz się Liverpoolem i angielską piłką, święta przestają przypominać twoje wspomnienia z dzieciństwa. Teraz od kolejnej gry komputerowej czy nowej pary skarpet pod choinką wielu z was zapewne wolałoby dostać prezent od Rodgersa i piękny mecz z Garncarzami. Jednym brakuje w grudniu przerwy w grze, drugich ten gorący okres wyniszcza lub uszczęśliwia, ale żaden kibic nie może przejść obojętnie obok prawdziwego świąteczno-noworocznego festiwalu angielskiej piłki w najlepszym wydaniu.

Mikołaj odwiedził tym razem Anfield kilka dni wcześniej. Spotkanie Fulham było perfekcyjne i pełne radości. Wychodząc w sobotnie popołudnie na mecz, kibice nie mogli oczekiwać więcej od the Reds. Bramki padały na początkach jak i w końcówkach obu połów. Czterech różnych strzelców zdobyło cztery odmienne gole. Stały fragment gry, prostopadłe podanie w pole karne, strzał z dystansu oraz rajd w pole karne i odegranie do tyłu. To był taki Liverpool, który na Anfield powinien być widziany znacznie częściej, szczególnie przeciwko słabszym przeciwnikom. Ostatnio sama gra u siebie wyglądała już lepiej, ale ciągle czegoś brakowało. Świetnego meczu z Southampton nie potrafiliśmy zakończyć szybciej drugą bramką. Z Aston Villą nie strzeliliśmy przez pierwsze porządne pół godziny bramki, która ustawiłaby spotkanie. Tym razem wszystko wypaliło. To musiała być magia świąt.

Fulham. Przeciwnik niby nisko osadzony w ligowej tabeli, pozbawiony kluczowych Dembele i Dempseya nie jest drużyną, którą w prosty sposób można rozbić. Nawet w słabej formie podopieczni Jola nie przyjechali wyłącznie na wycieczkę. Nie należą do czołówki, ale w tym pojedynku nie ich słaba forma zaważyła na wyniku. Zespół Rodgersa odebrał im chęci do gry. Dopiero blisko po godzinie gry, gdy na tablicy świetlnej widniało już wyraźne 3:0, Liverpool zluzował swój pressing i pozwolił rywalowi w kontrolowany sposób rozgrywać piłkę. Zaczyna się bardzo napięty okres czterech spotkań w jedenaście dni. Szkoda naszych sił na naciskanie i tak już pokonanego przeciwnika. To jednak ten okres, w którym pressing the Reds działał znakomicie, odebrał Berbatowowi i jego kolegom przyjemność z gry.

To właśnie reakcja zespołu na stratę piłki w obecnych czasach ma kluczowe znaczenie. Pep Guardiola osiągnął niebywałe sukcesy z Barceloną, ponieważ do tamtejszego talentu i finezji dodał żelazną dyscyplinę taktyczną i żądzę jak najszybszego odzyskania piłki. Przez ignorowanie tego elementu Roberto Di Mateo pożegnał się z Chelsea, chociaż niewiele wcześniej doprowadził ją do największego sukcesu w klubowej piłce. Ich pomoc złożona z Maty, Hazarda i Oscara budzi zasłużony podziw, ale już cichy bohater zza ich pleców Mikel narzekał, że atakują w 10 a bronią w 6. Jednym z fundamentów zapowiadanego stylu gry według Rodgersa jest odbiór piłki do 7 sekund po stracie. Liverpool ciągle pracuje nad ulepszaniem swojej gry, ale spotkanie z Fulham było najlepszym do tej pory pokazem dominacji poprzez ograniczenie przestrzeni rywalowi.

Rok 2012 na Anfield zakończył się bardzo pozytywnie. Jakby zrobić przegląd ostatnich 12 miesięcy otrzymać można niemal wszystko z czym wiąże się futbol. Rozpoczęło się od lania na Etihad Stadium z późniejszym mistrzem kraju. Luis Suarez odbywał swoje zawieszenie. Zespół zaczął tracić wiarę i forma ligowa była bardzo nierówna. Z drugiej strony gra w pucharach wychodziła Liverpoolowi świetnie. Udało się po kilku latach przerwy Kenny’emu Dalglishowi zdobyć tytuł dla klubu po pokonaniu w finałowych męczarniach drugoligowca. Nie dało to jednak wiele zespołowi, który chwilę później przegrał w pechowych okolicznościach z Arsenalem. Zanim Damien Comolli mógł zobaczyć jak jego nabytek, Andy Carroll, w finale Pucharu Anglii przywraca nadzieję the Reds na pokonanie Chelsea, musiał wcześniej opróżnić swoje biurko i opuścić klub. Pozycja żywej legendy na stanowisku managera wisiała na włosku i końcowa pozycja ligowa poniżej Evertonu była tylko gwoździem do przysłowiowej trumny.

Amerykańscy właściciele otworzyli nową erę w klubie. Po kilkunastu miesiącach ich panowania w końcu rozpoczęli wykonywanie planu, który przedstawili na starcie. Chcieli młodego managera z nowoczesnym podejściem do swojej pracy i po długim namyśle wybrali Brendana Rodgersa. Ten jednak z miejsca storpedował ich plany przebudowy struktury klubowej, w której miał się pojawić komitet doradczy, wspomagający Irlandczyka z Północy. Udało się jednak rozpocząć etap cięcia wydatków i zminimalizowania strat, które znacznie narosły w ostatnich latach. Rozpoczęło się inwestowanie w młodych zawodników. W końcu diamenty z akademii dojrzały na tyle, żeby nowy trener mógł z nich skorzystać. W klubowej szatni pojawiły się w tym momencie kamery i klub zgodził się na produkcję zadziwiającego dokumentu dla amerykańskiej telewizji, z którego niektórzy mogli nie być zadowoleni. Klub odwiedził wtedy także ojczyznę FSG i przygotowywał się do sezonu w Stanach Zjednoczonych. Po drodze wynikła afera z Clintem Dempseyem. Później nieporozumienia wewnątrz klubu doprowadziły do fiaska transferowego i braku oczekiwanych wzmocnień w ataku. Kolejną wpadką było grożenie pewnemu tajemniczemu fanowi przez jednego z dyrektorów za wpisy na twitterze, które rzekomo miały narażać Liverpool na straty. Paradoksalnie zrobił to człowiek odpowiedzialny za komunikacji w klubie.

Obecny sezon to głównie poprawa i rosnąca pozycja Liverpoolu, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że rozpoczęliśmy z niskiego pułapu. Tiki-taka, konieczność kilkuletniej pracy, cierpliwość wobec młodego składu. To najczęściej słyszane zwroty na starcie sezonu. Dziś wszyscy możemy być spokojniejsi, bo ostatni w roku mecz na Anfield usadowił nas na niezłej pozycji w wyścigu o miejsce w Lidze Mistrzów. Tydzień temu cieszyć się mogliśmy, że brakuje nam tylko 4 pkt. Po bolesnej porażce z Aston Villą nadzieje opadły, ale dziś nie można rozpaczać, gdy ta strata wynosi 5 pkt. To ciągle pewien dystans do nadrobienia w dalszej części sezonu, ale w odróżnieniu od rywali my jeszcze nie byliśmy w swojej optymalnej formie przez dłuższy okres. Everton nie jest taki mocny jak na starcie, Tottenham jest groźny, ale również nieregularny, Arsenal po dobrym początku teraz w nietypowy dla siebie sposób kolekcjonuje brzydkie wygrane. To jest otwarta rywalizacja i kilka szybkich transferów w styczniu może pozwolić nam na dołączenie do tych zespołów.

To był rok, w którym Liverpool przeszedł ogrom zmian. Dwóch różnych managerów, sporo zmian personalnych w kadrze, sztabie czy nawet na dyrektorskich posadach. Zmiana sponsora na Warrior. Unikalny serial o drużynie. Miłe wieści o nowych kontraktach dla szeregu istotnych graczy a jednocześnie smutne rozstanie z chociażby Dirkiem Kuytem. Były wzloty i upadki, dobra gra w pucharach i słaba w lidze. W końcu powrót do Europy, nawet jeśli przez drzwi kuchenne i puchar drugiej kategorii. Oglądaliśmy błyskawiczny rozwój nastoletniego Raheema Sterlinga a jednocześnie obserwujemy zbliżający się koniec kariery sportowej Jammiego Carraghera. Przy tym całym szaleństwie i huśtawce emocjonalnej wchodzimy w kolejny rok ze spokojem. Klub kilka lat temu trafił na sztorm, który go niemal nie zatopił. Później przez długie miesiące obijał się o skały aż w końcu wyszedł na odpowiedni kurs. Teraz potrzebuje czasu, żeby się na dobre rozpędzić.

Czego można życzyć Brendanowi Rodgersowi na następny rok? Transferów? Już je ma. Czasu? Tego mu nie zabraknie. Właściciele z pewnością są z niego zadowoleni. Zwycięstw? One są efektem włożonej pracy w Melwood. Może jedyne czego Brendan nie może osiągnąć to nieomylność sędziów, ale nie życzmy nikomu czegoś nieosiągalnego. Liverpool jest dziś w punkcie dla siebie właściwym. Forma zwyżkuje, gra się poprawia, wyniki również. Zespół jest zjednoczony i dobrze ukierunkowany. Kontrakty wszystkich piłkarzy ważnych dla przyszłości klubu zostały przedłużone. Za chwilę przybędą nowi zawodnicy. Nikt nie jest wykluczany z zespołu bez względu na wiek czy zarobki. Klub poprawia swój wizerunek i stara się naprawiać popełnione błędy. Dziś jeszcze nie jesteśmy czołowym zespołem w Anglii. Jeszcze daleka droga do nawiązania walki z klubami z Manchesteru. Jednak punkt, w którym znaleźliśmy się po pół roku pracy Rodgersa jest startowym do faktycznej walki o coś. Tym czymś, chociaż nie wydawało się to takie możliwe latem, będzie zajęcie czwartego miejsca w lidze. To zabawne jak wiele dla rozwoju drużyn znaczy Liga Mistrzów. Zamiast dążyć do walki o tytuł, większa grupa zespołów walczy o to czwarte miejsce. Może warto więc życzyć Rodgersowi, aby nie zatrzymał swoich ambicji i nie ograniczał się wyłącznie do zadowolenia księgowych zyskami z występów w elitarnych rozgrywkach UEFA.

Natomiast Wam, drodzy czerwoni bracia i siostry życzę rodzinnych świąt i jak najwięcej przyjemności i pozytywnych emocji związanych z kibicowaniem Liverpoolowi w nowym roku. Oby najlepszym prezentem okazał się najbliższy pojedynek ze Stoke.

Autor: Hulus Dodano: 24.12.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON