Liverpool zdał egzamin

Istnieje mnóstwo sposobów na zmierzenie postępu jaki dokonał się w Liverpoolu od powrotu Kenny'ego Dalglisha na stanowisko menedżera, jednak po sobotnich wydarzeniach ulubionym stało się porównywanie naszych dwóch ostatnich spotkań z Boltonem.

Cofając się do Nowego Roku wizyta Owena Coyle'a i jego drużyny może i skończyła się zwycięstwem Liverpoolu, niemniej jednak nikt tego meczu nie będzie wspominał dobrze. Tysiące pustych miejsc na Anfield wymownie pokazywało zażenowanie pracą Roya Hodgsona i jego fatalnymi wynikami w tak wspaniałym klubie.

W Nowy Rok to był wieczór, a w sobotę był dzień. Finał był identyczny, taka sama była ilość zdobytych punktów, jednak tutaj podobieństwa obu tych spotkań się zaczynają i jednocześnie kończą. Koniec z męczarniami przy fatalnym podejściu taktycznym menedżera, który nigdy nie powinien zostać zatrudniony w najbardziej utytułowanym klubie w Anglii. Liverpool znów sprawia kibicom radość grając stylem "pass and move", do którego zdążyli wszystkich przyzwyczaić i z którego przez długi czas byli znani.

- Menedżer wymaga od nas podawania i natychmiastowego wychodzenia na pozycję, wszystko musimy robić bardzo szybko - powiedział Daniel Agger po wygranej 3:1 z Boltonem - Odkąd tylko dołączyłem do Liverpoolu to był sposób w jaki chcieliśmy grać, jednak nie zawsze wychodziło na nasze.

- To bardzo fajne. Kiedy gramy dobrą piłkę i rzeczy idą po naszej myśli to każdy cieszy się ze wszystkiego bardziej niż zwykle. Mamy kilku wspaniałych rozgrywających i długo utrzymujemy piłkę na ziemi. Myślę, że to styl jaki chcą oglądać kibice i jaki przynosi nam najlepsze rezultaty. Na koniec wynik to najważniejsza rzecz, jednak jeśli możesz osiągać dobre wyniki przy takiej grze jest to swego rodzaju bonus i w ten sposób radujemy się piłką nożną.

Z pewnością nie można narzekać na brak ludzi, którzy - całkiem słusznie - wspominają o dużych pieniądzach jakie Liverpool wyłożył podczas swojej ośmiomiesięcznej transformacji. Prawdę mówiąc tak drastyczne kroki nie mogły być podjęte bez poważnej inwestycji w lepszych piłkarzy. Jednak za tym wszystkim stoi coś więcej niż pieniądze - znacznie więcej.

Równie ważna była zmiana w podejściu. Gracze Liverpoolu znów cieszą się z gry w piłkę, po tym jak dostają dużo swobody od Dalglisha - menedżera, który wie lepiej niż cała reszta, że dobry styl gry nie tyle jest na Anfield oczekiwany, co wręcz wymagany. To jednak nie oznacza, że Liverpool przedkłada styl nad rezultaty, do tego nam bardzo daleko. Jeśli ktoś ma wątpliwości może spojrzeć na ożywioną przez Dalglisha mentalność zwycięzców, której dowody było widać między innymi na zasmuconej twarzy Suareza, kiedy ten nie mógł strzelić bramki Boltonowi czy w gniewie Pepe Reiny po straceniu niepotrzebnej bramki w samej końcówce meczu.

Są pewne wartości, które nigdy nie wychodzą z mody, a w Liverpoolu przywiązanie do efektownej, ale równocześnie efektywnej gry nigdy nie powinno się przedawnić. Z pewnością wciąż obowiązywało ono w sobotę, kiedy Suarez wdzierał się w obronę Boltonu przewodnicząc szturmowi, który pozostawił gości rozbitych i oszołomionych. Przepaść między drużynami była tak duża, że Liverpool mógł sobie pozwolić na stratę gola w końcówce, nawet mimo gniewu Reiny, ponieważ w momencie kiedy Ivan Klasnić strzelił niezasłużonego gola honorowego rezultat tego meczu był już dawno przesądzony.

Łatwym byłoby wyróżnianie Suareza za położenie fundamentu pod pewne zwycięstwo, w zasadzie terrorystyczny reżim Urugwajczyka w stosunku do obron drużyn Premier League wciąż nie słabnie. Jednak tym razem nie trzeba było nam genialnego występu jednego wirtuoza. To był fantastyczny przykład meczu, w którym każdy gracz z osobna miał swój udział w bardzo dobrym wyniku, niech to będzie Martin Skrtel zaskakująco dobrze pełniący rolę prawego obrońcy, Lucas dominujący środek pola czy Jordan Henderson pokazujący przebłyski potencjału, który skłonił Liverpool to wydania na niego latem 16 milionów funtów.

Sprowadza nas to do kolejnego i być może bardziej wyrazistego dowodu na postęp Liverpoolu, a mianowicie do pytania gdzie tu wpasować Stevena Gerrarda kiedy ten powróci do zdrowia? Gerrard odzyska swoje miejsce, jest zbyt dobry by tego nie zrobił, jednak jeśli by szukać pozytywów z jego nieobecności to z pewnością jest nim fakt, że Liverpool radził sobie bardzo dobrze bez niego, z czym w przeszłości czasem były poważne problemy.

Zaledwie jesienią zeszłego roku Liverpool fatalnie prezentował się w meczu Ligi Europy z Napoli na Anfield, kiedy to schodząc na przerwę przegrywali 0:1, tylko po to by pewnie wygrać po hat-tricku Gerrarda, który na murawie pojawił się od początku drugiej połowy.

Wartość Gerrarda dla Liverpoolu nie zmalała przez kilka miesięcy jego nieobecności, jednak jego drużyna nie jest już tak od niego uzależniona jak zwykła być w przeszłości. Jakość Stevena z pewnością da mu miejsce w składzie kiedy w pełni wyleczy kontuzję, która wykluczyła go z gry, jednak gdzie będzie grał to już całkowicie inna sprawa.

Mógłby grać z Luisem Suarezem w ustawieniu podobnym do tego, w którym wspaniale współpracował z Fernando Torresem. Na pewno jedną z opcji byłoby ustawienie go jako tradycyjnego środkowego pomocnika, mógłby też zagrać na prawej stronie pomocy. Wszystkie te opcje są dostępne dla Dlaglisha, jednak z pewnością menedżera Liverpoolu czeka spory zawrót głowy kiedy jego kapitan powróci do gry, ponieważ ciężko będzie posadzić na ławce któregokolwiek z będących w obecnej formie piłkarzy.

To jest rodzaj walki o miejsce w składzie jaki powinien zawsze być w klubie pokroju Liverpoolu. Jeśli nawet najlepszy piłkarz, talizman i lider może mieć problem z uzyskaniem miejsca w składzie wniosek jest prosty - drużyna jest niezwykle silna i ma wyrównaną, szeroką kadrę. To jeden z najbardziej miarodajnych sposobów na ukazanie postępu jaki Liverpool zrobił przez ostatnie miesiące. Przeszli niezwykle długą drogę w bardzo krótkim czasie.

Tony Barrett

Autor: TPK Dodano: 31.08.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON