Sięgnąć gwiazd

Kenny Dalglish może w końcu odetchnąć – po słabych wynikach z zespołami środka i dołu tabeli jego piłkarze pokazali w końcu to, czego od nich oczekiwał – ekipa Liverpoolu pokazała, że można sięgnąć gwiazd, a co najważniejsze, także sprowadzić je na ziemię.

Gdy jeszcze kilkanaście dni temu fani The Reds spoglądali na terminarz spotkań swoich ulubieńców mało kto mógł spodziewać się tak znakomitych wyników, mając na uwadze z jakimi klubami przyjdzie nam stoczyć ligowe i pucharowe boje. Widząc, że mamy do zagrania mecze z Chelsea (liga i Carling Cup) i Manchesterem City (zwłaszcza, ze dwa ostatnie dzieliło ledwie 48 godzin) mało kto przewidywał, że te trzy spotkania zakończą się dla graczy z Merseyside tak dobrymi wynikami.

Co najlepiej obrazuje dobrą grę Liverpoolu w tych spotkaniach? Przede wszystkim absolutna niemalże dominacja w środku pola, gdzie tytaniczną pracę wykonywali Charlie Adam czy Jay Spearing, jednak najbardziej godnym wyróżnienia piłkarzem jest bez cienia wątpliwości Lucas Leiva. O jego grze napisano już wiele, jednakże patrząc na zawodnika z numerem 21 na koszulce widzę przede wszystkim to, jak bardzo jego gra zmieniła się na przestrzeni ostatniego sezonu – z gracza, który był dobry jedynie w odbiorze piłki, piłkarz z Kraju Kawy stał się zawodnikiem niemal kompletnym, potrafiącym zarówno odebrać piłkę rywalowi w czysty i skuteczny sposób, jak i rozegrać ją, przerzucić na flankę czy nawet brać udział w akcjach zaczepnych swojego zespołu.

Kolejnym czynnikiem, który zaczyna być znakiem firmowym podopiecznych Kinga Kenny’ego jest świetna gra w obronie, bynajmniej nie tylko etatowej pary środkowych defensorów jakimi są Agger i Skrtel, ale również lekko eksperymentalnej mieszanki młodości i rutyny w postaci duetu Coates – Carragher. Na dowód ich skuteczności wystarczy podać jedną statystykę – w tych trzech ostatnich meczach nasi rywale, mający w składzie tak rutynowanych snajperów jak choćby Aguero, Balotelli, Drogba czy Torres oddali na bramkę Pele Reiny jedynie 8 celnych strzałów. Podobać mogła się także gra boków obrony, gdzie klasą sam dla siebie jest Jose Enrique, a na prawej stronie swoją skuteczność pod bramką rywala udowodnili tak Johnson jak i Kelly.

Kenny Dalglish, ostatnio krytykowany za zbyt częste stawianie na niektórych zawodników podjął ryzyko, które się opłaciło - bezproduktywnego Downinga zastąpił bramkostrzelny Maxi, Henderson udowodnił, że jego miejsce znajduje się na środku pomocy, a nie na prawej flance, zaś sportową złość na rywalach z dobrym skutkiem wyładowywał Walijczyk Bellamy, który w pucharowym meczu z The Blues grał dla swojego przyjaciela Gary’ego Speeda, który w tragiczny sposób odszedł z tego świata. Gra Craiga może podobać się coraz bardziej, gdyż poza swoim zaangażowaniem posiada bardzo dobry przegląd pola gry, to dzięki jego asystom The Reds pozostają dalej w grze o Puchar Ligi.

Do tej beczki miodu należy dołożyć łyżkę dziegciu w postaci gry naszych napastników – Suarez miewa jedynie przebłyski formy, często zamiast skupić się na walce bezradnie wymachuje rękami mając pretensje do całego świata. Mimo to mam nadzieję, że Urugwajczyk prędzej czy później znów zacznie zachwycać nas swymi bramkami i dobrym dryblingiem. Gorzej wygląda sprawa z Carrollem, który (pomijając już wykonany w fatalny sposób rzut karny w ostatnim meczu) sprawia wrażenie zagubionego we mgle chłopca, ma problemy z opanowaniem piłki, spowalnia akcje i choć miewa okazje, po których odzyskałby zaufanie kibiców (jak choćby w ostatnich minutach meczu z Manchesterem City, gdzie mógł dać nam trzy punkty) to brakuje mu zimnej krwi i skuteczności pod bramką rywala, a nie czarujmy się – napastnik musi strzelać gole, zwłaszcza gdy ma takie walory fizyczne jak młody reprezentant Anglii.

Pod wodzą Dalglisha Liverpool przestał być drużyną, która po stracie dwóch – trzech czołowych piłkarzy gra zdecydowanie gorzej. Obecnie w zasadzie na każdej pozycji mamy rotację i nawet tak doświadczeni i wydawałoby się – niezbędni – gracze tacy jak choćby Carragher czy Kuyt nie mogą być ani na chwilę pewni swojego miejsca w pierwszej jedenastce. Nawet nieobecność Stevena Gerrarda nie jest odczuwana aż tak bardzo. To dobry prognostyk na przyszłość, wszak nasz kapitan nie będzie grał wiecznie.

Dalglish i spółka pokazali, że można ogrywać i walczyć jak równy z równym z największymi gwiazdami piłki na Wyspach, pokazali, że nie zawsze zawodnicy kosztujący miliony są lepsi od tych, którzy przychodzą do klubu za darmo – widać to zarówno przez pryzmat meczowy, jak i walki o miejsce w składzie. Miejmy nadzieję, że dobra forma The Reds nie zniknie w meczach z rywalami o klasę gorszymi od Chelsea i City, gdyż w lidze liczą się po prostu trzy punkty, a lepiej nie tracić ich w spotkaniach z zespołami z niższej półki. Oby nasz sztab szkoleniowy wyciągnął wnioski z ostatnich spotkań i odpowiednio zmotywował piłkarzy do dalszej walki – jak się to powiedzie, zweryfikują już niedługo gracze Fulham i Queens Park Rangers.

Autor: Zuru Dodano: 30.11.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON