Możemy rywalizować z najlepszymi

Pomimo świetnej gry gracze the Reds nie do końca mieli powody do świętowania. Trzy punkty umknęły im sprzed nosa. Po końcowym gwizdku można było zobaczyć wyraźne rozczarowanie. To było spotkanie, które powinni byli wygrać.(*trescdluga*)
Jedna wpadka pozwoliła Manchesterowi United wywieźć jeden punkt. Idealna okazja aby doskoczyć na trzy punkty do obecnych mistrzów przepadła.

Nastroje w zespole świetnie ilustrują jak długą drogę przebył Liverpool przez ostatnie 12 miesięcy.

Rok temu zostali pokonani i ośmieszeni na Stanley Park. Jedynie różnica bramkowa trzymała ich nad strefą spadkową.

Teraz pokazują swoją siłę, pokazują, że są w stanie rywalizować z najlepszymi w Premier League.

To zupełnie nowy Liverpool - przebudowany przez Kenny'ego Dalglisha przy wsparciu nowych właścicieli.

Oczywiście the Reds starają się dogonić United. Po zniszczeniach jakich dokonali Tom Hicks i George Gillett powstała wielka przepaść, jednak sobotni mecz pokazuje, że ta różnica zanika.

Właściciel Liverpoolu John Henry przez kłopoty Red Sox z dostaniem się do fazy play-off, musiał wylecieć do Bostonu, przez co nie był obecny na meczu. Ich dramatyczna końcówka sezonu doprowadziła do odejścia ich menedżera.

Jednak Henry na pewno otrzyma raport z meczu od prezesa Toma Wernera kiedy wróci zza Atlantyku.

Liverpool prze do przodu pod rządami Dalglisha i teraz mają z powrotem swój talizman, który im w tym pomoże. To był wręcz wymarzony powrót dla Stevena Gerrarda, który to zagrał od pierwszych minut pierwszy raz od siedmiu miesięcy.

Kiedy wykonywany przez niego rzut wolny minął bramkarza United, wywołało to wiele radości na boisku jak i na trybunach.

Gerrard przeżywał ciężkie czasy podczas gdy zmagał się z kontuzją, która mogła zagrozić jego piłkarskiej karierze, ale wszystko to zostało zapomniane kiedy to ucałował herb przed uwielbiającą go the Kop.

Było to jego pierwszy gol od 5 stycznia, kiedy to strzelił honorową bramkę w przegranym meczu z Blackburn, doprowadziło to do zwolnienia Roya Hodgsona. Jednak czasy się zmieniły.

Jego uraz spowodował iż w poprzednim sezonie wystąpił tylko sześciokrotnie po objęciu klubu przez Dalglisha.

Od marca przyglądał się odrodzeniu klubu które niestety odbywało się bez niego.

Twierdzono że już nie uda mu się wrócić do świetnej formy sprzed kontuzji.

Jednak Gerrard wrócił w wielki stylu. Kapitan wygląda na zdrowego i głodnego gry, chce nadrobić cały stracony czas.

Tak jak jego idealne dośrodkowania i wizja gry, sam Gerrard inspiruje wszystkich dookoła. Także nikogo nie dziwi, że Charlie Adam zagrał najlepszy mecz odkąd przybył do Liverpolu. Szkot wydawał się pełen energii przez sam fakt grania z Gerrardem po raz pierwszy.

Adam nie bał się gry, często wygrywał pojedynki o piłkę i świetnie wywiązywał się z zadania rozbijania szyków Manchesteru United. To dzięki niemu powstała okazja, po której Gerrard zdobył bramkę.

Mimo sprzeciwów obrońcy United Rio Ferdinanda, który twierdził, że Adam najzwyczajniej w wiecie “nurkował”, powtórki pokazują iż między zawodnikami był kontakt.

Powinien być wdzięczny, że nie został ukarany drugą żółtą kartką. Pierwszą dostał za faul na Luisie Suarezie.

To pokazuje niedoskonałości w prowadzeniu meczu przez sędziego Andre Marrineriego, który nie zauważył również zagrania ręką Evansa w polu karnym po główce Kuyta.

Suarez po raz kolejny zasiał strach w defensywie United swoją świetną grą.

Szkoda że jego wspaniały występ został przyćmiony oskarżeniami Ery o rasizm. FA zbada tę sprawę a sam zawodnik oświadcza, ze jest niewinny.

Wspaniały gol Gerrarda ożywił spotkanie i przebudził LeBrona Jamesa z jego drzemki. Gwiazda NBA, która po raz pierwszy pojawiła się na Anfield odkąd nabyła pakiet mniejszościowy, musiała się zastanawiać o co tyle krzyku.

Przez pierwsze trzy kwadranse meczu starcia między odwiecznymi rywalami to Liverpool mógł cieszyć się z większego posiadania, jednak miał trudności z przebiciem defensywy United.

Zostawiając na ławce Wayne’a Rooneya, Javiera Fernandeza i Naniego było doskonale widać, że Alex Ferguson obawiał się iż zbyt otwarta gra może doprowadzić do podobnego wyniku jak ta z marca, kiedy to przegrali 3:1.

Zamiast zwiększać siłę ofensywną swojego zespołu, Ferguson skupił się na zatrzymaniu Liverpoolu poprzez opanowanie środkowej strefy boiska. Jones i Fletcher spisywali się dobrze przez pierwsze 45 minut mimo iż w ich grze brakowało jakości.

Jednak w drugiej połowie Liverpool podniósł poprzeczkę, świetnie wyprowadzającym ataki Jose Enrique na lewej stronie i Martinem Kellym powstrzymującym ofensywne zapędy Ashleya Younga na prawej.

Wydawało się iż Liverpool odniesie czwarte domowe zwycięstwo nad United, kiedy to dziewięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy wyszli na prowadzenie.

Jednak po wejściu Rooneya i Naniego Manchester zaczął stwarzać co raz większe zagrożenie, ale i to nie przyniosło to pożądanego przez nich efektu.

Kolejną zmianą przeprowadzoną przez Fergusona było wprowadzenie Hernandeza, który zamienił na bramkę wrzutkę z rzutu rożnego Naniego.

Liverpool szybko starał się odpowiedzieć na stratę bramki, Dirk Kuyt i Jordan Henderson, który pokazał się ze świetnej strony zmieniając Lucasa, zmuszali bramkarza United to kolejnych świetnych parad.

Później była to gra na jedną bramkę, jednak ani wolej Skrtela ani strzał głową Hendersona nie wyłonił nam bohatera tego meczu, graczom United udało się przetrzymać tę nawałnicę.

Liverpool pokazał jednak, że przez pełne 90 minut może rywalizować z Manchesterem United, na następne ich spotkanie trzeba jednak poczekać do maja.

- To, że zawodnicy wracali do szatni rozczarowani remisem z Manchesterem United pokazuje jak daleko zaszła ta drużyna. Ich nastawienie, nawet po tym jak United zremisowało, pokazywało iż liczą się dla nich tylko trzy punkty. - powiedział Kenny Dalglish.

- To prawdopodobnie był typowy mecz między United a Liverpoolem. Nie sądzę że gra zaczęła się po tym jak Liverpool zdobył gola, po prostu stała się bardziej żywa. Kiedy przegrywasz 15 minut przed końcem meczu nie możesz być pewny niczego, jednak mamy graczy którzy potrafią odrabiać straty - twierdzi Alex Ferguson.


James Pearce

Autor: Zash Dodano: 17.10.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON