Heysel

Utracone istnienia, które uratowały sport

W historii sportu nie było bardziej okrutnego i zniewalającego wydarzenia niż wieczór 29 maja 1985 roku, gdy 39 Włochów zginęło na trybunach stadionu Heysel w Brukseli, podczas morderczego preludium przed Finałem Pucharu Europy.

To powinien być radosny festiwal pełen zabawy, radości i triumfu pomiędzy Liverpoolem, a Juventusem, które były wtedy odpowiednio najlepszą i najbardziej elegancką drużyną w Europie. Rok wcześniej Liverpool sięgnął po to trofeum w Rzymie grając z zespołem AS Roma i w 1985 roku stanął przed szansą wzniesienia Pucharu Europy po raz piąty w historii.

The Reds chyba nigdy nie dominowali tak bardzo, jak wtedy. Juventus był chyba jedyną drużyną w Europie, która mogła równać się z Liverpoolem. Drużyna Zbigniewa Bońka, Marco Tardelliego i Michela Platiniego grała twardo, ale nie brakowało jej polotu. Platini odwdzięczył się kibicom prowadząc Juventus do historycznego triumfu po słabym sezonie.

Wszyscy oczekiwali wielkiego meczu. Mecz był zapowiadany jako karnawał ofensywnego futbolu. Jednak zamiast tego zobaczyliśmy makabryczne sceny. Ciała piętrzyły się po jednej stronie boiska tuż pod lożą vipów. Podczas meczu wielu kibiców mogło je dostrzec, żony piłkarzy także. Był to jeden z najbardziej przerażających widoków w historii sportu – i z pewnością jeden z najtrudniejszych do zapomnienia – zwyczajny zarośnięty Włoch powoli tracił oddech otoczony umierającymi kolegami na trybunach stadionu, a jego ręce widniały wysoko w górze w skostniałym geście rozpaczy. To była sceny z wojny, a nie piłkarskiego meczu.

Minęło dwadzieścia lat, ale ten obraz nie zatracił swojej szokującej siły. Większość świadków zgodzi się, że przemoc rozpoczęła się bardzo wcześnie, mniej więcej na 90 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Stadion był pełen śpiewających ludzi, a także wrogiej atmosfery pomiędzy kibicami obu drużyn. Niektórzy fani Liverpoolu tłumaczyli tą wrogość wydarzeniami z poprzedniego Finału Pucharu Europy w Rzymie, gdy The Reds pokonali gospodarzy po rzutach karnych. Po tym, jak kibice Liverpoolu opuszczali Stadion Olimpijski, rzymscy tifosi zaczęli obrzucać ich kamieniami i innymi przedmiotami. Nie miało żadnego znaczenia to, że fani Juve nie mieli wiele wspólnego z tamtymi ludźmi: kibice Liverpoolu byli tego dnia w takim nastroju, że nie zamierzali odpuścić żadnemu Włochowi.

Piłkarze The Reds zauważyli tą atmosferę, gdy wyszyli na boisko przed meczem, a także potem, gdy oczekiwali w szatni. Alan Hansen, który grał na najbardziej wrogo nastawionych stadionach Europy pamięta, jak mówił do lewego obrońcy Alana Kennedy’ego podczas wchodzenia na plac gry, że pierwszy raz w życiu widzi kibiców z cegłami na stadionie. „Oni nie rzucają cegłami,” odpowiedział Kennedy. „Oni rzucają stadionem.”

Najważniejszy mecz w Europie został zamieniony w kompletną ruinę. Już wtedy w szatni Liverpoolu nie było najlepszej atmosfery z powodu rezygnacji Joe Fagana na dzień przed meczem. Finał na Heysel był jego ostatnim meczem w roli menadżera The Reds.

Kennedy, którego bramki były kluczowe w europejskich sukcesach Liverpoolu, w tym meczu nie mógł wystąpić, ale pojechał z zespołem, żeby stworzyć lepszą atmosferę. Jego zadaniem było wchodzenie na boisko i monitorowanie sytuacji na trybunach. Za każdym razem, gdy wracał do swoich kolegów przynosił coraz to gorsze wieści. Przemoc i plotki dotyczące ofiar trafiały coraz bardziej do piłkarzy The Reds, a Hansen zauważył, że Fagan, którego dotychczasowe całe życie związane było z futbolem wyglądał na załamanego człowieka.

Najbardziej niebezpieczny obszar całego stadionu był wyraźnie widoczny z tunelu, którym zawsze wychodził Kennedy – był to tak zwany sektor Z, gdzie fani Juventusu i Liverpoolu stali praktycznie obok siebie. Oddzielał ich wąski obszar policyjny, w którym nikogo nie było. Tak naprawdę większość osób niekibicujących Liverpoolowi w tamtym sektorze, byli to kibice neutralni, albo ukryci Włosi. Gdy początek meczu był coraz bliższy kibice The Reds zaczęli obrzucać ‘Włochów’ puszkami po piwie, kamieniami, wszystkim, co wpadło im w ręce. Gdy ‘Włosi’ odpowiedzieli, rozwścieczeni kibice Liverpoolu zaczęli przedzierać się przez puszty obszar i odkryli, ku własnemu zaskoczeniu, że maja wolną drogę.

Ogrodzenie zostało zniszczone i zamieniło się w broń. Przerażeni Włosi i Belgowie nie mieli wyjścia i w akcie desperacji zaczęli wspinać się na mur. Ściana się zawaliła, zabiła 39 niewinnych ludzi i raniła 600 innych, cały świat w przerażeniu oglądał, jak fani Liverpoolu skierowali swoją uwagę ku policji, która właśnie pojawiała się na stadionie. To była scena, która przeszła do historii futbolu jako „chwila JFK”: gdy każdy, kto to oglądał dokładnie pamięta, co robił i czuł.

Wcześniej telewidzowie w Wielkiej Brytanii przełączyli na BBC1, żeby zobaczyć Terry’ego Wogana debatującego z Brucem Forsythem dosłownie na chwilę przed rozpoczęciem meczu. Nagle nastrój w programie się zmienił, gdy wymęczony Jimmy Hill przedstawił sceny, jak kibice Liverpoolu rzucają puszkami i butelkami w policję. Głos komentatora Barry’ego Daviesa zaczął się łamać, gdy próbował wytłumaczyć całe zdarzenie i te słowa do dzisiaj naprawdę przejmują: „Mamy doniesienia, że niektórzy fani ponieśli śmierć... inni są rani.”

Dla piłkarzy i kibiców, ocalałych i rodzin poległych, dla tych wszystkich, którzy myśleli, że idą na mecz piłki nożnej, wspomnienia z tamtego majowego wieczoru są wciąż żywe. Przeczytaj relacje świadków tragedii.
Czytaj dalej ››

W studiu Graeme Souness i Terry Venables nie potrafili wykrztusić z siebie nawet jednego słowa. Liczba ciał ciągle rosła, bitwa stawała się coraz bardziej brutalna, a ja czułem tak, jak większość oglądających to osób, wstyd i złość. Poczucie winy było osobiste. Byłem kibicem Liverpoolu. Mieszkałem w tym mieście. Byłem jednym z nich. Tamtego wieczoru nie byłem na Heysel, ale miałem tam się znaleźć. Jechaliśmy przez Francję z innymi fanami The Reds, ale nasza podróż do Brukseli została wstrzymana. Zakończyliśmy wyprawę w La Guillti – dzielnicy w Lyonie, gdzie mieszkali imigranci. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na piciu w barze, który wystroiliśmy w Czerwone barwy.

Oglądaliśmy w telewizji z przerażeniem na twarzach, jak rozwijała się ta tragedia, ponieważ rozpoznawaliśmy twarze, ubrania i styl ludzi na trybunach. Nie potrafiliśmy nic powiedzieć. W ciszy dalej piliśmy. Arabowie przebywający w barze dziwnie się na nas patrzyli, ponieważ mieliśmy koszulki The Reds, flagi i banery, jednak nic nie mówili. Pamiętam, że większość z nas skupiła się na dziewczynie w niebieskiej bluzie, która starała się wspiąć na górę ciał, ale spadła na zakrwawione ogrodzenie, umierając na miejscu. W ciągu kilku kolejnych dni media w całej Europie miały jedno zdanie na ten temat: „Angielscy mordercy”, „Zabójcy” i „Czerwone zwierzęta” (taki był także jeden z napisów na fladze kibiców Juventusu podczas meczu na Heysel).

We Francji, Niemczech, Włoszech, dosłownie wszędzie obwiniano naszą brutalną kulturę, spuściznę po kolonializmie, arogancję i głupotę rządu Thatcher. W samej Wielkiej Brytanii rząd, piłkarskie autorytety, prasa i telewizja były zszokowane. „My nie jesteśmy zdruzgotani,” powiedziała Margaret Thatcher. „Czujemy się jeszcze gorzej.” Ten jedyny raz w historii brukowce miały rację, gdy Mirror dał taki tytuł: „dzień, w którym futbol umarł.”

Po spotkaniu panowała złość i zamieszanie. We Włoszech, brytyjska ambasada i inne organizacje związane z Anglią zostały zaatakowane. W całej Europie, a nawet na świecie, męską cześć klasy robotniczej z Anglii, a zwłaszcza z Liverpoolu była ignorowana i uznawana za dziką. W Anglii, Thatcher odwołała spotkanie gabinetu i wypowiedziała ‘wojnę przeciwko chuliganom’, w taki sam sposób, jak wcześniej chciała rozwiązać związki górnicze.

Po kilku dniach Prezes Liverpoolu John Smith ogłosił, że klub nie weźmie udziału w przyszłorocznych rozgrywkach Pucharu UEFA. Kilka godzin po tym oświadczeniu Angielski Związek Piłki Nożnej pod naciskiem Thatcher ogłosił, że angielskie kluby zostają wykluczone na najbliższy rok z europejskich rozgrywek. Jednak to ciągle było za mało, więc dwa dni później UEFA oznajmiła, że angielskie kluby zostają wykluczone z tych rozgrywek na czas nieokreślony. W praktyce było to pięć lat.

Po ogłoszeniu tej kary fani Liverpoolu zostali zaaresztowani i deportowani do kraju, pokazała to telewizja i prasa. Była to najdziwniejsza i największa deportacja w historii Wielkiej Brytanii. Liverpool Echo przyjęło rolę strażnika spraw miasta i ogłosiło 29 maja najczarniejszym dniem w historii. Podobno wdowa po Billu Shanklym, Nessie, wyłączyła mecz i modliła się za ofiary. W kolejnych dnia rubryka z listami do gazety była wypełniona opiniami fanów na temat tej tragedii. Na początku wszyscy byli zniesmaczeni i samokrytyczni, jednak czuli potrzebę wytłumaczenia.

Jeden chłopak przyznał się, że był wtedy w Sektorze Z, jednak gdy zobaczył, do czego się przyczynił zaczął płakać. Krążyła historia o ‘heroicznym Scouserze, który uratował ludzi’. Natomiast K. Martindale z Mossley Hill napisał do Echo, że widział kibiców okradających i kopiących ciała. Na promie z Zeebrugge, zdegustowany i załamany, przyznał, że słyszał, jak ktoś się chwali: „Zabiliśmy 40!”.

Prawda była taka, że nikt w mieście nie wiedział, jak zareagować. Częściowo wynikało to z tego, że tak naprawdę ciężko było się dowiedzieć, co się stało dokładnie, zwłaszcza, jeśli byłeś na meczu. Opowieści kibiców znacząco się od siebie różniły, obwiniali agresywnych fanów Juve, przestraszoną belgijską policję, zły stadion. Tak, jak wielu kibiców Steve Kneale, który teraz pracuje w Radzie Miasta Liverpoolu, nie znał szczegółów tej tragedii, dopóki razem z przyjaciółmi nie zobaczył nagłówków gazet. „Czytaliśmy gazety w hotelu, a wszyscy wokół nas – Francuzi i Belgowie – siedzieli cicho i nie chcieli z nami rozmawiać,” wyznał mi niedawno w Liverpoolu.

„Pamiętam jednego z chłopaków, starszego gościa, który bardzo dużo podróżował za Liverpoole i on nam powiedział, że powinniśmy w ciszy udać się do domu. Wyszliśmy na ulicę, a starsza kobieta zaczęła pluć w naszym kierunku i coś krzyczeć po flamandzku.” Echo poświęciło wiele miejsca na swoich stronach świadkom tej tragedii, którzy twierdzili, że całej tragedii winni są zwolennicy Narodowego Frontu, fani Chelsea, Leeds, a jeden zagorzały kibic The Reds oznajmił, że zostali sprowokowani przez fanów Evertonu. Liberalny radca Peter Millea, który był na tym meczu powiedział, że widział na trybunach grupę skinheadów, którzy nosili prowokujące koszulki i mówili z dziwnym akcentem.

„Scouserzy tak się nie ubierają,” powiedział. „to było wyraźne, że przybyli na stadion w celu wszczęcia zadymy.” Prezes Liverpoolu Smith wydał oświadczenie, w którym oświadczył, że winni byli zwolennicy Narodowego Frontu, najprawdopodobniej z Londynu. Dodał także, że przed całym zamieszaniem, ktoś oddał strzał.

Bardzo drażliwym tematem jest deklarowanie, kto i co utracił podczas tragedii w Heysel. Kevin Ratcliffe nawet nie myśli, żeby nazywać siebie ofiarą tragedii, w której 39 osób poniosło śmierć. Przeczytaj o skutkach wykluczenia angielskich drużyn z europejskich pucharów.
Czytaj dalej ››

Fani chcieli wierzyć, że ta wersja jest prawdziwa. Już dawno temu zaprzeczono tym wszelkim domysłom na podstawie dowodów. John Williams, z Uniwersytetu w Leicester, gdzie był jednym z członków Piłkarskiego Stowarzyszenia imienia Sir Normana Chestera, wciąż nie jest pewny, co tak naprawdę się stało na trybunach. Williams jest chyba najlepszym ekspertem do spraw piłki nożne z lat 70-tych i 80-tych, a także kibicem Liverpoolu. To właśnie jego bezpośrednia wiedza o klubie z Anfield daje mu podstawy twierdzić, że oficjalne źródła są nieprawdziwe.

„Żaden z tych domysłów na temat przedstawicieli Narodowego Frontu nie został potwierdzony i w przyszłości też to się nie stanie,” powiedział. „i to prawda, że te wymysły mają na celu zatarcie prawdy. Jednak każdy, kto znał kulturę fanów Liverpoolu z tamtych lat, wie, że wszystkie media podawały częściowo informacje fałszywe. Wydarzenia z Heysel zupełnie nie pasowały do kultury Liverpoolu.”

Williams argumentuje, że kultura trybun Liverpoolu była przeciwna wszelkim przejawom chuliganizmu, który prześladował futbol od początku lat 70-tych. „Podczas spotkań często dochodziło do bójek,” powiedział. „jednak generalnie kibice Liverpoolu nie byli zainteresowani przemocą, potrafili o siebie zadbać. Idea była taka, żeby nie zniżać się do poziomu bezmyślnie niszczących fanów Chelsea, Leeds, czy Reprezentacji Anglii. Właśnie dlatego kibice Liverpoolu nigdy nie byli zorganizowani w żadne bojówki; to były małe grupki przyjaciół, którzy razem szli na mecz, bądź do pubu. To prawda czasem kradli – ale zabierali, jakieś drobne przedmioty z Europy, nic więcej. Po prostu szukali śmiesznych rzeczy.”

Podobne zwyczaje panowały w najpopularniejszej wtedy grupie fanów nazwanej „The End”. Byli śmieszniejsi niż „Viz” i twardsi niż „Face”. Do tej grupy należeli kibice, którzy cenili sobie małe kradzieże, palenie ‘trawki’. John Peel należał do tej grupy i nosił koszulkę „The End” podczas różnych festiwali, a także na zdjęciach do gazet NME i „Sounds”. Grupa posiadała swoją własną gazetę (jednym z redaktorów był Peter Hooton, który potem założył zespół „the Farm”), w której krytykowali „wieśniaków” z Manchesteru i Leeds.

Śmiali się głośno i najdłużej z fanów Chelsea za ich głupi akcent i badziewne ubrania. Z pewnością był to specyficzny punkt widzenia na świat, ale nie było tam przemocy (w rubryce listy bardzo często można było spotkać stwierdzenie: „Wszyscy chuligani to ch**e”). „The End” w pewnym sensie był przedłużeniem tradycji Liverpoolu z lat 60-tych, gdy narodziły się gwiazdy Beatlesów i cała generacja komików, artystów i pisarzy.

Jednak w 1985 roku pozostała część Anglii widziała Liverpool w innym świetle. Wtedy miasto było uznawane za typowo przemysłowe i ludzie głównie słyszeli o nim z powodu socjalnego niezadowolenia. W kraju, który nie nadążał z polityką handlową rządu Thatcher, Liverpool ze swoim bezrobociem, zadymami, skorumpowanymi politykami wydawał się dziwnym i odseparowanym miejscem. Peter Hooton był na Heysel. Jest szczery i przyznaje, że to fani Liverpoolu są odpowiedzialni za tą tragedię.

„Nigdy nie powiem, że oni nie byli fanami Liverpoolu, ponieważ z pewnością im kibicowali,” powiedział Hooton. „Nie było tam żadnych ‘tajnych’ organizacji z Londynu, ani innych ludzi.”

Największym szokiem Heysel dla Hootona było to, że ludzie na całym świecie mieli potwierdzenie swojego wizerunku Liverpoolu. A, co najgorsze ta tragedia ukazała samym mieszkańcom ciemną stronę miasta, w którym żyli. Właśnie to jest jeden z głównych powodów, dla których Heysel pozostaje tematem tabu w Liverpoolu.

Drugim powodem jest to, że Heysel przypomina tragedię z 16 kwietnia 1989 roku z Hillsborough, gdy 95 fanów Liverpoolu poniosło śmierć na miejscu, a jeszcze jeden zmarł w szpitalu. Wtedy fani Liverpoolu byli ofiarami. Heysel nie spowodowało, że Hillsborough było mniej traumatycznym przeżyciem, ale na pewno łatwiej było się z nim pogodzić. Jak to ujął świadek obu tragedii: „Jest różnica pomiędzy żałobą, a morderstwem.”

Jednym z najdziwniejszych, a dla wielu wielce niezrozumiałym faktem pozostaje decyzja o rozegraniu meczu na Heysel. Jednak trzeba przyjąć do świadomości to, że gdyby spotkanie zostało odwołane na ulicach mielibyśmy prawdziwą rzeźnię. Nikt teraz nie może oczywiście mówić, że tak stałoby się na pewno, ale biorąc pod uwagę fakt, że policja była zorganizowana tragicznie, było to niezwykle prawdopodobne. Kolejnym truizmem, który trzeba zaakceptować jest to, że gdy mecz się rozpoczął tak naprawdę nikt o nim nie myślał. Jednak to stwierdzenie nie odnosi się do tysięcy fanów na stadionie, a także do mnie.

W chwili, gdy Nereo Ferlat sądził, że jego życie dobiega końca, wzniósł modły do Ojca Pio. Ojciec Pio był katolickim kapłanem i kapucynem, który miał pięć ran od ukrzyżowania. Wielu Włochów wciąż domaga się wyjaśnień i walczy o sprawiedliwość.
Czytaj dalej ››

Z pewnością nie byłem jedynym kibicem Liverpoolu w tłumie fanów w jednym z barów we Francji. Bardzo długo rozwodziliśmy się nad niesłusznie podyktowanym rzutem karnym, który ostatecznie został wykorzystany przez Michela Platiniego i dzięki niemu Juventus sięgnął po Puchar Europy. Po zakończeniu meczu ktoś zbił szybę w naszym lokalu. Wyszliśmy na zewnątrz, żeby zmierzyć się z małą grupką lokalnych chłopaków. Nie byliśmy psychopatami, ani nawet normalnymi piłkarskimi chuliganami, ale walczyliśmy twardo.

Nawet 20 lat po tym zdarzeniu nie jestem w stanie wytłumaczyć tego. Jak mogliśmy zdecydować się na jeszcze więcej przemocy po tym, jak w telewizji zobaczyliśmy prawdziwą masakrę? Powód jest prosty – nie chcieliśmy wstydzić się tego, kim jesteśmy. Ludzie, którzy byli tego dnia na Heysel mówili mi, że czuli coś bardzo podobnego. Poczucie winy powoli zaczęło zamieniać się w bunt, który wywołał jeszcze więcej przemocy. Bill Bufford napisał książkę w 1991 roku zainspirowaną właśnie Heysel zatytułowaną „Wśród Bandytów”, w której bardzo dokładnie analizuje te emocje.

Najstraszniejszym z wniosków Bufforda jest przedstawienie podekscytowania, które zostało wywołane przemocą na trybunach, rozentuzjazmowany tłum zamienił się w maszynę do zabijania. W swoim dziele cytuje Susan Sontag i Georgesa Bataille’a, żeby wyjaśnić, że największą atrakcją chuliganizmu „podniecenie wywołane złamaniem przepisów”, „narkomański szczyt”, gdy wszystko dzieje się w zwolnionym tempie i zapamiętuje się każdy szczegół.

Fascynujące jest to, że Bufford – wykształcony Amerykanin wywodzący się z klasy średniej, zupełnie obca mu jest kultura futbolu – daje się wciągnąć i dobrze bawi się opisując tą przemoc. Moje ostatnie wspomnienia z Heysel są w ten sam sposób, nie tyle wstydem, ale także w tak głębokich i nietykalnych sferach – radością z walki. Wszyscy fani piłki nożnej to rozumieją, zewnętrznie. W „Miłosnej Zagrywce” Nick Hornby ubiera to w proste, ale zarazem wiele mówiące kategorie:

„Dziecięce zabawy, które okazały się być mordercze w Heysel wyraźnie i bezwzględnie wywodziły się z pozornie nieszkodliwych, ale z pewnością zaczepnych gier – piosenki pełne przemocy, buńczuczne przyśpiewki – znaczna większość kibiców już od 20 lat stosuje tego typu zaczepki. W skrócie Heysel jest wytworem kultury, którą wielu z nas, w tym ja tworzyliśmy.”

Heysel wywołało kilka reakcji w kulturze. Pisarze z Liverpoolu Willy Russell i Alan Bleasdale mieli w tym okresie lata swojej najlepszej twórczości, ale nie napisali nic dotyczącego tej tragedii. Jedynym dziełem z wyższych sfer była przeciętna sztuka Michaela Nymana zatytułowana „Memoriał”. Ta sztuka została wystawiona tylko raz w magazynie w Rouen, kilka dni po tragedii. W Guardianie została opisana przez Waldemara Januszczaka jako „mała pokuta”. Potem po raz kolejny zaistniała, jako część ścieżki dźwiękowej do filmu Petera Greenwaya pod tytułem „Kucharz, Złodziej, Jego Żona i Jej Kochanek”, jednak potem została zapomniana, bądź zignorowana przez świadków Heysel.

Praca Nymana, która miała być pewnego rodzaju hołdem oddanym poległym w tej tragedii, zyskała większe uznanie w Europie. Jeden włoski krytyk nawet tak opisał tą sztukę: „niewyobrażalnie smutny i epicki marsz pogrzebowy.” Europejscy komentatorzy, którzy byli tego dnia na Heysel sami zaczęli szukać i próbowali zrozumieć niuanse angielskiej kultury piłkarskiej. Jednak ostatnio powstało wiele prac poruszających ten temat.

Jedną z najbardziej poruszających książek jest napisana w 2003 roku we Włoszech „Prawda o Heysel” przez doświadczonego dziennikarza Francesco Caremaniego. Jest to próba zrozumienia przemocy z punktu widzenia tych, którzy są atakowani i giną. Nie jest to książka napisana przeciwko Liverpool Football Club, albo fanom Liverpoolu, raczej jak to mówi Caremani jest to opowieść: „o ludzkich motywach i cierpieniu”.

Najważniejsze, a zarazem wielce odważne jest to, - jeśli pisze się z punktu widzenia włoskiego kibica – że Caremani nie cofnął się przed nazwaniem wszystkich obecnych na Heysel mianem ofiar, w tym sensie, że oni grali role w większej tragedii, której wtedy nie byli w stanie pojąć. Taka jest perspektywa Francuza Jeana Baudrillarda, który poświęcił jeden rozdział ze swojej książki „Przeźrocze Zła” właśnie tragedii z Heysel.

Jego analizy są wyjątkowe i proste i przejrzyste. Uważa, że Heysel były bardzo prymitywną, ale okropną w skutkach formą „interaktywnej telewizji.” Pokazuje wojnę pomiędzy rządem Thatcher, a górnikami (którą nazywa ‘stanowym terroryzmem) jako główną przyczyną agresji podczas sportowych imprez.

Według Baudrillarda Heysel nie zdarzyło się bez przyczyny; to był nieunikniony wynik pragnienia, żeby z widzów przeistoczyć się w aktorów. Natura przemocy – okrutna, perfidna, bezsensowna – była kulturową odpowiedzią wywołaną przez środowisko i wydarzenia. Baudrillard nie uważa przyczyny za ważniejszą od skutków. Bardzo łatwo jest zapomnieć, że na początku lat 80-tych Wielka Brytania była wyjątkowo brutalnym i słabym państwem, a także o warunkach, w jakich kibice oglądali piłkarskie mecze.

Od początku lat 70-tych brytyjscy kibice siali zamęt w Europie, a także na własnych stadionach. Ich zachowanie pozostawało niezauważone przez rząd i media. Ci, którzy organizowali mecze, którzy mogli coś zrobić ze złymi boiskami, słabą ochroną, klimatem nienawiści i rasizmu, wyglądali na zupełnie obojętnych wobec tego problemu. Każdy, kto chodził w tamtym okresie na mecz widział, że nie wszystko jest w porządku.

Heysel zmieniło wszystko jeśli chodzi o kulturę angielskiego futbolu, na lepsze. Najwyraźniej było to chyba widać podczas Mistrzostw Świata we Włoszech w 1990 roku, gdy podczas zamglonego meczu, przy muzyce „New Order”, angielski futbol rozpoczął swoje odrodzenie. Potem nadeszła już era konsumentów, a nie kibiców.

Jednak mimo wszystko, teraz nikt nie pragnie powrotu tamtych lat, przed Raportem Taylora, który był niczym wyrocznia i rozpoczął cały proces zmian – od samych miejsc siedzących na stadionie do zwiększenia ochrony. Jednak ciągle pozostaje silne uczucie w Liverpoolu.

R.I.P. 39
You'll Never Walk Alone

Dział tworzył: Liverpoollover

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u