Nic nie może wiecznie trwać

Są tacy piłkarze, którzy latami dobrej gry oraz przywiązaniem do barw klubowych zasłużyli na szacunek kibiców oraz całego piłkarskiego świata. Nie ulega wątpliwości, że do grona takich osób należy Jamie Carragher. Każdy z nas wie, jak ważną postacią w historii The Reds jest nasz vice – kapitan, jak duży jest jego wkład w to, co działo się w Liverpoolu w ciągu ostatnich lat. Jednak doceniając przeszłość, nie możemy zapominać o teraźniejszości, a co najważniejsze w kontekście odbudowy naszego klubu – o patrzeniu w przyszłość.

Właśnie o tą przyszłość zaczynam się obawiać patrząc na grę Carraghera – wiek oraz rosnące umiejętności techniczne rywali sprawiły, że występujący z numerem 23 obrońca zaczyna wyraźnie odstawać od wymagań współczesnego futbolu. Już poprzedni sezon pokazał, że włodarze Liverpoolu powinni rozglądać się za jakąś alternatywą dla Carry, gdyż znacznie lepiej wyglądał w środku defensywy duet Agger – Skrtel niż któryś z nich plus Jamie. Problem polegał na tym, ze ta pierwsza para nieczęsto miała okazje grac ze sobą z powodu licznych urazów Duńczyka. Carragher nie rozegrał złego sezonu, lecz coraz częściej zdarzały mu się głupie błędy, które mogły zaważyć na wyniku meczu.

Ten sezon również nie układa się po myśli vice – kapitana Liverpoolu. O ile w meczach z Sunderlandem i Arsenalem grał na dobrym poziomie, o tyle Bolton zdobył po jego błędzie honorowe trafienie, sprokurował rzut karny w meczu ze Stoke, czym pozbawił The Reds choćby jednego punktu, ale dopiero spotkanie z Tottenhamem pokazało, że czas Carraghera w wyjściowym składzie dobiega końca - do fatalnej gry całego zespołu Jamie dołożył wiele błędów, był ogrywany przez znacznie szybszych graczy Kogutów, miał problemy z wyprowadzeniem piłki z własnego pola karnego, niczym zagubiony żeglarz latarni morskiej szukał głowy Andy’ego Carrolla, a takie zagrania stają się niestety firmowym znakiem Carry odkąd wysoki Anglik przyszedł do nas z Newcastle.

Daleki jestem od tego, by uznać Carrę za gracza niepotrzebnego, który powinien „na dniach” kończyć swą przygodę z czynnym uprawianiem sportu na zawodowym poziomie – moim zdaniem jego miejsce powinno być coraz częściej na ławce rezerwowych. Mamy wszakże kim go zastąpić – na środku obrony świetnie spisują się wspomniani wcześniej Skrtel i Agger, a pod koniec letniego okienka transferowego do klubu dołączył reprezentant Urugwaju Sebastian Coates. W mojej opinii to właśnie ta młoda rewelacja minionego Copa America może w ciągu kilku najbliższych spotkań zadomowić się w pierwszej jedenastce ekipy Kenny’ego Dalglisha, na stałe zsyłając Carraghera do roli rezerwowego.

Zarówno Coates, jak i inni obrońcy mogą mieć jednak ciężki orzech do zgryzienia, chcąc zastąpić Carrę w pierwszej jedenastce. Wszyscy znamy wypowiedź, w której Jamie mówi, ze musi „być w 100 procentach kontuzjowany, żeby nie grać”. To z jednej strony dobrze świadczy o woli walki oraz zaangażowaniu zawodnika, lecz z drugiej strony, w połączeniu z pozycją Carraghera może opóźniać decyzję trenera o posłaniu go na ławkę i zastąpieniu kimś młodszym i lepszym. Starzejący się Jamie, choć nie będzie stanowił o sile zespołu dalej może być solidnym graczem, którego doświadczenie i charyzma przydadzą się w kryzysowych momentach, ale to inni gracze powinni przygotowywać się do pełnienia czołowych ról w drużynie.

Spoglądając jeszcze dalej w przyszłość sądzę, iż nasz vice – kapitan jest dobrym materiałem na szkoleniowca - jego doświadczenie oraz swego rodzaju „legenda” pozwoliłyby mu na prowadzenie choćby jednej z młodzieżowych drużyn Liverpoolu, a w przyszłości – kto wie – może i na coś więcej. Każdy z nas życzyłby mu takiego scenariusza, gdzie dobry piłkarz staje się dobrym trenerem. To ważne, by tacy zawodnicy jak Carragher przekazywali swoją wiedzę o futbolu młodszym pokoleniom.

Podsumowując muszę powiedzieć, że choć Jamie Carragher jest już żywą legendą klubu z Anfield, to dopóki gra, należy oceniać go według tego, co pokazuje na boisku w ciągu ostatnich spotkań, rozliczać go z błędów bez taryfy ulgowej, którą nie może być w żadnym wypadku to, czego już dokonał w czerwonych barwach. Traktujmy Carrę jako jednego z zawodników, którzy – o ile są lepsi od nich w zespole – powinni siadać na ławce, gdyż nikt nie powinien mieć zagwarantowanego „z urzędu” miejsca w wyjściowej jedenastce.

Parafrazując tekst pewnej piosenki Anny Jantar, (której tytuł jest jednocześnie tytułem niniejszego felietonu ) możemy odnieść go właśnie do osoby naszego numeru 23 – bo przecież „Nic nie może przecież wiecznie trwać”, nawet kariera takich graczy jak Carra, a „co zesłał los, trzeba będzie stracić”- a los zesłał nam jednego z najlepszych, najbardziej oddanych klubowi piłkarzy ostatnich kilku dekad, człowieka, którego nazwiskiem kibice chcieliby nazwać drużynę opartą na wychowankach, kogoś, kto być może za kilka lat będzie kształtował oblicze Liverpoolu już spoza boiska. Nie zapominajmy jednak, że jeśli Jamie dalej będzie grał słabo, to za jego błędy „tez przyjdzie kiedyś nam zapłacić” – oby tylko nie straconymi bramkami. Carra nie będzie grał wiecznie, a im szybciej znajdziemy „złoty środek” w ustawieniu środka defensywy, tym lepiej.

Autor: Zuru Dodano: 19.09.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON