Sissoko o horrorze z Lizbony

Przerażające prognozy Momo Sissoko otrzymał leżąc na szpitalnym łóżku w Lizbonie. Lekarz powiedział wtedy 21-letniemu piłkarzowi, że jego kariera mogła właśnie dobiec końca. Dla tak młodego zawodnika był to ogromny szok.

- Zawsze będę pamiętać ten moment. Lekarz powiedział do mnie: „Myślę, że piłka nożna jest dla ciebie skończona”. Byłem w szoku. Miałem zaledwie 21 lat i grałem w Liverpoolu. Po prostu czułem się taki smutny - powiedział Momo w rozmowie z the Athletic.

Był 22 lutego 2006 roku. Poprzedniej nocy Sissoko zagrał w meczu broniącej tytułu Ligi Mistrzów drużyny Rafy Beniteza z Benfiką na Estadio da Luz.

21-letni reprezentant Mali był w życiowej formie, rozwijał się w trakcie pierwszego sezonu na Anfield po przeprowadzce z Walencji za 5,6 miliona funtów. Pół godziny po rozpoczęciu spotkania jego świat został odwrócony do góry nogami, gdy Beto lekkomyślnie sfaulował Sissoko, uderzając go w prawe oko. Sissoko upadł na murawę i został zabrany z murawy po ocenie klubowego doktora, Marka Wallera.

- Gdy tylko dostałem kopniaka, wiedziałem, że to poważna sprawa To było bardzo bolesne. Nie widziałem nic tym okiem. To było przerażające. Szczerze mówiąc, byłem bardziej zły na lekarza w szpitalu niż na gracza Benfiki. W tamtym momencie popadłem w depresję. Miałem naprawdę ciężkie dni.

- W piłce nożnej musisz zaakceptować fakt, że zawsze istnieje szansa, że ​​możesz zostać poważnie zraniony podczas meczu, ale często powtarzałem sobie: „Dlaczego ja?”.

- Kiedy lekarz w Portugalii powiedział, że mogę nie widzieć na to oko i nie wrócić do gry, pomyślałem sobie: „Jak możesz tak mówić? Nie, to niemożliwe. Zrobię wszystko, co możliwe, żeby wrócić.

Kariera Sissoko zawisła na włosku, gdy okazało się, że ma uszkodzoną siatkówkę i powiekę. Po powrocie do Merseyside został skierowany do specjalistów w St Paul's Eye Unit w Royal Liverpool University Hospital. Początkowo nie widział nawet latarki, która świeciła mu w oko z odległości jednego cala.

- To był dla mnie bardzo zły moment, ale wierzę w Boga. Jestem muzułmaninem i dużo się modliłem - to pomogło mi przejść przez to. Liverpool traktował mnie tak dobrze, cała miłość i wszystkie wiadomości, które otrzymałem od kibiców, pomogły mi znaleźć siłę.

- Miałem małą operację, ale najważniejsze było czekać i odpoczywać. Powoli mój wzrok zaczął wracać. Po prostu musiałem być cierpliwy. Krok po kroku było coraz lepiej. Bóg dał mi możliwość ponownej gry.

Co ciekawe, Sissoko nie grał tylko przez miesiąc. Pomocnik wrócił wygranym 7:0 meczu z Birmingham City w szóstej rundzie Pucharu Anglii i ostatecznie triumfował po dramatycznym finałowym zwycięstwie nad West Hamem.

Jego kariera zawodowa trwała przez kolejne 13 lat, a po odejściu z Liverpoolu grał między innymi w Juventusie i Paris Saint-Germain. Jednak nieszczęsna noc w Lizbonie zostawiła blizny.

Momo Sissoko mówi tak, jak kiedyś grał - pełen pasji, energii i emocji. Oficjalnie przeszedł na emeryturę w styczniu, tuż przed ukończeniem 35 lat, po rozstaniu z francuską drugoligową drużyną Sochaux pod koniec ubiegłego sezonu. Obecnie ojciec siedmiorga mieszka na przedmieściach Wersalu w Paryżu. Nowy rozdział został otwarty.

- Czasami naprawdę tęsknię za graniem - atmosferą na stadionie i w szatni - mówi.

- Wiem jednak, że to był właściwy moment, aby skończyć i zacząć robić inne rzeczy. Obecnie jestem zajęty, szukając nowego Sissoko. Mam akademię w Mali, tutaj pracuję w telewizji i jestem również agentem. Zarządzam młodymi piłkarzami z Afryki i Francji. Mam graczy w dużych klubach we Francji, takich jak PSG i Rennes.

- Bycie trenerem lub menedżerem nie jest dla mnie, ale chcę pozostać zaangażowany w piłkę nożną. Chcę pomagać kolejnemu pokoleniu zrozumieć grę i jej cele. Czasami młodzi ludzie uważają, że ​​piłka nożna jest łatwa i że nie musisz pracować. Musisz walczyć, mój bracie, jeśli chcesz zrobić wielką karierę. Musisz dużo walczyć.

Sissoko wie o tym. Urodził się w pobliżu Rouen w Normandii, w młodości przeprowadził się do Paryża. Jego rodzice wyemigrowali do Francji z Mali w poszukiwaniu lepszego życia. Jego ojciec, także Mohamed, pracował wiele godzin w fabryce, a mama Fatou sprzątała pokoje hotelowe, aby związać koniec z końcem.

- Dorastałem jako jedno z 15 dzieci! śmieje się Sissoko.

- W domu było ciężko dla moich rodziców, ale stworzyli bardzo bliską rodzinę. Wszyscy jesteśmy jak przyjaciele. Nasza mama i tata tak mocno o nas walczyli. W zamian chcieliśmy sprawić, by byli dumni.

- Tam, gdzie dorastałem, nie było wiele do zrobienia. Miałeś dwie możliwości - albo poświęciłeś się sportowi i próbowałeś go uprawiać, albo robiłeś głupie i złe rzeczy na ulicach. Postanowiłem robić dobre rzeczy dla moich rodziców. Wiele dla nas poświęcili i nie chciałem im sprawiać kłopotów. Postanowiłem poświęcić się w 100 procentach futbolowi. To było moje marzenie. Miałem 12 lat, kiedy związałem się z Auxerre. Bycie w jednej z najlepszych akademii we Francji było dla mnie najlepszym wyborem. Dzięki Bogu spełniłem moje marzenie.

Sissoko, siostrzeniec Salifa Keity, pierwszego zwycięzcy nagrody gracza roku w Afryce i kuzyn byłego pomocnika Barcelony, Seydou Keity, był bramkostrzelnym graczem na poziomie młodzieżowym i wzbudził zainteresowanie wielu najlepszych europejskich klubów, zanim jeszcze zadebiutował w Auxerre. W 2003 roku, mając zaledwie 18 lat, przeniósł się do Walencji, gdzie swój pomysł na niego miał Benitez.

- Kiedyś grałem jako "dziesiątka", a kiedy pojechałem do Hiszpanii grałem jako drugi napastnik - mówi.

- W meczu towarzyskim (ze szwajcarskim St Gallenem) Rafa zdecydował się ustawić mnie jako środkowego pomocnika. Grałem bardzo dobrze na tej pozycji, a potem już się z niej nie ruszyłem.

- Mogłem przenieść się do Anglii lub Niemiec, ale po rozmowie z Rafą byłem przekonany, że Valencia jest dla mnie odpowiednim klubem. Muszę dziękować Rafie każdego dnia mojego życia. Dał mi możliwość gry w Walencji, gdy byłem bardzo młody. Bardzo mi ufał. Traktował mnie, jakbym był jego synem. Rafa był dla mnie dobrym człowiekiem.

- Pierwszy sezon w Walencji był niesamowity - grałem w Mestalli przed tyloma ludźmi i zdobywałem ważne trofea. Kilka miesięcy wcześniej grałem w drużynie młodzieżowej Auxerre. Wszystko działo się szybko.

Sissoko zanotował 32 występy w swojej pierwszej kampanii, a Valencia wygrała La Ligę i pokonała Marsylię w finale Pucharu UEFA. Momo mógł reprezentować Francję, ale postanowił poświęcić swoją międzynarodową przyszłość Mali.

- W tym wyborze kierowałem się sercem - powiedział Sissoko, który w reprezentacji grał 34 razy.

- Kiedy podróżowałem do Mali, wiele osób czekało na mnie na lotnisku. Mówili: „Proszę, Momo. Przyjedź i zagraj dla Mali, potrzebujemy ciebie". Postanowiłem grać dla kraju, w którym urodzili się moi rodzice.

Benitez opuścił Walencję po tym sezonie, aby zastąpić Gerarda Houlliera w Liverpoolu, a zaledwie 12 miesięcy później Sissoko ponownie spotkał się ze swoim mentorem. Był bliski podpisania umowy z Evertonem, kiedy telefon od hiszpańskiego trenera zmienił wszystko.

- Spotkałem Davida Moyesa (menadżera Evertonu) na lotnisku w Amsterdamie. Rozmawialiśmy, a on mówił mi o swoich planach dotyczących Evertonu. Chciał, żebym podpisał umowę. Odbyły się bardzo intensywne rozmowy między Evertonem a moim agentem. Byłem bardzo blisko przenosin.

- Jednak potem Rafa zadzwonił do mnie i powiedział: „Momo, chcę, żebyś podpisał kontrakt z Liverpoolem”. Ostatecznie była to łatwa decyzja - Liverpool był mistrzem Europy i miałem dobre relacje z Rafą.

- Wiedziałem, że będzie mi trudno grać od razu, ponieważ byli Xabi Alonso i Steven Gerrard. Wiedziałem jednak, że Rafa mnie cenił i jeśli będę ciężko pracował, będę grał w Liverpoolu, tak jak w Walencji.

- Zadzwoniłem do Moyesa i powiedziałem: „Przykro mi, ale chcę dołączyć do Liverpoolu, ponieważ uważam, że to dla mnie lepszy wybór”. Uszanował moją decyzję.

Sissoko udowodnił, że ​​od razu odnalazł się na Anfield. Grał przed blokiem defensywnym, był typem "przecinaka". Był surowy technicznie, ale fani uwielbiali jego wybiegania i gotowość do poświęceń.

Czasami był zbyt agresywny podczas dwóch pełnych sezonów w klubie zebrał 20 żółtych kartek i jedną czerwoną. Jednak jego wytrzymałość i autorytet były dużym atutem. Był także popularną postacią w szatni.

- To było bardzo miłe - wspomina.

- Stevie (Gerrard) i Carra (Jamie Carragher) traktowali mnie bardzo dobrze. Wokół mnie była ta dwójka oraz Sami Hyypia, Harry Kewell, Xabi Alonso… Rozejrzałem się i powiedziałem sobie: „Wow, przyszedłeś do dużej, dużej szatni. Mój przyjacielu, musisz dużo pracować. To nie będzie łatwe”.

- Wiedziałem, czego się spodziewać, a fizyczna strona angielskiego futbolu nie była dla mnie problemem. Zawsze byłem w stanie szybko się przystosować, gdziekolwiek się znalazłem. Mówiłem po hiszpańsku, co pomagało, ale dla mnie ważne było, aby nauczyć się angielskiego bardzo szybko i tak zrobiłem.

- W pierwszych miesiącach w Liverpoolu moi przyjaciele pytali mnie: „Jak się czujesz, gdy grasz na Anfield?”. Mówiłem im: „Musicie przyjść i przekonać się, aby w pełni zrozumieć, co czyni ten stadion tak niesamowitym”. To uczucie, że wychodzisz i słyszysz, że nigdy nie będziesz szedł sam… Anfield jest czymś wyjątkowym.

Trzy miesiące po meczu przeciwko Benfice, Sissoko rozegrał pełne 120 minut w finale Pucharu Anglii w 2006 roku. Drużyna Beniteza dwukrotnie przegrywał w meczu 2:0 i 3:2, remis dający dogrywkę uratował w ostatnich minutach Steven Gerrard, a Liverpool zwyciężył po rzutach karnych.

- Ten finał był bardzo dobry - podobnie jak impreza w Liverpoolu. Stevie zrobił różnicę. Didi Hamann niedawno umieścił zdjęcie na swoim Instagramie z okazji rocznicy trofeum i niektórzy z nas zostawili komentarze. Powiedziałem: „Dużo miłości”. Nie wszyscy rozmawiamy codziennie, ale bycie częścią tego zespołu daje nam wszystkim więź, która istnieje do dziś.

- W swojej karierze grałem z bardzo dużymi graczami, takimi jak Alessandro Del Piero i Pavel Nedved, ale szczerze mówiąc Stevie G. był najlepszy, ponieważ mógł zrobić wszystko. Mógł atakować, bronić, strzelać bramki i grać na wszystkich pozycjach. Jako młody zawodnik dorastający razem ze Steviem i Xabim wiele się nauczyłem. Stevie był dla mnie dobrym nauczycielem.

Na początku następnego sezonu Sissoko był graczem spotkania wygranego z Chelsea o Tarczę Wspólnoty, ale nigdy nie czuł, że naprawdę był w stanie wrócić do poziomu, na którym był przed kontuzją oka. Poniósł także poważną porażkę w listopadzie, kiedy zwichnął ramię w meczu z Birmingham i pauzował przez trzy miesiące.

- W pierwszym sezonie było oko, w drugim ramię. Szczerze mówiąc, nie sądzę, że grałem tak samo jak przed urazem oka. Nadal miałem dobre chwile w mojej karierze, ale to nie byłem w 100 procentach ja.

Sissoko początkowo nosił okulary w stylu Edgara Davidsa po powrocie do gry, ale wkrótce zaprzestał, ponieważ nie czuł się z nimi dobrze. Granie bez tej ochrony stanowiło ryzyko, biorąc pod uwagę prawdopodobne konsekwencje kolejnego ciosu w prawe oko.

Granie w okularach było zbyt trudne, więc czułem, że nie mam wyboru - wyjaśnia.

- Mój przegląd był dobry do grania, ale psychicznie nie byłam taki sam. Kiedy doznasz poważnej kontuzji, tak jak ja, zawsze o tym myślisz. Wiesz, że udało ci się uciec.

Czy kiedykolwiek szukał pomocy u psychologa sportowego?

- Nie, nie zrobiłem tego. Moim psychologiem sportowym był Bóg. Poprosiłem go, aby pomógł mi usunąć z głowy tę kontuzję. Byłem wdzięczny, że w ogóle mogłem wrócić i grać.

Sissoko z pewnością odegrał swoją rolę w marszu Liverpoolu do finału Ligi Mistrzów w Atenach, rozpoczynając oba mecze z Barceloną i drugi mecz przeciwko PSV Eindhoven.

Jednak Javier Mascherano brylował po styczniowym transferze z West Hamu, a Sissoko był nawet nie wszedł na murawę z ławki w półfinałowym pierwszym meczu z Chelsea, w drugim nie znalazł się nawet wśród rezerwowych tak jak w trakcie porażki w finale z AC Milanem. Tego lata zainteresowanie nim przejawiła Barcelona i Juventus.

- Byłem bardzo blisko dołączenia do Barcy. Próbowali mnie kupić, ale ostatecznie mój agent miał problem, więc tak się nie stało. Wiele osób przewinęło się przez ten transfer.

Sissoko pozostał na swoim miejscu i strzelił jedynego gola dla Liverpoolu w wygranym na wyjeździe meczu z Sunderlandem w sierpniu 2007 roku. The Kop regularnie śpiewał: „Mamy najlepszą pomoc na świecie. Mamy Xabiego Alonso, Momo Sissoko, Gerrarda i Mascherano”.

- Nadal czasem to słyszę - śmieje się Sissoko.

- Moje dzieci - mam pięć dziewczynek i dwóch chłopców - nauczyły się tekstu i śpiewają mi je. Uwielbiam tę piosenkę.

Jednak czas gry Sissoko w Liverpoolu kończył się. Opcje Beniteza w pomocy zostały dodatkowo wzmocnione przez sprowadzenie Lucasa Leivy z Gremio. Ostatni z 87 występów Sissoko w klubie miał miejsce w ćwierćfinale Pucharu Ligi z Chelsea na krótko przed świętami Bożego Narodzenia. W następnym miesiącu dołączył do Juventusu za 8,2 miliona funtów.

- To był dobry moment na przeprowadzkę. Nie grałem tak dobrze, jak chciałem i była dobra okazja, aby dołączyć do Juventusu.

- Było mi przykro wyjeżdżać. Przeszedłem do Liverpoolu, grałem bardzo dobrze, a potem, po kontuzji, moja głowa po prostu nie była taka sama. To była moja decyzja. Rozmawiałem z Rafą. Rozumiał i między nami nie było problemu.

W Turynie ponownie spotkał się z menedżerem Claudio Ranierim, z którym pracował w ostatnim sezonie w Walencji. Nadano mu przydomek La Piovra (Ośmiornica) w hołdzie jego długim kończynom. Jego czas w Serie A był utrudniony przez kolejne kontuzje - złamaną stopę i operację kolana - ale mimo to rozegrał 100 meczów w ciągu trzech i pół sezonu.

Sissoko został sprzedany do PSG za 7,2 miliona funtów latem 2011 roku, ale tytuł mistrzów Ligue 1 przeszedł mu koło nosa w sezonie 2012/2013, ponieważ został wypożyczony do Fiorentiny w styczniowym oknie transferowym, a dla klubu ze stolicy Francji rozegrał wtedy tylko jeden mecz od pierwszej minuty. Po powrocie tego lata PSG jego umowa została rozwiązana za obopólną zgodą.

- Po PSG miałem trudne chwile. Wiele rzeczy wydarzyło się z moją rodziną i z piłką nożną. Miałem poważną kontuzję w Juventusie i wiele klubów twierdziło, że moje kolano nie jest wystarczająco dobre i że nie mogę już grać na wysokim poziomie. Wiele klubów bardzo źle ze mną rozmawiało. Chcieli, żebym uczestniczył w testach, a później nie podpisywali kontraktu. Powiedziałem, że tego nie chcę.

- Miałem wtedy przestać grać, ale mój przyjaciel przekonał mnie, żebym kontynuował. Przyjmowałem propozycji z całego świata, które pozwoliły mi poznać nowe miasta i uczyć się nowych języków.

Po krótkim pobycie w Levante w Hiszpanii dołączył do chińskiej drużyny Super League - Szanghaj Shenhua. Po powrocie do Europy testy w West Bromwich Albion nie doprowadziły do zawarcia umowy, więc dołączył do Pune City w Indiach. Najkrótszy czas spędził z Ternaną na drugim szczeblu we Włoszech.

- Byłem tam jeden dzień! Poszedłem tam i nie było dobrze. To nie wyglądało tak jak powinno w futbolu. Powiedzmy, że to nie było to, co mi obiecano. Lepiej było po prostu pójść gdzie indziej.

Sissoko grał także w indonezyjskim klubie Mitra Kukar, meksykańskim Atletico San Luis i Kitchee z Hongkongu przez kilka lat, zanim wrócił do Francji i w Sochaux powiesił buty na kołku.

Pracując jako ekspert dla francuskiej stacji telewizyjnej RMC Sport na początku tego sezonu, popłakał się, gdy usłyszał wspomnienia fanów Liverpoolu na jego temat. Nadal jest kultowym bohaterem na the Kop.

- Słysząc te słowa, poczułem się bardzo dumny. Kiedy przeszedłem na emeryturę, otrzymałem wiele wiadomości od kibiców Liverpoolu i to było niesamowite. W piłce nożnej możesz zarabiać pieniądze i stać się sławnym, ale kiedy ludzie cię pamiętają i naprawdę doceniają to, co dałeś ich klubowi, oznacza to więcej niż cokolwiek innego.

- Nie wróciłem na Anfield od czasu mojego ostatniego meczu, ale muszę wrócić, aby obejrzeć mecz, gdy będzie to możliwe. Uwielbiam oglądać zespół Jurgena Kloppa. Grają z dużą intensywnością. Jordan Henderson miał świetny sezon. Nie wiedziałem, że może osiągnąć ten poziom. Był taki dobry w tym sezonie. Liverpool to nie tylko klub, to rodzina. Kiedy grasz w Liverpoolu, zawsze jesteś częścią rodziny i czuję to.

Są chwile, gdy prawe oko Sissoko nadal wywołuje lekki dyskomfort.

- Właśnie wtedy, gdy wyjdzie słońce - mówi.

- Właśnie wtedy muszę nosić okulary przeciwsłoneczne, ponieważ bez nich mam problem. Kontuzja pozostawiła pewne obrażenia, ale widzę dobrze.

To stale przypomina tamtą noc w Lizbonie, ale Sissoko nie jest typem, który zastanawia się nad tym, co mogłoby być, gdyby nie zbłąkany but Beto.

- Nie chcę żyć z goryczą i żalem. One nie mają sensu. Tak, przed urazem oka byłem w formie, to prawda. Jednak kiedy myślę o mojej karierze, myślę o dobrych czasach i wpływie, jaki wywarła na moją rodzinę i fanów.

- Kiedy byłem młody, powiedziałem mamie: „Jeśli dojdę do wysokiego poziomu, kupię ci dom”. To była dla mnie duża motywacja od samego początku. Kiedy podpisałem swój pierwszy kontrakt w Walencji, byłem w stanie dotrzymać tej obietnicy. Zobaczyłem jak ją to ucieszyło - to była najlepsza rzecz, jaką zrobiłem w piłce nożnej. Zdobyłem wielkie trofea i sprawiłem, że mama była szczęśliwa. Czuję się błogosławiony.

James Pearce