Czy powinniśmy się obawiać?

„Myślę, że odkryto nasz słaby punkt” taką opinią podzielił się jeden z fanów Liverpoolu po wczorajszym spotkaniu z Birghton podczas audycji radiowej w BBC. Mecz zakończył się triumfem the Reds 2:1, lecz po raz kolejny nie zachowali czystego konta.

Po raz ostatni gracze Jürgena Kloppa zachowali czyste konto we wrześniu - od tego czasu zanotowali niechlubną serię 12 meczów, w których nie zdołali powstrzymać przeciwników przed zdobyciem bramki. To najdłuższa seria od 1998 roku. Chris Sutton, były napastnik Blackburn Rovers, zapytał swojego rozmówcę o to, czy boi się zbliżającego się starcia z Evertonem i czy sądzi, że sąsiedzi z Liverpoolu mogą pokrzyżować plany Liverpoolu w tym sezonie. Były to dość dziwne pytania związane ze środowymi 234 derbami Merseyside.

Mistrzowie Europy i obecni liderzy Premier League stracili zaledwie dwa punkty od marca. Wygrali 14 kolejnych meczów w lidze i są niepokonani w ciągu ostatnich 19 spotkań we wszystkich rozgrywkach. Z drugiej strony Everton nie radzi sobie najlepiej w tym sezonie.

Dla tych, którzy upierają się, że szklanka jest w połowie pusta, było wiele do wytknięcia Liverpooli, który ciężko pracował nad pokonaniem Brighton w sobotę. Dublet ustrzelił Virgil van Dijk, który wykorzystał w pierwszej połowie dwa razy podania Trenta Alexandra-Arnolda, lecz gospodarze nie zdołali podwyższyć prowadzenia. To mogło się na nich zemścić, kiedy Alisson został wyrzucony z boiska z czerwoną kartką, a rzut wolny za dotknięcie piłki ręką poza polem karnym przez Brazylijczyka wykorzystał Lewis Dunk. Kibice na Anfield w ostatnich minutach patrzyli jak liverpoolczycy bronią się przed stratą punktów. Nerwowy finał przyjęto raczej z ulgą niż radością.

- Musieliśmy się spiąć i walczyć - przyznał Van Dijk, który w poniedziałek poleci do Paryża na uroczystość wręczenia Złotej Piłki.

Czy był to ładny mecz? Nie. Ale marsz ekipy Kloppa toczy się dalej,a rozwodzenie się nad negatywami szkodzi temu, co stworzył Niemiec.

Fakt, że Liverpool, będąc na szczycie Premier League bez wejścia najwyższy bieg, powinien być źródłem emocji, a nie zmartwień.

Przeszkody są rzucane pod ich nogi, zwłaszcza utrata Fabinho na okres do ośmiu tygodni ze względu na kontuzję kostki. Mimo to zespół z Anfield wciąż szuka sposobu na pokonanie przeszkód, nawet po wyczerpującym meczu Ligi Mistrzów. Każdego tygodnia ich rywale muszą liczyć na potknięcie, które będą mogli wykorzystać. Każdego tygodnia są sprawdzani.

- Wydaje mi się, że istnieje błędne przekonanie, że gdy Liverpool w przeszłości odnosił sukcesy, to robił to grając w cudownym stylu - powiedział były napastnik, Jan Molby.

- Ten klub wygrywał tytuły, notując wygrane, które nie były najlepsze. Świetne zespoły potrafią to robić.

Liverpool Kloppa z pewnością to potrafi. Osiem z 13 dotychczasowych zwycięstw w lidze w tym sezonie udało się osiągnąć dzięki minimalnej zaliczce. To świadczy o ich odporności.

40 punktów na 42 możliwe świadczą o najlepszym początku sezonu w historii Liverpoolu. Zwycięstwo nad Brighton wyrównało rekord klubowy 31 meczów bez porażki w lidze, który wcześniej miał miejsce między majem 1987 a marcem 1988 roku.

Na Anfield nie było tak dobrze, odkąd Kenny Dalglish dowodził razem z Johnem Barnesem, Peterem Beardsleyem i Johnem Aldridgem. Jednak uderzające są podobieństwa między Kloppem a innym kultowym byłym menedżerem Liverpoolu.

W ten weekend przypadła 60. rocznica zatrudnienia Billa Shankly'ego na Anfield. To Shankly wyciągnął klub z przeciętności w starej Second Division i zmienił ich w dominującą siłę w kraju. Ustanowił standardy, według których mierzono każdego z jego następców.

- Przybycie Shanksa było przełomowym momentem w historii Liverpoolu - powiedział były napastnik the Reds, David Fairclough, który grał w młodzieżowych drużynach za panowania Shankly'ego (1959–1974).

- On zaczął wszystko od nowa. Stworzył etos, który jest w klubie do tej pory. Był wizjonerem. Był zwycięzcą i wzbudzał szacunek. Wiele mu zawdzięczamy.

- Jurgen najbardziej przypomina Shanksa. On jest wyjątkowym facetem.

Pomnik Shankly'ego, stojący za trybuną the Kop, ma wypisane na podeście słowa: „Sprawił, że ludzie byli szczęśliwi”. Klopp zrobił to samo.

Podczas gdy Bob Paisley, Joe Fagan i Dalglish z powodzeniem przedłużyli erę sukcesów, Klopp zmienił losy klubu, tak jak Shankly przed nim - poprzez wyjątkową rekrutację i niezwykłą siłę osobowości. Podobnie jak Shankly, jest on mówcą, który wzmacnia lojalność, ożywiając graczy i kibiców.

Szkot często mówił o swoim „punkcie zwrotnym” na Anfield, kiedy sprowadził Rona Yeatsa i Iana St Johna w 1961 roku. Klub pobił swój rekord transferowy, aby podpisać kontrakt z Johnem, kiedy sprowadził go z Motherwell za 37 500 funtów.

Sprowadzenie Van Dijka i Alissona energetyzowało Liverpool Kloppa w podobny sposób. Od 10. miejsca w tabeli do triumfu w Lidze Mistrzów i pozycji liderów Premier League - niesamowita podróż.

- Shankly mówił o naturalnym entuzjazmie do gry, którą dzielił się. Obaj przybyli z małych wiosek do dużego miasta i zdominowali to miejsce. Obaj wychowali się na wartościach takich jak lojalność i wzajemna pomoc. Widać to w sposobie, w jaki grają ich drużyny i ich jedności. Taka była filozofia Shankly'ego i taka jest filozofia Kloppa - powiedział The Athletic Peter Hooton, muzyk z Liverpoolu i autor „The Boot Room Boys”.

Shankly uczynił swoją misją przekształcenie Liverpoolu w „bastion niepokonanych”. Zdobył trzy tytuły ligowe, dwa Puchary FA i Puchar UEFA - kładąc podwaliny pod jeszcze większą chwałę za panowania Paisleya.

Bramkarz Ray Clemence, który podpisał kontrakt wart 30 funtów tygodniowo, gdy Shankly sprowadził go ze Scunthorpe United w 1967 roku, również podzielił się wspomnieniami z czasów gry przy Shanlkym.

- Byliśmy rozczarowani, jeśli nie wygraliśmy dwóch trofeów w sezonie, a tym bardziej jednego. To był niesamowity czas.
Kiedy grałem, 11 graczy walczyło o Liverpool. Nikt nie odpuszczał. Tak samo jest z obecną kadrą. Widać, że zwycięstwo w Lidze Mistrzów dało graczom fantastyczną wiarę w to, że mogą oni dalej zdobywać kolejne trofea i stać się prawdziwymi legendami klubu.

To Shankly w 1964 roku podjął decyzję o usunięciu białych szortów i skarpetek Liverpoolu i zmianie kompletu strojów na czerwony. To była psychologiczna sztuczka.

- Chryste, gracze wyglądali jak olbrzymy, a my graliśmy jak olbrzymy - zachwycił się Clemence po tym, jak wygrali z Anderlechtem w Pucharze Europy.

Shankly z pewnością podziwiałby podobną dbałość Kloppa o szczegóły. Sobotnie zwycięstwo zależało w dużej mierze od umiejętności Liverpoolu w wykorzystywaniu stałych fragmentów gry. Łącznie z karnymi, było to dla nich źródło 40 bramek w Premier League od początku ubiegłego sezonu - o 9 więcej niż którykolwiek z ich rywali.

To nie przypadek. Jest to wynik wielu godzin ciężkiej pracy zarówno w ośrodku treningowym w Melwood, jak i w sali, gdzie analizowane są powtórki wideo z asystentami - Peterem Krawietzem i Pepem Lijndersem.

Gdyby nie niepotrzebnie wprowadzone nerwy w końcówce i bardzo dobra gra bramkarza Brighton, Mata Ryana, Liverpool kończyłby spotkania w dużo lepszych nastrojach.

- To niewiarygodne, jak bardzo ci chłopcy chcą wygrać - podsumował Klopp.

Jego szklanka jest w połowie pełna i słusznie. Liverpool może nie lśni, ale nadal wyznacza tempo w pogoni za nagrodą, której pożąda bardziej niż ktokolwiek inny.

James Pearce