New is always better?

Jedna z wielu jakże cennych maksym życiowych Barney’a Stinsona wpisuje się idealnie w to, co dzieje się obecnie w mocno zakorzenionym w tradycji klubie z północnej Anglii. Liverpool, którego wielkie dni zaczynały się w erze czarno-białych fotografii i niemal w niej pozostały, czeka z wielką niecierpliwością na odblokowanie mało chwalebnego licznika lat bez tytułu, który nadzwyczaj szybko się nakręca. Dopiero co Houllier zdobywał potrójną koronę, Benitez Stambuł, Dalglish Wembley a już przychodzi nam się zmierzyć z kolejnym cyklem drużyny. Tym razem zmienia się nie tylko trener, skład i sposób gry. Teraz wielkie przemiany dotyczą całego klubu i to na skalę niespotykaną od czasu Shankly’ego. Pytanie brzmi czy naruszenie podstaw funkcjonowania klubu to krok ku lepszemu czy zwykłe deptanie przeszłości?

Zacznijmy od początku. Początkiem nowej epoki była zmiana właścicieli, kolejna niestety. Zapomnijmy o okropnym okresie panowania Hicksa i Gilletta, kiedy klub się nie rozwijał, chociaż drużyna akurat wtedy była najbliżej mistrzostwa od lat. Jednak od tamtej pory projekt Beniteza zaczął upadać a brak inwestycji w skład i bardzo chybione decyzje personalne tylko przyspieszały ten proces, szczególnie kiedy Hiszpana się pozbyto. Wybrano ofertę kolejnych Amerykanów, co z miejsca budziło niepewność. Jak to? Znowu rządzić mieli ludzie, dla których piłka do futbolu wcale nie jest okrągła? Potwierdziło się to, że nie mieli pojęcia o grze i zajęło im półtora roku zanim zaczęli faktycznie rządzić. Najpierw oddali klub w ręce wielkiego autorytetu, którego domagali się kibice. Potem przy nim trwali, wspierali go odpowiednio, chociaż okazało się, że jednak przerwa w grze dla Dalglisha okazała się przeszkodą zbyt trudną do przeskoczenia. Dla Johna Henry’ego i FSG dopiero poprzednie lato było faktycznym początkiem rewolucji w klubie.

Mogli wyjść do ludzi i powiedzieć: „patrzcie, gdzie zaprowadziła was nostalgia i trwanie w przeszłości, spójrzcie na zespół Kenny’ego a teraz porównajcie go z aktualnym mistrzem Anglii, Manchesterem City lub liderami europejskiej piłki”. Nie zrobili tego. Ich ego pasuje do klasy Liverpoolu i zachowują się w godny sposób. Zamiast rozpamiętywać przeszłość, skupiają się na zmianach. Według planu zatrudnili młodego trenera z nowoczesnym spojrzeniem na grę i rozpoczęli inwestycję w głównie młodych zawodników. Mimo zgrzytów i błędów powoli nakierowują klub na własne, przemyślane tory. Klub zaczął zachowywać się w nietypowy dla siebie sposób. Łatwo pozbyto się starszych zawodników, którzy wypruwali płuca dla czerwonej koszulki a w ich miejsce wpuszczono świeżą krew. Momentalnie staliśmy się najmłodszym zespołem w lidze, który ponadto gra w sposób kontynentalny i ofensywny. Wypożyczono gracza i ściągnięto rezerwowych z innych wielkich klubów, co wcześniej wydawałoby się ujmą dla Liverpoolu. W końcu wprowadzono nowe zasady przy transferach. Stworzono komitet, który uczestniczy w zakupie i sprzedaży piłkarzy, czym ograniczono władzę managera. Porzucono ideę budowy nowego stadionu na rzecz rozbudowy Anfield. W tym celu wymuszono zmiany w planach miasta i rozpoczęto agresywny proces przejmowania potrzebnych terenów wokół obiektu. Zmieniono cały model funkcjonowania klubu, zostawiając stare metody w szufladzie. W końcu czuć, że właściciele mają pomysł na klub i chcą go wynieść na wyższy poziom, ale koniecznie w nowoczesny sposób. Tu właśnie pojawia się zgrzyt, ponieważ jedyne z czego Liverpool mógł być dumny to właśnie droga, którą wytyczali Shankly czy Paisley, dzięki której klub ma pełne gabinety pucharów.
Minęły jednak dwie dekady a tytuł na Anfield nie wrócił. Jasne się stało, że dzisiejsza Premier League tak mocno ewoluowała, że stare sztuczki przestały działać. Zmiany stały się z czasem koniecznością. Pytanie czy dziś FSG jest gotowe wprowadzać je w odpowiedni sposób i czy wreszcie w klubie znajdują się odpowiedni do tego ludzie? Każdy zdaje sobie sprawę z tego jakie szkody wnieśli Purslow czy Comolli. To pokazuje, że wystarczy jedna pomyłka, jeden niewłaściwy człowiek na nieodpowiednim stanowisku i działanie całego klubu jest zachwiane. Postanowiono wrócić do pomysłów z pierwszych dni FSG na Anfield. Zaczęto silniej inwestować w młodych zawodników, rozpoczęto ściąganie graczy odrzuconych przez innych a nam pasujących, zaczęto redukować wydatki na płace, głównie pozbywając się starszych zawodników, których wartość malała a utrzymanie było wysokie. Wprowadzono bezwzględny model finansowania drużyny w celu zwiększenia stabilności. Mimo już ponad dwóch i pół roku w klubie, FSG faktycznie rządzi od roku. W tym czasie zdążyli zmienić trenera, popsuć letnie okienko, blokując przyjście Dempseya, zbudować scouting i komitet transferowy, rozplanować rozbudowę stadionu i rozpocząć właściwe działania transferowe od stycznia a dziś prowadząc kolejne w bardzo żywym tempie. Nie wiemy czy te ruchy przyniosą oczekiwane rezultaty, ale Liverpool w końcu zachowuje się jak klub, który ma cel i plan jak do niego dojść. Prorocze słowa Alberta Riery o „dryfującym statku” miały niestety potwierdzenie w rzeczywistości. Tym razem rozwijamy jednak żagle i chcemy płynąć szybko. Oby tylko sternik potrafił odpowiednio nas nakierować.

Idzie nowe. Wszędzie. Także w zespole. Próżno dziś szukać bohaterów ze Stambułu w składzie, trudno znaleźć łączników pomiędzy obecnym zespołem a drużyną z sezonu 2008/09, która otarła się o tytuł. Benitez zdążył odbyć długi urlop, przejść się szlakiem Mourinho by dziś wylądować w Napoli. Hyypia kolejny sezon będzie prowadził niemiecki Bayer. Xabi Alonso z Mascherano, absolutnie kluczowy duet „najlepszej pomocy na świecie”, rozdzielają pomiędzy sobą regularnie tytuły w Hiszpanii. Torres zdążył wygrać Ligę Mistrzów i zostać królem strzelców Euro. Kuyt teraz zachwyca swoją pracowitością tureckich fanów. Carragher zakończył karierę by zostać ekspertem telewizyjnym, Reina za chwilę może również odejść. Wielu innych również dawno jest poza Anfield. Trudno zaakceptować to, że tamta drużyna się rozpadła bez osiągnięcia celu, mając go na wyciągnięcie ręki. Tym trudniej jest przyjmować kolejne rozstania, kiedy można mieć uczucie niespełnienia. Przecież oni wszyscy zasłużyli na to, żeby wyjeżdżać z Liverpoolu z zawieszonymi na szyi medalami za mistrzostwo Anglii!

Niemniej życie napisało inny scenariusz i kolejny nieskuteczny projekt upadł, chociaż dostarczył multum przyjemnych wspomnień. Trudno, zdarza się. Zespół osiągnął szczyt a to i tak było za mało. Problem polegał na tym, że nie rozpoczęto odpowiednio szybko prac nad nowym cyklem. Minęły trzy sezony od wicemistrzostwa zanim otwarto kolejny długofalowy projekt. Łatwo pozwolono konkurencji odjechać, w tym samym czasie będąc zajętym wewnętrznym bałaganem. Dziś jednak jesteśmy w zupełnie innym punkcie niż w poprzednich latach. Mamy trenera nie tylko na dziś, ale również na przyszłość. W zespole nie ma już kompletnie nieprzydatnych zawodników a sprawy kontraktów zostały uregulowane. Mamy odpowiedni zespół ludzi, którzy przygotowują plan działania i go sukcesywnie wdrażają. Liverpool ściągnął już czterech zawodników do pierwszej drużyny zanim jeszcze rozpoczął się oficjalnie okres transferowy. To wielka, pozytywna zmiana w porównaniu z poprzednimi latami, kiedy zawsze to zapowiadano a jednak okazywało się to niemożliwe w realizacji. Wliczając jeszcze dwa zimowe nabytki, Liverpool w tym roku wzmocniło aż sześciu graczy. Każdy z nich może pełnić mniej lub bardziej pożyteczną rolę w zespole w nadchodzącym sezonie. Czynione są kroki w kierunku dalszego wzmocnienia pierwszej drużyny a także ambitne plany odnośnie młodych zawodników do grup młodzieżowych. Liverpool na nowo sprawia wrażenie prężnie działającego klubu o wręcz chorej ambicji. Dziś są to pierwsze kroki, ale znaczące. Klub energicznie działa na rynku transferowym, sprowadzając zawodników, których faktycznie chce i sprawdził w ostatnich miesiącach. Działania są przemyślane, chociaż czy skuteczne to okaże się dopiero podczas sezonu.

Nowy sztab, nowi scouci, nowy zespół, nowe idee i filozofia klubu. Liverpool jest na zakręcie i zjeżdża ze starej, sprawdzonej ścieżki na rzecz świeżego, nowoczesnego spojrzenia na prowadzenie klubu piłkarskiego. Liverpool chce być ofensywny, efektowny, młody i przebojowy. Chce być angielską wersją obecnej Borussii i nowym Arsenalem sprzed kilku lat. Trener ma grać piękny futbol, stawiając na młodych zawodników a przy tym odnosić jeszcze odpowiednie wyniki sportowe. Sporo wymagań, ale przecież ten klub to nie miejsce na półśrodki i ostrożność. Taki model ma gwarantować, że Anfield stanie się jeszcze bardziej atrakcyjniejszym miejscem do gry dla najzdolniejszych piłkarzy przy dużej szansie na to, że ich wartość będzie rosła, żeby klub mógł ze sprzedaży niektórych zawodników pokryć zastępstwa oraz zapewnić sobie samowystarczalność finansową. Brzmi dziwnie, nieco niepodobnie do starego, dobrego Liverpoolu? Owszem. Jednak właśnie dziś taki model daje najwięcej szans na sukces klubom pozbawionym właścicieli, sztucznie i nadmiernie zapełniających kasy swoich zabawek.

Jednak taka droga również może być wyboista. Przede wszystkim na pewnym etapie każdy z piłkarzy może zapragnąć zarobków na szalonym poziomie, których Liverpool nie będzie w stanie zapewnić. Z tym trzeba sobie radzić w odpowiedni sposób, bo nie sztuką jest zarobić dobrze na zawodniku. Ważne jest, aby przy tym jednocześnie nie wzmacniać bezpośrednich rywali. Z czasem nie tylko może brakować niektórym pieniędzy, co raczej medali, bo młody zespół również może oznaczać nieregularność i brak doświadczenia w kluczowych etapach rywalizacji. W każdym razie Liverpool będzie musiał zachować mądrość i rozwagę, aby zatrzymywać najważniejszych graczy a jednocześnie nie zaburzać własnych finansów. To będzie bardzo trudne zadanie, gdyż w dzisiejszym futbolu zawodnicy coraz rzadziej respektują kontrakty i coraz łatwiej sami decydują o transferze. Dlatego ważna będzie również atmosfera w szatni i zapewnienie piłkarzom komfortowych warunków pracy.

„New is always better”! Liverpool przybiera nowe oblicze. Na pewno zaskakujące, patrząc na poprzednie kilka lat, ale również bardzo ekscytujące. Z pewnością mamy szansę na drużynę, która będzie wzbudzała podziw nawet przegrywając. Rodgers dodaje kreatywności do zespołu z takim tempem jakim Benitez wzmacniał go defensywnie. To także odmienne podejście do przeszłości, gdzie najpierw budowano silne podstawy w obronie a tym razem główny nacisk stawiamy na atak. Wszystkie te przemiany wiążą się z zerwaniem z poprzednią erą, tą pełną pięknych wieczorów w Lidze Mistrzów, ale również frustrujących niepowodzeń w lidze. Z erą żołnierzy Beniteza, którzy poślizgnęli się zaraz przed zdobyciem szczytu. Czas wczorajszych bohaterów już minął, teraz pora na napisanie nowych historii. Tylko on, kapitan, dobrze znać będzie je wszystkie.

Autor: Hulus Dodano: 30.06.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON