Nowa umowa Raheema - analiza

Można powiedzieć, że Raheem Sterling odrzucając ofertę kontraktu wartego 100 tysięcy funtów tygodniowo, zachowuje się nieprzyzwoicie – ale przynajmniej jest szczery. Skrzydłowy Liverpoolu przez swoje twarde negocjacje stał się chłopcem do bicia, chociaż jedyne czym zawinił to gra według współczesnych zasad.

Kiedyś w 1999 roku pewien dziennikarz sportowy, stosunkowo nowy w swoim fachu, dostał szansę na wgląd w fantastyczne perspektywy finansowe ówczesnych piłkarzy. Rozmawiając ze światowej sławy piłkarzem postanowił ponarzekać:

– Zarabiam tylko 12,5 tysiąca funtów – powiedział.

Nastąpiła krótka pauza.

– Tygodniowo czy miesięcznie? – odpowiedział piłkarz.

Dziennikarz spodziewał się śmiechu zawodnika, lecz niczego takiego się nie doczekał. Zrozumienie, że niektórzy (nie wszyscy) piłkarze nie mają pojęcia o rzeczywistej wartości funta, wierząc, że wszyscy liczymy wypłatę w tysiącach tygodniowo a nie rocznie było zarówno zabawne jak i pozbawiające złudzeń. Przestrzeń na współczucie od tamtej pory tylko się powiększała.

Dla tych z nas pracujących z dala od obiektów treningowych, w miejscu, które nazywamy „rzeczywistością”, wielu piłkarzy i agentów egzystuje w świecie, z którego Terry Pratchett byłby dumny. Kiedy piłkarz ma czelność odrzucić umowę czyniącą go mega-milionerem, gdyż ewidentnie serce i głowę ma zaprzątnięte byciem multi-mega-milionerem, następuje zderzenie świadomości. Przywykliśmy do liczb typu 80 – 200 tysięcy funtów w realiach Premier Lgeaue i rzadko zatrzymujemy się na moment by przetrawić groteskowość wspomnianych kwot, ocenianych głównie przez pryzmat popularności.

– Widziałeś ile zaliczył ostatnio bramek i asyst? Należą mu się każde pieniądze – to standardowe uzasadnienie.

– Ile chce? Nie potrafi nawet strzelić karnego – to typowy kontrargument.

Raz na jakiś czas chłopak pokroju Raheema Sterlinga zostaje kozłem ofiarnym w dysputach o tych ekonomicznych anomaliach, mimo że stawianie jego sytuacji za przykład nierealnych żądań finansowych piłkarzy jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Sterling jest wytworem tej ery, załamywanie się jego postawą jest jak Wiktor Frankenstein łapiący się za głowę, obserwując poczynania potwora, którego sam stworzył.

Talent każdego piłkarza ma określoną wartość a ich kariera jest krótka, więc powodzenia im wszystkim jeśli są w stanie odnaleźć się na rynku stworzonym do takich działań. To paskudne, oczywiście, ale tak działa wolny rynek. Biznes rozrywki zawsze dostarczał sporych dochodów.

Kluby traktują niektórych zawodników po macoszemu, ale ci będący obiektami pożądania potrafią zadbać o swoją wartość. Talent to siła, a siła to pieniądz w większości popularnych sportów i w nieustannej zakulisowej bitwie między klubami, piłkarzami, agentami, ligami i federacjami piłkarskimi o zabezpieczanie własnych interesów, pozycji i dochodu.

Liverpool nie ma czego się obawiać w obecnej sytuacji ze Sterlingiem poza drobnym detalem, jakim jest utrata piłkarza, którego zresztą łatwo zastąpią, jeśli przyjdzie co do czego. Ten klub ponosił większe straty przez ostatnich 12 miesięcy, nie wspominając o bardziej odległej historii, a każdy kontrakt ma ograniczenia.

Na Anfield wiedzą, że opinia publiczna będzie po ich stronie po tym, jak Sterling odrzucił ofertę kontraktu (szokujące 100 tysięcy funtów tygodniowo) i przedstawił swoje żądania (jeszcze bardziej szokujące 150 tysięcy funtów tygodniowo). Jeśli latem zostanie sprzedany za 40 milionów, prawdopodobnie spowoduje to rozczarowanie i umiarkowane protesty. Już w niedzielę za każdym razem gdy tracił piłkę w meczu z United, dało się usłyszeć szmery niezadowolenia. Prawdopodobnie wie dlaczego.

Sterling i jego agent Aidy Ward znajdą swoich sprzymierzeńców, ale ogólnie rzecz biorąc, przegrywają w PR-owej bitwie, podczas gdy Fenway Sport Group jest chwalone za swój opór i nieuleganie naciskom piłkarza. Gdyby każdy 20-latek był wyceniany według wizji jego agenta, pieniądze z nowego kontraktu telewizyjnego zostałyby rozdysponowane w ciągu jednej rundy negocjacji o przedłużenie kontraktów. A na to nie możemy sobie pozwolić przy takiej liczbie pośredników nierobiących nic konkretnego, bez których Premier League nie byłaby w stanie przetrwać.

Kiedy jednak zrzucamy winę na piłkarza, powinniśmy być ostrożni. Nie zapominajmy, że Liverpool zainwestował solidne pieniądze w 15-latka i nie powinno być zaskoczeniem, że role się odwróciły. Pięć lat temu the Reds przedstawili najlepszą finansowo ofertę i duży klub wyjął z akademii mniejszego największą gwiazdę. Sterling wybrał Liverpool, ponieważ ten klub zdecydował się zapłacić największe pieniądze, nie dlatego, że wsławił się promowaniem uzdolnionej młodzieży.

Teraz mamy do czynienia z podobną sytuacją ale na większą skalę. Ward próbuje wykorzystać zainteresowanie innych klubów swoim klientem, by wynegocjować dla niego jak najlepszą umowę. Czy Liverpool naprawdę jest zaskoczony, że dzieciak, który chciał być najlepiej opłacanym 15-latkiem w angielskiej piłce a następnie najlepiej opłacanym 18-latkiem, chce teraz być najlepiej opłacanym 20-latkiem? Obwinianie Sterlinga za to, że zachowuje się w identyczny sposób jak wtedy, gdy odchodził z QPR to hipokryzja. Ci, którzy poznali skrzydłowego i jego agenta na Loftus Road, mogą sobie teraz pozwolić na gorzki uśmiech.

Prawda, umowa z 2010 roku została podpisana zanim FSG przejęło klub i na długo przed objęciem posady menadżera przez Brendana Rodgersa. Nigdy się nie dowiemy czy John W. Henry zaakceptowałby ją, będąc na miejscu Toma Hicksa i George’a Gilletta. Na rozkaz Rodgersa klubowa akademia przenosi ciężar raczej na rozwój własnych talentów niż podbieranie największych gwiazd innym, lecz nie jest tajemnicą, że jej dwa największe sukcesy z ostatnich lat – Sterling i Jordon Ibe – to pozostałości po poprzedniej, porzuconej obecnie strategii.

W obronie tych, którzy ich pozyskali, dużo czasu minęło, odkąd Liverpool wyszkolił ostatniego światowej klasy zawodnika z lokalnych talentów (Stevena Gerrarda w 1998 roku). Być może czuli, że czas poszukać potencjalnych gwiazd poza doliną rzeki Mersey. Przez ostatnie trzy lata Sterling był prezentowany jako wychowanek klubu i obecni włodarze nie mają trudności z przypisywaniem sobie za to zasług, kiedy im wygodnie.

Na ścianach akademii Liverpoolu znajdują się fotografie tych, którzy z drużyn młodzieżowych przebili sie do pierwszego zespołu i zdjęcie Sterlinga wisi tam pomiędzy zdjeciami lokalnych chłopaków takich jak Robbie Fowler, Michael Owen, Jamie Carragher, Steve McManaman i resztą. Biorąc pod uwagę, że Sterling został wyszkolony przez innych, w najlepszym razie jest ono tu niemile widziane, a mówiąc bardziej dosadnie, nie powinno tam wisieć w ogóle.

Bieżąca sytuacja odzwierciedla różnicę między piłkarzami, którzy ukształtowali ten klub – a w przypadku Liverpoolu mówimy o społeczności wychowanej w klasie robotniczej – a nastolatkami zwabionymi obietnicami milionów. To cena, którą się płaci za wydawanie olbrzymich pieniędzy na młodzież. Historia Anfield pokazuje, że dużo łatwiej jest skorzystać z lojalności i więzi miejscowych chłopaków z herbem klubu by utrzymać ich zarobki na rozsądnym poziomie przez całą ich karierę. Czasami cienka linia dzieli nagradzanie za rozwój i przepłacanie. Wszystkie kluby działają podobnie. Gdy mówią, że stawiają na rozwój akademii mają na myśli tak klubową tożsamość jak i finansowe profity.

Porównajcie Sterlinga z 21-letnim Harrym Kane’em, który przebił się z młodzieżówki Tottenhamu i został ostatnio nagrodzony umową wartą 45 tysięcy funtów tygodniowo. Czy aby na pewno jeden z nich jest aż o tyle lepszy od drugiego?

Piłkarze Liverpoolu wyszkoleni w „złotej erze” akademii prowadzonej przez Steve’a Heighwaya w latach 1993–1999 dopero gdy byli już w pełni ukształtowanymi piłkarzami, mogli liczyć na kontrakty na poziomie najlepiej zarabiających w klubie. I z całym szacunkiem, w większości byli oni lepszymi piłkarzami niż Sterling na tym samym etapie kariery.

To podstawowy problem sytuacji Sterlinga, do której uzasadnienia są swobodnie wplatane zwroty typu „wartość odsprzedaży” i „cena rynkowa”. Nikt na Anfield – ani na trybunach ani w zarządzie – nie sądzi, że jest on tyle warty.

Sterling to dobry, nawet bardzo dobry piłkarz. Niestety dla niego i dla jego doradców nie jest (jeszcze) piłkarzem wybitnym. Nie jest tak dobry jak Robbie Fowler w wieku 17 lat. Nie jest tak dobry jak Michael Owen w wieku 18 lat. Nie jest tak dobry jak Steven Gerrard w wieku 19 lat czy Steve McManaman gdy miał lat 20. Nie jest tak dobry jak Jamie Carragher w Stambule (gdyby porównywać zarobki przed finałem w 2005 roku, Carragher zarabiał wtedy więcej niż Dijimi Traoré, ale sporo mniej niż Harry Kewell i Djibril Cissé).

Często piłkarze ci byli nedoceniani finansowo, gdyż klub liczył na ich przywiązanie do barw. Ci, którzy przejrzeli blef, jak Steve McManaman, którego talent doczekał się adekwatnych zarobków dopiero po przenosinach do Realu Madryt, musieli znosić docinki o swojej „chciwości”, zanim odeszli, mimo że historia pokazała, iż krytyka wobec nich była niesprawiedliwa.

Nawet miliony, które Gerrard odrzucił, gdy miał okazję na opuszczenie Anfield, zostały uznane za nieistotne, gdy krytycy uznali, że u schyłku kariery nie prezentuje już na boisku odpowiedniej wartości.

„To jest biznes” to powszechne, logiczne wyjaśnienie w sytuacji, gdy klub prezentuje trzeźwą ocenę sytuacji. Tymczasem gdy podobne podejście prezentuje piłkarz, mamy do czynienia z chciwością i szantażowaniem klubu.

Sterling nie jest jeszcze wart 150, 140 czy nawet 100 tysięcy funtów tygodniowo, ale w tym wszystkim jest coś godnego podziwu w jego i Warda postawie jako zwykłych pracowników. Ich brak emocjonalnej więzi z klubem pozwala na odrzucenie nieracjonalnych argumentów krytyków. Jakikolwiek będzie efekt, chłodne, profesjonalne podejście do negocjacji staje się normą wśród współczesnych piłkarzy. Jest to znacznie bardziej szczere niż fałszywe oświadczenia wydawane każdorazowo przy przedłużaniu kontraktów, których celem jest sprawienie by tłum wiwatował na cześć kolejnej podwyżki dla milionera. Niektóre umowy są podpisywane, by sprawnie przeprowadzić transfer pół roku później – o więcej szczegółów należy spytać się Luisa Suáreza.

W innym świecie Sterling złożyłby w grudniu podpis pod pierwszą ofertą za 80 tysięcy tygodniowo, klub wydałby oświadczenie o tym jak nastolatek stał się częścią drużyny i nigdy się nie zająknął o tym, że chciał zmienić otoczenie. Można nazywać go chciwym, można mówić, ze źle mu doradzano, że jest niewdzięczny, naiwny bądź przereklamowany – z pewnością kibice będą mieli mniejszą tolerancję dla jego słabszych występów – ale nie można powiedzieć, że jest nieszczery. Sterling i jego agent są winni tego, czego największe kluby najbardziej nie lubią – przyznali, że dla większości piłkarzy, menadżerów i członków zarządu przywiązanie do ich klubowej „rodziny” jest niczym innym jak umową handlową renegocjowaną co dwa lata.

Chris Bascombe

Autor: DWT-Adas Dodano: 25.03.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON