Duet zaczyna spełniać oczekiwania

Doszło do tego pod koniec pierwszych 45 minut bezlitosnej dominacji. Wówczas to magik, czający się na prawej flance, przerzucił piłkę wprost do grasującego z przodu numeru dziewięć.
(*trescdluga*)
Gdy Luis Suarez podawał piłkę Andy'emu Carrollowi, który zdobył bramkę zapewniającą Liverpoolowi zwycięstwo z West Bromem, uśmiech pojawiający się na twarzy Kenny'ego Dalglisha ostatecznie dowiódł, iż inwestycja, jaka miała miejsce w styczniu nareszcie zaczęła się spłacać.

Podczas ostatnich miesięcy w Merseyside wielokrotnie zastanawiano się czy Carroll i Suarez pasują do siebie jako grający w duecie napastnicy. Wynikało to z faktu, iż oczekiwano od drużyny znacznie płynniejszej gry w ataku, podobnej do tej, jaką kreował Suarez mając wokół siebie piłkarzy bardziej sobie podobnych.

Pomyślmy o niektórych lepszych występach Liverpoolu pod wodzą Dalglisha, a okaże się, że niemal we wszystkich z nich z przodu wystawiani byli Dirk Kuyt i właśnie Luis Suarez, jako wykonawca ostatniego podania. Ponadto, w wielu swój udział miał Maxi Rodriguez oraz, jak ostatnio, łobuzerski Craig Bellamy. Wspólnym mianownikiem są tutaj momentalne wymiany podań i szybkość myślenia.

Jednak w przeciągu ostatniego miesiąca wszystko zaczęło się zmieniać. Powoli, lecz pewnie, Suarez i Carroll zaczęli wyglądać na coraz bardziej zgranych, a punkt kulminacyjny przyszedł podczas zwycięskiej potyczki z West Bromem, kiedy ich siła, szybkość i podstęp okazały się dla rywali elementami nie do przejścia.

- Ważne jest, że na całym boisku piłkarze współpracują ze sobą, dlatego cieszy nas występ Luisa i Andy'ego - powiedział Dalglish - Im więcej będą grać razem, tym lepsi się staną oraz tym większe będzie ich wzajemne zrozumienie.

Podczas gdy Suarez jest graczem nieporównywalnym z kimkolwiek, postawa Carrolla nie zawsze była dla Dalglisha tematem łatwym. Nie mógł zrozumieć zjawiska, nazwanego przez siebie "ogólnokrajową obsesją" i zawzięcie bronił poddawanych w wątpliwość umiejętności Anglika.

Ostatnio wydaje się jednak, że Carroll wreszcie zrozumiał czego oczekuje się od napastnika Liverpoolu. Nie podlega wątpliwości, iż jego występ w meczu z West Bromem był najlepszym od momentu 35-milionowego transferu z Newcastle.

Nie cieszy się może tak wielkim szacunkiem, co jego poprzednik, grający w koszulce z numerem dziewięć, jednak jest to piłkarz zupełnie inny niż Fernando Torres i być może to decyzja o pozbyciu się Hiszpana była niezbędna, by Liverpool mógł wykonać kolejny krok naprzód.

Jak napisał Pepe Reina w swojej wydanej niedawno autobiografii: "W końcu okazało się, że dla Fernando i klubu najlepsze było rozstanie. Fernando wykonał ruch, jego zdaniem niezbędny na tym etapie kariery."

"W zamian Liverpool otrzymał nieprawdopodobną sumę pieniędzy, którą zainwestowaliśmy w Luisa i Andy'ego. Luis już pokazał, że może być jednym z najlepszych napastników na świecie. W Newcastle Andy demonstrował formę, która uczyniła go graczem nie do zatrzymania. Jeśli pomogą nam w staniu się jeszcze lepszym zespołem, będzie wspaniale."

Zanim Suareza i Carrolla zacznie wymieniać się jednym tchem wraz z innymi znakomitymi duetami znanymi z historii Liverpoolu, będą musieli oni przebyć długą drogę. Mimo tego, spotkania ze Stoke i West Bromem dobrze wróżą na przyszłość.

Sposób, w jaki Liverpool zainwestował rekordową sumę pieniędzy otrzymaną za Torresa zawsze pozostanie przedmiotem skrupulatnych analiz. O ile transfer Suareza za 22.3 miliona funtów okazał się strzałem w dziesiątkę, tego samego nie można powiedzieć o Carrollu.

Niektóre nierówne powierzchnie wciąż wymagają wypolerowania, ale być może, choć tylko być może, czynność ta zakończona asystą Saureza przy decydującym golu Carrolla okaże się początkiem nowego, jasnego dnia. Obserwowanie ich wspólnego rozwoju będzie niezwykle fascynujące.

Dominic King

Autor: Olka Dodano: 04.11.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON