Bajka o brzydkim kaczątku

"W całym moim życiu i całej karierze w Liverpoolu nic nie było łatwe. To kolejna przeszkoda, ale jestem pewien, że osiągnę w koszulce Liverpoolu wszystko o czym marzyłem i wrócę szybciej, niż ludzie się tego spodziewają." Lucas Leiva

Każdy zawodnik, nieważne jak jest dobry, musi zmierzyć się z przeciwnościami losu na pewnym etapie kariery. Niektórzy dzięki nim rozwijają się, inni tracą siły, ale niewielu z nich potrafi stawić im czoła tak często albo tak pomyślnie jak Lucas Pezzini-Leiva.

Od momentu, w którym założył czerwoną koszulkę stanął on w obliczu walki, żeby udowodnić sobie swoją wartość. Początkowo Lucas musiał przekonać ludzi, że był wystarczająco dobry dla Liverpoolu, co wcale nie przyszło łatwo, gdyż zarówno kibice jak i krytycy jednakowo kwestionowali jego talent, wątpiąc w to czy jego umiejętności wystarczą na wyższym poziomie.

Nie miało to znaczenia, że był on nastolatkiem z innego kraju wywodzącym się z innej kultury piłkarskiej, który próbował dostosować się do nowego porządku życia w wieku kiedy większość brytyjskich młodzieńców w podobnym wieku jeszcze nie opuściła swojego rodzinnego gniazda. Nie było żadnej swobody, gdyż cierpliwość nie tylko była na wyczerpaniu, ale faktycznie wyparowała jak woda.

To, że Rafa Benitez, menadżer, który podpisał z Lucasem kontrakt i ściągnął go do kraju wierzył w niego, nie robiło żadnej różnicy. Nagła gratyfikacja jest na porządku dziennym we współczesnym futbolu i niewiele osób spoza biura menadżera jest gotowych, aby dać czas, młodemu piłkarzowi, żeby mógł przemienić się z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. My chcemy sukcesu, chcemy go teraz, więc rozkwit talentu musi nastąpić natychmiast, a nie w przeciągu miesięcy czy lat wolnego, ale stałego rozwoju.

Fakt, że Benitez nieprzerwanie stawiał na Lucasa i okazywał mu niezachwianą wiarę mógł tylko pogorszyć sytuację. Wprowadzenie go na murawę w meczu przeciwko Sunderlandowi na Anfield wyraźnym pokazało Hiszpanowi, że jego wiara w Brazylijczyka nie była podzielana. W tym momencie Lucas mógł zamknąć się w swojej skorupie – jest to jeden z tych momentów, w których sprawdzasz się jako piłkarz – jest też jednak całkowicie inne wyjście, gdy ludzie, którzy powinni cię wspierać obrażają cię. To, że postąpił on inaczej, wykorzystując kibiców jako bodziec do poprawy umiejętności i zatriumfowania nad swoimi krytykami, mówi wyraźnie o jego charakterze i determinacji. Mógł ogłosić bojkot i poszukać jakiegoś łatwego wyjścia, ale tak, jak to pokazał w niezliczonych sytuacjach na boisku, Lucas nie jest typem zawodnika, który unika wyzwań albo znika z pola widzenia tylko dlatego, że zmierzenie się z nimi staje się trudne.

Do tych trudności trzeba jeszcze dodać to, Lucas był młodym pretendentem do gry na środku boiska Liverpoolu, który wówczas był powszechnie wymieniany pośród najwspanialszych na świecie. W Xabim Alonso i Javierze Mascherano widziano dwóch zawodników o takiej jakości, że stali się kluczowymi elementami dwóch zespołów, które obecnie uważane są za najlepsze na świecie. Wypełnienie miejsca któregokolwiek z tej dwójki właściwie z meczu na mecz stanowiłoby twardy orzech do zgryzienia dla każdego. Tym bardziej dla młodego gracza operującego na pozycji, w której osiąga się najlepszą dyspozycję dopiero w późniejszej fazie swojej kariery, był to wymóg trudny do spełnienia. Ponownie jednak Lucas pozostał wierny zadaniu, powoli, ale pewnie okazując się godnym zastępcą, który był w stanie poświęcić się dla drużyny pozwalając innym wyrazić siebie dzięki swojej przenikliwej grze pozycyjnej i szczodrej dokładności.

To był jednak dopiero początek wyzwań, które przed nim stały. Kolejnym dla Lucasa było zastąpienie niezastąpionych – najpierw Alonso, potem Mascherano. Nawet jego najżarliwsi wielbiciele – do czasu odejścia Mascherano ta grupa jeżeli nie była większością to była raczej powiększającą się mniejszością – zastanawiali się, czy to zadanie nie jest poza jego zasięgiem.

Bardziej doświadczeni pośród nich powrócili wspomnieniami do sezonu 1985/86, kiedy Kevin MacDonald walczył z ciężarem porównań z Greamem Sounessem, a presja oczekiwań początkowo groziła, że zostanie on przez nią powalony. Powoli, a jednak pewnie MacDonald zdobył znaczenie w zespole, jednocześnie wygrywając z tymi, którzy wcześniej w niego wątpili. Nigdy nie zastąpił Sounessa, który dołączył do Sampdorii w 1984 roku, ale wówczas nikt nie był w stanie tego dokonać. MacDonald znalazł sobie niszę w zespole Dalglisha, nie stając się wierną kopią swojego poprzednika, ale odgrywając skromniejszą rolę, która pasowała zarówno jemu, jak i zawodnikom wokół niego.

Było to w efekcie tym, czego Lucas dokonał ćwierć wieku później. Nie próbował być sobowtórem, który zastępuje Alonso, przyznając, że niewielu – jeśli w ogóle we współczesnej grze jest ktoś, kogo podania, mogą się równać z krótkimi i długimi podaniami jego byłego kolegi z zespołu. Nie wyglądał on także na kogoś, kto naśladuje królika Duracella w wykonaniu Mascherano, kicającego po całym boisku w furkocie kipiącej energii. Lucas doprowadził jednak do mistrzostwa sztukę gry pozycyjnej, zawsze znajdując się we właściwym miejscu we właściwym czasie, żeby zatrzymać ataki przeciwników. Tak wysubtelnił jakość swoich przechwytów, że teraz uważany jest za najlepszego w Premier League w tej konkretnej umiejętności. Wzniósł on także standardy i ambicje swoich podań na taką wysokość, że stał się całkowicie nowoczesnym piłkarzem grającym na środku pola.

Wszystko to zostało osiągnięte w bolesny sposób – dzięki jego odporności i determinacji, bez pomocy powszechnego wsparcia ze strony kogokolwiek, oprócz tych, którzy go prowadzili. Lucas posiada teraz taki status, że nikogo nie zdziwiło, że został on najlepszym graczem w trzech ostatnich meczach przeciwko Chelsea i Manchesterowi City. Osiągnięcie dojrzałości na boisku zbiegło się z otrzymaniem przez niego nagrody dla zawodnika roku w ubiegłym sezonie. Wydarzenie to we właściwy sposób odbijało zarówno jego oczywisty postęp i wzrost pozycji w klubie i wśród fanów.

To, jak Lucas poradził sobie z krytyką i to, że nadal się rozwija, sprawia, że kontuzja, która doprowadziła do przedwczesnego zakończenia sezonu wzmaga gorycz. Jeżeli kiedykolwiek jakiś zawodnik zasługiwał na trochę więcej szczęścia albo przynajmniej na możliwość podążania swoją drogą, był nim z pewnością ten chłopak z Brazylii. Po tym wszystkim co zrobił, żeby udowodnić sobie swoją wartość, los powinien nagrodzić go możliwością gry, w momencie gdy jego forma i pewność wzniosły się do optymalnego poziomu. Przednie więzadło kolana okrutnie położyła jednak kres takim nadziejom, a Liverpool został pozbawiony zawodnika, który teraz postrzegany jest jako kluczowa postać dla tego, co się dzieje w drużynie.

Przy całym naturalnym okrucieństwie tej sytuacji nadal jest jeszcze powód, żeby nabrać otuchy, jeżeli jest bowiem zawodnik, który może powrócić po tak przerażającym zawirowaniu, jest nim Lucas. Za sprawą siły woli pokonał on zdecydowanie poważniejsze przeszkody w przeszłości. Rozpoczyna on bolesną drogę do wyzdrowienia, która bardziej niż cokolwiek ustawi go na właściwej pozycji. Różnica polega na tym, że nikt nie będzie już w niego wątpił i każdy desperacko będzie chciał zobaczyć jak ponownie zakłada czerwoną koszulkę. Oczekiwanie na ten dzień i tak będzie wystarczająco długie.

Tony Barrett

Autor: Mersey Dodano: 04.12.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON