Geneza i następstwa porażki

Czy dzisiejszy Liverpool jest w stanie osiągnąć sukces? Ian Doyle analizuje wczorajszą porażkę z Manchesterem United. Piłkarze Brendana Rodgersa zagrali tak źle, że na ich tle bardzo przeciętny Manchester United jawił się niczym drużyna ze światowej czołówki.

Można rozmawiać o taktyce. Można rozprawiać o bocznych obrońcach. Od początku do samego końca to jednak sztampa i głupota.

Pojawia się jedno pytanie, które kibice powinni sobie zadawać przez całą drogę do domu po upokarzającej porażce w ostatnim meczu na Anfield.

Czy dzisiejszy Liverpool ma mentalność pozwalającą osiągać sukcesy?

Może to zbyt ostre podejście? W końcu czynników pozwalających piłkarzom Rodgersa na wielkie dokonanie, jakim jest sprawienie, że przez co najmniej 45 minut meczu przeciętny przecież zespół Manchesteru United wyglądał jak drużyna mistrzów świata, było bardzo wiele.

Roztrząsając powody, dla których mecz wyglądał tak, a nie inaczej, Brendan Rodgers odkryje jednak zapewne nawracający motyw.

To był najważniejszy mecz Liverpoolu w tym sezonie. Miał to być punkt zwrotny w wyścigu o zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów.

Liverpool spieprzył jednak sprawę.

Dwanaście miesięcy wcześniej, mając pierwszą od 24 lat szansę na mistrzostwo, The Reds gościli na własnym stadionie Chelsea.

I co? Liverpool spieprzył sprawę.

Steven Gerrard odegrał główną rolę w obu porażkach, pomimo zupełnie odmiennych okoliczności. Ekspresowa czerwona kartka na pewno nie pomogła w rozgromieniu United, ale prawdę mówiąc, mecz był przegrany na długo zanim weteran z Liverpoolu wszedł na murawę w drugiej połowie. Chcąc zarazić pasją i determinacją swoich kolegów, Gerrard – dosłownie – ostatecznie zdeptał nadzieje na zwycięstwo.

Czy ktoś inny był w stanie jakoś odwrócić losy spotkania? Czy w zespole The Reds jest ktokolwiek, kto byłby gotów wziąć piłkarzy za kark i zapędzić ich do roboty?

Na tym właśnie polega problem Rodgersa. W przeszłości menedżer opowiadał o zdolnościach przywódczych niektórych zawodników, ale rzeczywistość zweryfikowała te słowa. Gdy Gerrard w lecie opuści klub, problem stanie się jeszcze poważniejszy.

Zdolność radzenia sobie z presją jest kluczowa w każdym osiągającym sukcesy zespole. Potrzebna jest zimna krew, dzięki której można przełamać impas i zwyciężyć trudny mecz.

Liverpool, będący stosunkowo młoda drużyną, nie ma w swoich szeregach piłkarzy z takimi umiejętnościami. Potwierdza to tylko działalność The Reds w pucharach, gdzie zbyt często zespół prawie osiąga jakieś sukcesy. „Prawie” jest tu słowem kluczowym.

Nieważne, w jaki sposób dobiega się do mety, o ile udaje się ją przekroczyć. Wystarczy popatrzeć na finały pucharów wygrane w przeszłości przez Liverpool – doskonale widać jak bardzo nadwątlały one odporność psychiczną piłkarzy.

Jasne, Rodgers będzie teraz wszem i wobec opowiadał o doskonałej formie The Reds po Nowym Roku, zarówno w tym jak i poprzednim sezonie.

Zespół nie jest i nie był uważany za faworyta. Traktowano go jak drużynę nie mającą nic do stracenia i nie mogącą realistycznie myśleć o jakichkolwiek sukcesach. Może i Liverpool w pewnym momencie się przełamywał i zaczynał nabierać rozpędu, ale prędzej czy później ten sprint kończył się uderzeniem głową w mur.

Na szczęście na tym etapie sezonu nic nie jest jeszcze stracone.

Liverpool ma do rozegrania osiem meczów, w których może odrobić pięć punktów straty do wielkiej czwórki. To najprawdopodobniej oznaczać jednak będzie konieczność zwycięskiego wyjścia ze starć z Arsenalem i Chelsea.

Być może to, że nikt nie traktuje The Reds jako faworytów, podziała na ich korzyść, ale samo w sobie nie wystarczy to do zatriumfowania w lidze.

Przez następne kilka miesięcy Dr Steve Peters powinien mieć więc pełne ręce roboty.

Ian Doyle

Autor: Konop Dodano: 23.03.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON