Sezon dosłownie przejściowy, część 2.

6. Statystyki

W erze mocno rozwiniętych mediów społecznościowych i cyfryzacji wszelkich dziedzin życia, w tym futbolu, nie sposób uniknąć rozmów o statystykach. W kontekście Liverpoolu zwykło się mówić o teorii moneyball, którą skutecznie wprowadzili obecni właściciele dla amerykańskiego baseballu. Jednak nieumiejętne korzystanie z liczb może prowadzić do niekorzystnych wyników. Przykładem mogą być zakupy Dalglisha i Comolliego. Wybrano skrzydłowego, który często dorzuca i napastnika, który jest wysoki i często strzela gole głową. Jednak już u nas to nie funkcjonowało tak samo. Jedyną i naprawdę istotną liczbą jest pozycja w lidze na koniec rozgrywek. Wszystkie inne nic nie znaczą w porównaniu do niej. Nie ma pucharów za największą liczbę podań, za procent posiadania piłki czy ilość oddanych strzałów. Niektóre jednak statystyki pozwalają ukazać silne i słabe punkty zespołu, zademonstrować różnicę pomiędzy kolejnymi kampaniami czy pokazać rozwój zawodnika.

Najważniejszym wskaźnikiem jest oczywiście liczba zdobytych punktów w lidze. Liverpool zakończył sezon z 61pkt, które upragnione miejsce dające awans do Ligi Mistrzów dałyby ostatnio w sezonie 2004/05, czyli w pierwszym roku Beniteza, kiedy to Everton z takim dorobkiem zajął czwarte miejsce. Osiągnięty poziom nie może nikogo satysfakcjonować. Średnia ok. 1,61 pkt/mecz to mizerny wynik dla tak ambitnego klubu. Oczywiście w kontekście sezonu przejściowego jeszcze akceptowalny, ale docelowo znacznie za niski. W kolejnej kampanii celem powinno być podniesienie tej średniej do poziomu 2,00. Potrzebna będzie zamiana frustrujących remisów w zwycięstwa, skuteczniejsze unikanie nieoczekiwanych porażek i znalezienie konsekwencji oraz powtarzalności w naszej grze. Nie byłby to poziom dający szansę na mistrzostwo, ale pozwalający na zajęcie pewnego miejsca w pierwszej czwórce ligi. Przynajmniej tak było w ostatniej dekadzie Premier League. Już wykonaliśmy krok w tym kierunku w drugiej części sezonu, gdzie osiągnęliśmy średnią 1,89 pkt/mecz. To ciągle za mało(w obecnym sezonie pozwoliłoby co najwyżej na 5. miejsce), ale znacznie więcej niż w pierwszej części rozgrywek, kiedy mieliśmy 10. wynik w lidze równy 1,32 pkt/mecz.

Nie bez znaczenia jest bilans bramkowy. Dobrze pamiętamy, że to właśnie on zadecydował o mistrzostwie przed rokiem. 71 zdobytych bramek to dobry wynik, 4. w lidze i lepszy od wicemistrza Manchesteru City, który może pochwalić się atakiem w składzie Aguero, Tevez, Dzeko i do stycznia Balotelli. Chociaż największy udział w tej zdobyczy miał Suarez to jednak nie można powiedzieć, że zespół polega wyłącznie na jego bramkach. 15 różnych zawodników zdobywało bramki w Premier League. To dobry wynik pokazujący, że wielu zawodników w składzie zdolnych jest do zdobywania bramek. Wyłączając kilku młodzików z pierwszej drużyny tylko Carragher, Lucas i Assaidi nie zdołali zdobyć choćby bramki w jakichkolwiek rozgrywkach. To imponujący wynik. Niemal cały zespół jest zdolny do strzelania i rozkładająca się odpowiedzialność za zdobywanie bramek sprawia, że zespół staje się mniej przewidywalny dla przeciwnika. Szczególnie druga połowa sezonu była owocna w zdobycz bramkową. 43 gole strzelone w 19 meczach to najlepszy wynik w lidze. Osiągnięto to głównie dzięki wysokim wygranym nad zespołami z dolnej części tabeli, ale tylko w 4 z 19 spotkań nie udało się znaleźć piłkarzom Rodgersa drogi do bramki przeciwnika.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną. 43 stracone bramki dają średnią ok. 1,13 gola na mecz przy jednocześnie 15 meczach z zachowaniem czystego konta przez obu naszych bramkarzy. Czyli w meczach, kiedy traciliśmy bramki osiągnęliśmy średnią aż ok. 1,87 straconych goli na mecz. Wynika z tego, że jak już tracimy bramki to często rywal nie ma problemu z dołożeniem kolejnych trafień. To nie jest wynik, którym można się chwalić. Szczególnie niekorzystnie pod tym względem wyglądała pierwsza część sezonu, w której Liverpool w meczach bez czystych kont tracił średnio równo 2 bramki na mecz. Postępu znowu należy szukać w drugiej części sezonu, kiedy w 19 spotkaniach stracono 17 bramek, zachowując przy tym aż 9 czystych kont. W pozostałych meczach traciliśmy więc średnio 1,7 gola na mecz, co wskazuje na niewielki progres. Jedynie Manchester United stracił mniej bramek od Liverpoolu w drugiej rundzie spotkań. Podsumowując bilans bramek, Rodgers musi szukać pozytywów w ostatnim półroczu. Jego zespół nie tylko zanotował duży postęp ofensywnie, ale uszczelnił też szyki defensywne. Pod tym względem Liverpool zademonstrował statystycznie mistrzowską formę. Oczywiście nie przekłada się to bezpośrednio na zdobycz punktową, ale zespół wyraźnie nabiera odpowiedniego rytmu i w przypadku dalszej poprawy istnieje duża szansa na osiągnięcie również lepszej pozycji ligowej.

Szczegółowe statystyki odnośnie posiadania piłki, ilości podań, ich precyzji, itp. zostawiam pasjonatom takowych liczb. W ostatecznym rozrachunku w piłce ważne jest, żeby w każdym meczu strzelić chociaż jedną bramkę więcej od przeciwnika. Dobre statystyki są pocieszeniem dla przegranych. Przykładowo jakie znaczenie ma to, że Carragher ma trzecią celność podań w lidze na poziomie 92%, jeśli żadne z nich nie było tak pożytecznych jak te kilkanaście magicznych zagrań Coutinho, które miały wpływ na wynik. Podobnie jakie znaczenie ma to, że Lucas mimo kilku straconych miesięcy jest w czołówce odbierających piłkę zawodników, jeśli pamiętamy jego nierówną formę i problemy w niektórych meczach, spowodowane bardzo długą przerwą od gry. Fenomen piłki nożnej nie leży między cyframi. Futbol nie lubi granic, nie lubi zdrowego rozsądku, lubi iść na przekór statystykom. Kto szybciej to zrozumie, ten szybciej zacznie zwyciężać.

Ocena: 6/10.

7. Taktyka


Od kiedy Brendan Rodgers zaczął być łączony z Liverpoolem wszędzie wokół Anfield słyszany był szept „tiki-taka”. Jako opiekun Łabędzi zasłynął z pięknej gry koncentrującej się na krótkich podaniach po ziemi, pressingu i koronkowych akcjach, co doprowadziło do słusznych skojarzeń z Barceloną. Jeśli jednak ktoś myślał, że w magiczny sposób sprawi on, że nagle i Liverpool zacznie tak grać to się srogo mylił. To byłoby równoznaczne z nauczeniem adeptów La Masii starej, angielskiej gry długim podaniem. Niemniej Rodgers rozpoczął z przytupem swoją walkę o zrobienie z Liverpoolu zespołu podającego. Obrońcy zaczęli ryzykowniej podawać piłkę, co kończyło się wieloma momentami grozy i podniesionego ciśnienia u kibiców. Pressing początkowo zakładany był nieudolnie i nierównomiernie, więc również nieskutecznie. Chęć koronkowego rozegrania kończyła się złym podaniem, w którejś fazie akcji. To była droga wyboista, ale jedyna możliwa. To były trudne pierwsze miesiące, ale również pełne nauki i pokory. Większość zawodników nie pasowała początkowo do proponowanego stylu, ale szybko się zorientowali, że wcale nie potrzeba szybkich nóg Iniesty czy Xaviego, żeby dokładnie podać piłkę.

Rodgers najczęściej grał systemem 4-3-3, gdzie wysunięty napastnik wspomagany jest przez dwóch odwróconych stronami skrzydłowych, którzy częściej schodzili do środka niż dorzucali piłkę. Trójka pomocników w środku zapewnia płynność w grze i zawężanie pola gry. Natomiast bramkarz pełni aktywną rolę w rozegraniu piłki od własnej bramki. System ten nie był do końca obcy naszym piłkarzom, ponieważ Benitez wprowadził go jak w końcu znalazł swojego klasowego napastnika, Torresa. Jednak o tej taktyce można pisać książki a jej wariantów w obecnej piłce są setki. Rodgers płynnie przeszedł z grania opartego na posiadaniu piłki do szybkiego penetrowania wolnej przestrzeni na połowie rywala. W połowie sezonu, kiedy „tiki-taka” w naszym wykonaniu była nieefektywna, gładko zmieniliśmy styl. Co nie funkcjonowało? Głównie pomoc, w której większość zawodników lepiej prezentuje się w bardziej bezpośrednim futbolu. Ponadto chęć utrzymania się przy piłce sprawiała, że koncentrowaliśmy grę bliżej własnego pola karnego, co generowało ryzyko straty piłki i groźnej kontry. Nie potrafiliśmy równie swobodnie podawać w środku pola, nie wspominając o okolicach pola karnego przeciwnika. Stąd konieczność zmiany nastawienia w grze.

Przeszliśmy na hybrydowe połączenie „tiki-taki” z futbolem bezpośrednim. Ostatnio popadaliśmy ze skrajności w skrajność. Myśleliśmy, że tylko jedna droga jest słuszna. Otóż wyciągnięcie tego co najlepsze z obu stylów pozwoliło nam wejść na wyższy poziom. Oczywiście przyczyniły się do tego zimowe wzmocnienia, które pozwoliły nam przyspieszyć ataki. Łatwo przeanalizować, że większość zdobytych bramek w ostatnich miesiącach padło po kilku szybkich podaniach i przy penetrowaniu wolnej przestrzeni, w którą wbiegali nasi zawodnicy. Częściej wykorzystywaliśmy długie podania, ale były one przemyślane. Albo kierowane były na wolne pole do nadbiegającego kolegi albo dokładnie do napastnika, przy czym inny zawodnik już czekał na zebranie ewentualnie wybitej piłki przez obrońcę przeciwnika.

Tak jak Rodgers zapowiadał, Liverpool z każdym miesiącem poprawiał się organizacyjnie i lepiej rozumiał taktyczne założenia. Poprawiała się współpraca pomiędzy zawodnikami. Najlepiej widoczne było to w przedostatnim meczu sezon z Fulham, kiedy Rodgers rozpoczął w rzadziej stosowanym ustawieniu z pięcioma obrońcami. Londyńczycy dominowali a Liverpool był zagubiony, było wiele nieporozumień i błędów w ustawieniu, szczególnie przy straconej bramce. Po przerwie drużyna płynnie przeszła do 4-3-3 i nie dała szans rywalom, tworząc wiele bardzo dobrych okazji i minimalizując zagrożenie ze strony Fulham.

Jednak nie wszystko jest równie kolorowe. Inteligentne podawanie piłki i tworzenie sytuacji bramkowych nie przykryje przeciętnej gry bez piłki. Ciągle pressing wymaga szybszego i bardziej zgranego reagowania. Odbiór piłki jest kluczowy w obecnym futbolu i dlatego musimy włożyć więcej wysiłku w szybsze odzyskanie piłki. Największym jednak problemem jest fatalna gra w powietrzu całego zespołu. Najmocniej odczuwamy to w defensywie, tracąc gole zwłaszcza w kluczowych pojedynkach z czołowymi zespołami ligi. Jednak również ofensywnie nie korzystamy na tym elemencie gry. Jest coś zatrważającego w tym, że każdy rzut rożny przeciwnika stwarza mu sytuację do zdobycia bramki, kiedy nasze dośrodkowania nie przynoszą nam nawet strzałów. Są oczywiście wyjątki, ale to bardzo niepokojące zjawisko.

Taktycznie jednak ten zespół zaczyna powoli przypominać czasy Beniteza, kiedy piłkarz wychodząc na boisko wiedział jaka jest jego rola, rozumiał swoje zadania i starał się je konsekwentnie wykonywać. Tylko Rodgers pozwala piłkarzom na nieco improwizacji i daje im większą swobodę, ale nie tracąc wiele z dyscypliny organizacyjnej. Potrafił płynnie zmieniać ustawienie w trakcie gry i odpowiednio przestawić taktykę w środku spotkania, co korzystnie wpływało na naszą grę. Po dwóch latach tkwienia w taktycznym średniowieczu, Liverpool powoli zaczyna przypominać nowocześnie grający zespół.

Ocena: 7/10.

8. Mentalność


Słowo klucz odnośnie przyszłości tego zespołu. Żadną tajemnicą nie jest, że kilkuletnie przegrywanie odcisnęło się negatywnie na psychice piłkarzy. Brak wręcz aroganckiej pewności siebie w tym zawodzie oznacza po prostu gorszą grę. Jeśli napastnik nie strzela od kilku spotkań, jego decyzje w polu karnym są zaburzone niepewnością. Jak bramkarz wpuszcza seryjnie bramki to potrzebuje kilku spotkań z czystym kontem. A jak piłkarze przegrywają notorycznie od kilku lat spotkania to muszą na nowo odnaleźć w sobie sportową złość, która pomoże im tego unikać w przyszłości. Właśnie przed tak skomplikowanym zadaniem stanął Rodgers na starcie. Dostał względnie młody zespół, stracił kilku ważnych doświadczonych zawodników i okazało się, że mentalnie ten zespół nie jest gotowy do osiągnięcia stawianych przed nim długofalowych celów. To było najmocniej widoczne w pierwszej części sezonu w starciach z silnymi przeciwnikami.

Niemniej z czasem zaczęło się to zmieniać. Udało się wyrwać remisy z Chelsea w końcówkach. Liverpool zaczął wygrywać spotkania, w których przegrywał i łącznie zebrał 17pkt z takich meczów, co jest znaczną poprawą względem poprzedniego sezonu, kiedy uzbierano tak tylko 6pkt. Poprawa jest zauważalna w momentach kryzysowych, chociaż daleko jeszcze do mistrzowskiego charakteru. Niemniej z pewnością oglądając Liverpool w maju można mieć wrażenie, że nawet stracona bramka nie kończy spotkania w odróżnieniu od spotkań z początku rozgrywek. Koszmar poprzednich kilku sezonów polegał właśnie na braku umiejętności odrabiania strat. Zespół nie tylko wykazywał się nieskutecznością, ale przede wszystkim bywał w trudnych momentach zagubiony, nieskładny, chaotyczny.

Nie przez przypadek ciągle słyszymy od Rodgersa o konieczności dodania doświadczenia do składu oraz o poprawie mentalności całej grupy. Zwłaszcza w obliczu straty jednego z liderów szatni, Carraghera. Wykonano już sporo dobrego, aby poprawić oblicze zespołu. Dzięki postawieniu na młodzież w tej wąskiej kadrze wytworzyły się zalążki konkurencji o miejsce w składzie. Brendan nie ma problemu z nagradzaniem dobrych występów jak również z odsuwaniem od pierwszego składu piłkarzy po fatalnej grze, o czym dobitnie przekonał się Skrtel. Budowanie charakteru drużyny wymaga wielu zabiegów, roszad, rozmów a przede wszystkim odpowiedniego nastawienia do gry. Dobrym posunięciem było skorzystanie z usług chwalonego psychologa sportowego, dr Petersa. Należy sięgać po różne środki a niektórzy zawodnicy już zdążyli docenić jego pomoc. Rosnącą tendencję trzeba będzie podtrzymać, bo zespół musi funkcjonować jako jedność. Jeśli jeden zawodnik negatywnie reaguje na presję, słabnie cała drużyna. Może odwrotnie jeden z liderów poderwać kolegów do lepszej gry. Właśnie boiskowych przywódców potrzeba nam więcej. Mascherano, Torres, Alonso, Kuyt, Hyypia, teraz Carragher. Ubywa nam liderów, którzy przez większość naszych spotkań mieli istotny wpływ na obraz gry. W ich miejsce niekoniecznie udawało się ściągać piłkarzy o charakterze zwycięzców. Teraz jest odpowiednia pora na wypełnienie tych luk. Podsumowując należy docenić postęp jaki wykonał Rodgers z zespołem pod względem mentalnym. Jednak ogrom obszaru do rozwoju ciągle stawia przed nim wielkie zadanie.

Ocena: 5/10.

9. Sztab medyczny


Rodgers nie potrzebował ludzi wprowadzających dziwne, gumowe piłki, taśmy czy sprzęt do aerobiku, żeby wycisnąć z Aggera i Gerrarda więcej niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Wytrzymali niemal pełny sezon a obecnie już prowadzeni są tak, aby być gotowymi do następnego sezonu. Rodgers nie odsuwa graczy, żeby odpoczywali. Nie ogranicza piłkarzy czasowo i wcale nie powoduje to u nich przeciążenia. Nie widzieliśmy u Aggera czy Gerrarda w ostatnich występach sezonu przemęczenia. Jedynie zastanawiające jest to, że obaj wspomniani piłkarze oraz Allen po rozegraniu dużej liczby meczów mają problemy z plecami. Jednak już medycy klubowi działają, Allen jest blisko treningów a reszta ma być gotowa na przygotowania przedsezonowe.

Cieszyć może mała liczba urazów mięśniowych. Za to należy pochwalić sztab medyczny i metody treningowe Rodgersa. Do tego sezonu Gerrard, Johnson i kilku innych notorycznie narzekało na takowe dolegliwości. Może to przypadek a może skutek odpowiedniego obciążenia treningu. Niestety nie wszyscy piłkarze mieli tyle szczęścia co Agger z Gerrardem. Największym pechowcem okazał się Borini, który stracił dużo czasu najpierw przez uraz stopy a następnie obojczyka. To były wypadki, którym ciężko było zapobiec a już na pewno nie można było ich przewidzieć. Nasz etatowy pechowiec Kelly również większość sezonu zmarnował na rehabilitację. Miejmy nadzieję, że szczęście się do nich uśmiechnie w kolejnych latach.

Ocena: 8/10.

10. Braki


Brendan Rodgers po roku czasu jest znacznie dalej niż na starcie a mimo tego ogrom miejsca do poprawy się tylko zwiększył. Obejmując Liverpool miał szerszą kadrę. Nie miał problemu z szukaniem następcy Carraghera. Nie wiedział, że solidna obrona z poprzedniej kampanii w rzeczywistości jest chwiejna i nieszczelna. Okazało się również, że system przeprowadzania transferów jest nieskuteczny. Zabrano się za to, ale nie wiadomo jakie przyniesie to efekty dopóki nie skończy się letnie okienko transferowe. Zimą wyszło wspaniale, ale czy nie to samo mówili kibice Evertonu czy Newcastle po pierwszych miesiącach odpowiednio Jelavica czy Cisse?

Patrząc na kadrę jaką dysponuje Liverpool to nie sposób znaleźć pozycję, która nie wymagałaby poprawy. W bramce Reina znajduje coraz więcej krytyków swojej gry. W obronie dużą wyrwę zostawia nr23. Enrique ciągle nie ma konkurenta. W środku na dzień dzisiejszy nie widać stałego partnera dla Aggera a tym bardziej dwójki, która zagrałaby przy jego nieobecności. Na prawej liczebnie wygląda to dobrze, ale już jakościowo jest bardzo zmiennie. To właśnie ta formacja wymaga najwięcej interwencji w zbliżającym się okienku transferowym. Rodgers nie ściągnął jeszcze defensywnego zawodnika i to będzie również dla niego test. Jego pierwszy sezon nigdy nie będzie wspominany za bronienie własnej bramki. Teraz będzie miał okazję pokazać, że nie jest specjalistą w jednej dziedzinie i ma umiejętności pozwalające uszczelnić tylnie szyki.

Dalej tragedii nie ma, ale brakuje głębi w składzie. Nominalny skład na papierze to zestaw na co najmniej walkę o Ligę Mistrzów. Problem zaczyna się jak spojrzy się na ławkę. Młodzi piłkarze o wielkim potencjale, ale obecnie nierówni i naturalnie za słabi, aby wznieść zespół na wyższy poziom. Obok nich kilku chłopaków mających trudny rok za sobą jak Assaidi czy pechowiec Borini. Szczęściem w nieszczęściu było odpadnięcie z rozgrywek pucharowych i udało się przykryć Rodgersowi na resztę sezonu duży problem z brakiem opcji w składzie, nawet po zimowych wzmocnieniach. Nie wolno zapominać, że przecież opuścili nas w styczniu Sahin z Colem. Co będzie jednak za rok jak zagramy tak jak za Dalglisha fantastycznie w krajowych pucharach? Znowu poświęcimy ligę dla pucharów i będziemy się spierać czy lepiej mieć najmniej prestiżowe trofeum w Anglii czy awans do elitarnych rozgrywek w Europie? Brak gry w europejskich pucharach w następnym sezonie nie może być wymówką dla kogokolwiek zarządzającego klubem i nie może nas powstrzymywać przed zbudowaniem szerokiego, konkurencyjnego składu.

Właśnie rywalizacji w tym zespole brakuje. Kontuzje, brak formy czy niski poziom umiejętności sprawiły, że większość składu miała pewne miejsce w zespole w każdym meczu. Daleki jestem od stwierdzenia, że piłkarzom Liverpoolu do dobrej gry potrzeba bodźca w postaci konkurenta o miejsce w składzie. Nie sądzę, że piłkarz bojący się o miejsce w składzie jest lepszy od tego spokojnego. Rywalizacja w składzie musi prowadzić do lepszego poziomu zawodników a następnie zespołu. To ma być pozytywny zastrzyk energii na treningu. Nie musi to generować konfliktów o ile Rodgers dalej zachowa szczerość i uczciwość wobec swoich zawodników.

Z kolei w kwestiach zarządzania klubem miejscem do poprawy jest wspomniane przez Rodgersa nawiązanie bliższej współpracy z byłymi zawodnikami. Oczywistością jest, że miejsce Kenny’ego Dalglisha jest w klubie. Głupotą jest trzymanie takiej skarbnicy wiedzy i doświadczenia daleko od Anfield. Jego czas jako trener bezpowrotnie przeminął, ale ciągle może wykonać wiele dobrego dla Liverpoolu. Wciągniecie innych byłych piłkarzy związanych z klubem do sztabu czy ról ambasadorskich byłoby krokiem w kierunku wzmocnienia przekazu wartości z jakich przed laty słynął klub. Nie ma co ukrywać, że multikulturowa szatnia potrzebuje pomocy w przystosowaniu się do scouserskich zwyczajów.

Ze względu na ilość młodych piłkarzy, przebijających się do pierwszej drużyny, mogło pozostać niezauważone, że poziom inwestycji w zespoły młodzieżowe osłabł. Cały czas testowani są zawodnicy, przeprowadzane są kolejne nabory, ale obserwując zespół rezerw, który w naszym przypadku słusznie ma niską średnią wieku, nie widać wielu wzmocnień. Przez pierwszy rok ściągnięto jedynie Yesila. Jeżeli Liverpool ma stawiać na młodość, kupować taniej zawodników i ulepszając ich grę podnosić ich wartość to należałoby zacząć inwestycje od młodszych zespołów. Sterling kupiony z QPR za maksymalnie 5mln funtów dziś jest już wart przynajmniej dwa razy więcej ze względu na dobry sezon rozegrany w tak młodym wieku. Jakby rozegrał taką kampanię dla QPR w Premier League na pewno kosztowałby nas dużo więcej. Właśnie takich transferów nam ciągle brakuje. Potrzebujemy więcej topowych nastolatków w Liverpoolu.

Cały czas poprawy wymaga również sposób dbania o wizerunek klubu. Wyciągnęliśmy wnioski z poprzednich afer wokół Suareza i poprawnie zachowaliśmy się po incydencie z Ivanovicem. Niemniej znowu wywołało to lawinowo negatywny przekaz o Liverpoolu i musimy unikać podobnych błędów w przyszłości. Kręcenie filmu dokumentalnego o wnętrzu szatni również przysporzyło wiele mieszanych opinii. To niespotykane praktyki w świecie angielskiej piłki. To raczej amerykański styl, gdzie panuje większe otwarcie na wszelakie media. Świat się zmienia, ale nie oznacza to, że Liverpool powinien porzucać swoją bogatą tradycję i wartości na rzecz obecnego trendu. Można opierać się na dumnej historii klubu i jednocześnie iść z duchem czasu. Wszystko zależy od znalezienia odpowiedniego balansu zamiast popadania ze skrajności w skrajność.

Twarde stanowisko Rodgersa wobec pracy bez postawionego wyżej dyrektora sportowego oznacza, że wziął na siebie odpowiedzialność za system scoutingu czy negocjowanie transferów. O ile pierwszą gałęzią zajęto się szybko to ciągle niewiadomą pozostaje druga kwestia. Ian Ayre zapewne ma największą wizytówkę w lidze. Zakres jego obowiązków jest bardzo szeroki. To on wziął na siebie załatwienie afery Suareza, negocjuje umowy handlowe, zajmuje się kwestią stadionu i jeszcze aktywnie uczestniczy w przeprowadzaniu transferów. Chociaż za nikogo mocno jeszcze za kadencji Rodgersa nie przepłacono to jednak po letnim okienku pozostał duży niesmak. Przegrano batalie o Sigurdssona i Dempseya z Tottenhamem oraz nieudolnie próbowano do ostatniego dnia ściągnąć napastnika. Limit błędów przy transferach został wyczerpany w ostatnich kilku latach i kolejne źle wypracowane okno transferowe pogrzebało osiągnięty postęp.

Najważniejsze jednak, że obecnie Rodgers tym razem jest świadomy braków w samym zespole jak również w funkcjonowaniu klubu. To pozwoli mu reagować znacznie efektywniej niż zaraz po przyjściu do Liverpoolu, kiedy pewnie wieloma aspektami swojej nowej pracy był zaskoczony. Dziś znając dogłębnie kadrę jak również młodsze zespołu może skutecznie planować przyszłość. Do poprawy pozostało ciągle sporo, ale nie ma dziś problemu, któremu nie można byłoby zaradzić w perspektywie kolejnego sezonu. Jednak prowadząc tak duży klub do sukcesów należałoby wykazać się czymś więcej niż reagowaniem na występujące problemy. Korzystnie byłoby jakby dodatkowo Brendan potrafił przewidzieć kilka możliwych zagrożeń dla drużyny i działał prewencyjnie.

Ocena: 5/10.

Podsumowanie

Ocena końcowa: 6,35/10.


Jak widać wynik finalny nie rzuca na kolana. Brendan Rodgers przez roku czasu dryfował ze swoim zespołem w okolicach przeciętności, czasem niżej, później wyżej. Jednak dalecy byliśmy przez całe rozgrywki od poziomu, który dałby nam szansę na odniesienie naszych długofalowych celów. W czasach kiedy trenerzy są zwalniani w przerwach meczów jak tylko cierpliwość właściciela się kończy, Rodgers dostał rok czasu na przemeblowanie klubu i wykonał więcej pożytecznej pracy na rzecz przyszłości niż w odniesieniu do doraźnych potrzeb. Ten sezon musi być traktowany jako przegrany. Odległa pozycja w lidze, słabe występy w rozgrywkach pucharowych i brak kwalifikacji do chociażby Ligi Europy to wynik fatalny. Skończyliśmy ten sezon dosłownie z niczym i nawet nie byliśmy w stanie odzyskać dominacje w mieście. Oceniając Brendana w tych kategoriach należałoby go surowo skrytykować.

Jednak to od początku miał być sezon przejściowy. Od startu było wiadome, że końcowe wyniki zespołu nie są tak istotne jak przygotowanie go do bycia konkurencyjnym w następnej kampanii. Patrząc z tej perspektywy Brendan wykonał porządnie swoje zadanie. Pierwszy raz od czterech sezonów po zakończeniu rozgrywek można spojrzeć na drużynę z optymizmem. Nie ma już potrzeby gruntownej przebudowy składu. Jedynym dużym problemem dla finansów jest przyszłość Andy’ego Carrolla, którą już się klub zajmuje. Zespół personalnie i sportowo jest przygotowany do dodania kilku wzmocnień w czasie okna transferowego i ruszenie w nową kampanię z zupełnie lepszym przygotowaniem niż przed rokiem. Liverpool znowu zaczyna przypominać stabilną instytucję, która może zająć się stopniowym rozwojem zamiast rozwiązywaniem wewnętrznych problemów czy konfliktów. Rodgers wykonał wiele pożytecznej pracy w kierunku osiągnięcia jedności w klubie. Nie widać dziś tak wielu nieporozumień, podziałów, sporów. Młodzi zawodnicy nabrali doświadczenia, starsi w większości już dostosowali się do pomysłów Rodgersa. Zrozumienie taktyki, swoich ról na boisku wzrosło. Pierwszy raz od kilku lat zespół będzie grał podobnie do tego jak kończył wcześniejszy sezon. Ponadto to ciągle bardzo młoda kadra ze średnią wieku najniższą w lidze. Po odejściu Carraghera tylko Gerrard przekracza granicę 30 lat wśród piłkarzy z pola a widząc jego dyspozycję w minionym sezonie nie ma co oczekiwać, że szybko pójdzie w ślady starszego kolegi.

Rodgers wykonał to, czego od niego oczekiwano. Pod tym względem niewiele można mu zarzucić. Postęp widać na wielu płaszczyznach. Jednak dopiero kolejne lata dadzą nam odpowiedź czy zbudowane dziś fundamenty są wystarczająco mocne. Teraz czeka go zupełnie inne wyzwanie. Już nie będzie parasola ochronnego. Podobne wyniki nieuchronnie doprowadzą do pożegnania z nim, więc bardzo istotne jest to, żeby zmiany wprowadzane w kolejnych miesiącach były właściwe. Teraz już zwyciężanie będzie przymusem. Poprzeczka idzie w górę i trzeba będzie pracować pod większą presją ze strony szefów, mediów a szczególnie własnych kibiców.

Czy mógł osiągnąć więcej? Tego się nigdy nie dowiemy. Na pewno w zasięgu było przynajmniej wyprzedzenie Evertonu czy przejście dalej w pucharach, zwłaszcza w Pucharze Anglii. To byłyby dodatki do podstawy, która zostało wypracowana. Jak więc ustalić oczekiwania na kolejny sezon? To skomplikowane zagadnienie, którego nikt precyzyjnie nie określi Rodgersowi. Na pewno oczekiwane będzie miejsce dające awans do Ligi Mistrzów. W tym sezonie nawet w dobrej drugiej połowie sezonu nie osiągnięto poziomu pierwszej czwórki. Trzeba będzie osiągnąć postęp latem tak, żeby już od pierwszej kolejki nowego sezonu uczestniczyć w walce o główne cele. Biorąc pod uwagę brak Liverpoolu w europejskich rozgrywkach również podobny występ w krajowych pucharach nie będzie akceptowalny. Rodgers nie osiągnął żadnego spektakularnego sukcesu w pierwszym roku pracy. Nie da się ukryć, że również on sam musiał się dostosować i rozwinąć w czasie okresu przejściowego. Znaliśmy to ryzyko zatrudniając go, ale ma on predyspozycję i możliwości by osiągnąć z Liverpoolem to, o czym kibice marzą od ponad dwóch dekad.

Tymczasem ten sezon będzie wspominany bez większych emocji. Brak prawdziwej rywalizacji o coś sprawił, że brakowało odpowiedniej temperatury naszym spotkaniom. Niemniej był to przełomowy rok dla przeciętnego widza. Liverpool przestał być nudny, męczący do oglądania, nagminnie frustrujący. Powoli przeistaczał się w klub piłkarski, dla którego podawanie piłki sprawia przyjemność, bramki zdobywa się dla zabawy a głowa piłkarzowi służy do myślenia a nie tylko odbijania piłki. Wielokrotne zachwyty nad kolejnymi akcjami Suareza, mądrym rozgrywaniem Gerrarda, czarodziejskimi dotknięciami Coutinho czy dynamicznymi akcjami Sturridge’a. To powinno być wspominane najczęściej, wracając pamięcią do sezonu 2012/13. To i Jammie Carragher, absolutna legenda, lider, wzór. Człowiek, bez którego Liverpoolu jeszcze nie widziała większość kibiców. Wspaniale zakończył swoją długą przygodę, pozostając do końca na szczycie. To nie jest jego koniec z Liverpoolem, on jeszcze wróci i przyniesie wiele dobrego klubowi. Tego możemy być pewni.

Dzięki Carra!

Autor: Hulus Dodano: 26.05.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON