Historia Adriána: od zera do bohatera

To był mecz otwierający nowy sezon zmagań w Premier League. Norwich City zagościło na Anfield, trybuny w pewnym momencie zamarły. Alisson Becker doznał kontuzji łydki. Jürgen Klopp przywołał nowo sprowadzonego bramkarza z ławki rezerwowych i szepnął mu do ucha: „Witamy na Anfield”.

Adrián był wówczas zawodnikiem Liverpoolu od czterech dni, a dwukrotnie odbył trening z resztą drużyny. Co powiedział Klopp hiszpańskiemu bramkarzowi na chwilę na debiutem?

– Uściskał mnie, okazując, że mam jego zaufanie. Czułem się jak ten nowy chłopak w klasie, który już za chwilę będzie musiał przedstawić się reszcie. Cóż, co mogę powiedzieć o Anfield? Sposób w jaki przywitali mnie fani, w tym fatalnym momencie, gdy stracili jednego z najlepszych zawodników, dał mi ogromną dozę pewności.

Opowiadając o nieoczekiwanym debiucie Adrián ma na twarzy szeroki uśmiech. 33-letni Hiszpan nie mógł być szczęśliwszy lądując w Liverpoolu pół roku temu.

Jednak by naprawdę zrozumieć zarówno jego, jak i jego rolę w tym wyjątkowym zespole, musimy się nieco cofnąć...



Dla bohatera tej historii sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Przez długi czas wydawało się, że lepsze czasy dla Adriána nigdy nie przyjdą. Przez lata czekał na prawdziwą szansę, grając w drugiej lub trzeciej drużynie Realu Betis. Gdy Hiszpan miał 25 lat w końcu zadebiutował w klubie, którego był wychowankiem. Był to 29 września 2012 roku, mecz przeciwko Maladze.

Wówczas Adrián również rozpoczął spotkanie na ławce rezerwowych, pojawiając się na boisku w 11 minucie, ubrany w żółtą koszulę z numerem 13 na plecach. Numerem, który dla Hiszpanów jest zwiastunem pecha. Ostatecznie starcie zakończyło się przegraną Betisu, a Adrián wpuścił cztery bramki.

Kilka miesięcy później nastąpił kolejny moment krytyczny: Sevilla zmiażdżyła swoich rywali 5:1.

Jednak nawet wobec fatalnych rezultatów, Adrián nie poddawał się i zaufanie, którym darzył go ówczesny trener, Pepe Mel, było nieocenione.

– Często wspominam tamten mecz. To była jedna z najważniejszych chwil w mojej karierze. Pepe był pierwszym trenerem, który dał mi szansę na zostanie profesjonalistą – opowiada Hiszpan.

– Ufał mi bez względu na błędy, które popełniałem. Tydzień później pokonaliśmy Real Madryt 1:0 i zaliczyłem kilka naprawdę dobrych interwencji. Ludzie dookoła uznali mnie za piłkarza meczu. Pepe pozwolił mi się rozwijać, za co jestem dozgonnie wdzięczny.

Pod koniec sezonu 2012/13 Betis spotkał się z problemami finansowymi. Adrián, który rozegrał w tamtej kampanii 32 mecze dla klubu, spakował się i odszedł do Premier League jako wolny agent. Nowym klubem golkipera był West Ham, a Adrián zachował „pechową trzynastkę”.

Dla 26-letniego Andaluzyjczyka, który nigdy nie był za granicą i mówił jedynie w ojczystym języku, nowy start w Anglii był ogromną przygodą, która miała przynieść zarówno wiele radości jak i rozczarowań. Pod koniec przygody z drużyną Młotów, bramkarz stracił swoje miejsce w wyjściowej jedenastce. Po sześciu latach spędzonych w londyńskim klubie i 150 występach w barwach the Irons, kontrakt Adriána został wypełniony, a on ponownie stał się wolnym agentem.


Bez drużyny, Adrián spędził okres przygotowywaczy trenując samotnie 30 kilometrów od rodzinnej Sevilli, w Pilas, na boiskach używanych przez lokalne drużyny. To z pewnością nie było łatwe.

– Podjąłem dość drastyczną decyzję o niezostawaniu dłużej w West Hamie, mimo, że miałem propozycję przedłużenia kontraktu o następne 3 lata. W ostatnim sezonie nie rozegrałem jednak żadnego meczu w Premier League, nie czułem też, że finansowo jest na tyle dobrze, że mógłbym zostać. To był ciężki okres.

– Przyszło lato i poczułem motylki w brzuchu, wiecie o co chodzi. Wiedziałem, że coś dobrego się zbliża, byłem też świadomy zainteresowania Liverpoolem jeszcze zanim otrzymałem pierwsze oferty.

– W końcu zaprosili mnie na rozmowy pod koniec lipca. Oznajmili, że planują sprzedać Simona Mignoleta jeśli ja zgodzę się na transfer do nich. Resztę już znacie.

Drugim klubem, który poważnie przymierzał się do sprowadzenia Adriána był macierzysty Betis. Andaluzyjczyk fantazjował o idei powrotu do klubu, którego jest wychowankiem, ale po odejściu Quique Setiéna panowała spora doza niepewności.

– Mój powrót do Betisu mógł się udać, ale nowa ekipa wciąż musiała zdecydować jakiego bramkarza potrzebują. Koniec końców zakontraktowali znacznie młodszego zawodnika. Nie wpisywałem się w ich profil. Niezależnie od tego co czujemy w środku, musimy postępować jak profesjonaliści. Jak się później okazało moja decyzja nie była wcale taka zła, prawda?

Opowiada Adrián śmiejąc się. Zresztą Hiszpan jest jedną z tych osób, które robią to niemal cały czas, co z pewnością poprawia atmosferę w szatni Liverpoolu. Do faktu na pewno przyczynia się też 22-punktowe prowadzenie w lidze. Prowadzenie, które da pierwszy tytuł mistrzowski, po wytęsknionych 30 latach. Póki co jeszcze nikt w klubie nie opowiada o tym jak blisko są spełnienia marzeń.



– To co Jürgen osiągnął jest wprost niebywałe. Wystarczy spojrzeć jak spisujemy się w lidze. Wszystko co wprawi w ruch, funkcjonuje należycie. Zawsze się uśmiecha i jest pełen radości, optymizmu. Jest trenerem ale zachowuje się jak każdy inny członek zespołu – kontynuuje Hiszpan.

– Bliskość z nim pozwala nam uwierzyć w jego metody. Przekonał nas, że jest wspaniałym przywódcą, a to jaką więź z nami nawiązał, pozwala utrzymać nas w przekonaniu, że nieważne co ma na myśli, to zawsze zadziała.

– Klopp skupia się na opowiadaniu o problemach i trudnościach z jakimi spotkamy się podczas spotkania. Dzięki temu mamy możliwość znalezienia rozwiązania. Każda drużyna może zaskoczyć nas nowym systemem, a on jest tutaj by nas poprowadzić. Świetnie dyryguje drużyną z linii bocznej, w kapitalny sposób przekazując nam swoją wiedzę.

– Sesje treningowe są intensywne. Wykonuje swoją pracę z ogromną pasją i wydaje mi się, że dokładnie to samo pokazujemy na boisku. Poza tym, że Jürgen jest świetnym strategiem to jest przede wszystkim wspaniałą osobą. Nigdy nie spotkałem się z nikim kto w taki sposób potrafi zarządzać drużyną.



Bieżąca kampania jest dla Adriána wprost niesamowita. Po sezonie, w którym nie rozegrał żadnego meczu ligowego i samotnych treningach, 5 sierpnia oficjalnie ogłoszono, że Hiszpan dołączy do Liverpoolu. Czas na debiut nadszedł cztery dni później, podczas spotkania z Norwich rozgrywanego wieczorem. Następne pięć dni później, Andaluzyjczyk wraz z resztą drużyny cieszył się z wygranego Superpucharu UEFA, po długim starciu z Chelsea.

Zaledwie w ciągu tygodnia Adrián z transferowej niewiadomej stał się bohaterem, broniąc między innymi rzut karny i wygrywając swoje pierwsze trofeum w karierze. Wygraną Liverpoolu świętowano również w Sewilli, a dokładniej w dzielnicy klasy robotniczej, Su Eminencia, z której bramkarz pochodzi.

– Wszyscy spotkali się w domu moich rodziców – była tam moja żona, moi najbliżsi przyjaciele, kuzynostwo i cała reszta rodziny. Wszystko potoczyło się tak szybko, nie mieli czasu polecieć do Turcji, aby obejrzeć spotkanie na żywo. Po meczu odebrałem połączenie wideo i widziałem łzy szczęścia, nigdy tego nie zapomnę.

Później w Stambule, gdy większość drużyny spała, liderzy Liverpoolu w należyty sposób przywitali nowego członka rodziny.



– James Milner powiedział mi żebym wziął trofeum na noc. Dopiero po kilkunastu sekundach zdałem sobie sprawę, że mówił całkowicie poważnie. Powiedział coś w tylu „kto jak nie ty?”, a ja się zgodziłem.

Jedynymi osobami, które były w stanie przyjechać do Turcji był brat Adrián oraz jego bliski przyjaciel. Obaj czekali w hotelowej poczekalni.

– Szedłem do mojego pokoju z Superpucharem, moim pierwszym tytułem. Trzeba było zobaczyć ich twarze.

Gdy latem spekulowano o przenosinach Adriána do Liverpoolu, część hiszpańskich mediów pisała o odrzuconym 32-letnim golkiperze. Sam zainteresowany nie postrzegał tego w ten sposób i odniósł się do kwestii w najlepszy możliwy sposób – swoimi występami na boisku, które przyszły szybciej niż się mógł spodziewać.

– To był moment, którego wyczekiwałem od zawsze – przyznaje.

– Miałem to szczęście, że byłem gotowy zarówno psychicznie jak i fizycznie. Chwila, w której kolega z zespołu doznaje kontuzji jest okropna. Niestety grać może tylko jeden z nas.

– Alisson jest spokojnym i skromnym człowiekiem. Zasługuje absolutnie na wszystko co osiągnął. Spędzamy mnóstwo czasu ze sobą, a ja nie mam zamiaru mu odpuszczać. Nie będę jedynie siedział na ławce i czekał.

– Poprzedni rok był dla niego fantastyczny, wygrał Ligę Mistrzów oraz Copa America. Jest prawdopodobnie najlepszym bramkarzem na świecie. Mam jednak nadzieję, że dowiodłem tego, że przy mnie nie może być w pełni pewny o swoje miejsce w podstawowej jedenastce.



Nad boiskiem treningowym w Melwood chmury się gromadzą, a wiatr zaczyna ponuro wyć. Adrián spogląda na zegar uwieszony na ścianie, a następnie ponownie spogląda na boisko, od którego nie może oderwać swojego wzroku. Oczywiste jest to, że bramkarz chce wrócić do pracy.

„Cześć Ali!”, krzyczy, gdy Alisson przechodzi korytarzem. Uśmiechają się do siebie. Kilka sekund później młody pomocnik Curtis Jones przechodzi przez drzwi i uderza Adriána pięścią.

Korytarze zaczynają tętnić życiem, czas się zbierać. Przed zawodnikami kolejny ciężki trening, kolejne przeciwieństwa losu, którym należy się przeciwstawić myśląc o przyszłych tytułach.

– Już tyle, pozwólcie nacieszyć mi się chwilą! – narzeka żartobliwie Hiszpan.

– Kariery piłkarskie przemijają niezwykle szybko. Wszyscy chcemy wycisnąć z nich tyle ile się da.

Carlos Urbano, BBC