Zachowanie Gerrarda - analiza

W meczu z United kapitan Liverpoolu dostał czerwoną kartkę niecałą minutę powejściu na boisko. Kapitan nie schował się po wyrzuceniu z murawy – jego determinacja, by przeprosić za zawstydzenie ukochanego klubu świadczy o jego wielkości.

Pierwszą rzeczą, którą pełen skruchy Steven Gerrard zrobił po pojawieniu się za kulisami Anfield, tuż po otrzymaniu czerwonej kartki za kompromitujące, niewybaczalne potraktowanie Andera Herrery, było zapytanie przedstawicieli Liverpoolu o to, ile meczów przegapi (trzy). Kapitan poprosił potem, by zostawiono go samego. Usiadł w szatni zbierając myśli, z dala od Adama Lallany, którego zmienił w przerwie meczu.

Wziął prysznic, założył garnitur i czekał na Brendana Rodgersa i kolegów z drużyny. Gdy weszli do szatni i usiedli zastanawiając się nad bolesną porażką odniesioną z rąk odwiecznych rywali, Gerrard stanął po środku pomieszczenia i przemówił. Przeprosił menedżera za to, że tak bardzo go zawiódł swoim zachowaniem. Wyraził ubolewanie, że zostawił kolegów z drużyny na pastwę losu w meczu z United.

Gerrard był zdruzgotany swoją chwilą szaleństwa, która zabrała Liverpoolowi ostatnie szanse na powrót do gry, choć w końcu drużynie udało się odrobić jedną bramkę straty. Czerwona kartka kapitana może w ostatecznym rozrachunku zniweczyć również nadzieje Liverpoolu na powrót do Ligi Mistrzów.

Nie dziwne, że kibice Manchesteru United głośno świętowali wielkie zwycięstwo. Podczas marszu wstydu Gerrarda fani United żegnali piłkarza w sposób dla nich tradycyjny, czyli prześmiewczo skandując i wymachując rękami złożonymi w dwa bardzo znane i bardzo niecenzuralne gesty.

Co zrozumiałe, piłkarze Manchesteru także głośno i radośnie świętowali po ostatnim gwizdku. Dzięki świetnym występom wybranego piłkarzem meczu Juana Maty i Michaela Carricka, doskonale spisująca się drużyna Louisa van Gaala mogłaby z łatwością wygrać nawet z przeciwnikiem grającym w 11.

Podczas gdy gracze United cieszyli się ze zwycięstwa, Gerrard pytał innego przedstawiciela Liverpoolu:

— Co mogę zrobić dla klubu?

Nie myślał o własnym wizerunku, któremu zresztą od tego czasu radośnie uwłaczają kibice United, tworząc niezliczone memy w mediach społecznościowych. Gerrarda bardziej obchodził jego klub. Wiedział, że skompromitował Liverpool, dlatego nie mógł zareagować ukrywaniem się. Większość graczy zaszyła by się w cieniu. Kompletny brak profesjonalizmu, jakim wykazał się kapitan faulując Herrerę, po meczu zniknął bez śladu.

Introwertycznemu z natury Gerrardowi dobro klubu leży na sercu, dlatego szybko zdecydował, że chce przeprosić kibiców. Poprosił o przeprowadzenie pojedynczego wywiadu z Geoffem Shreevesem ze Sky, reporterem telewizyjnym, którego zna od dawna i darzy zaufaniem.

Gerrard nie prosił o zrozumienie czy współczucie. Kibice Liverpoolu i tak będą wiedzieli, że furia z jaką Gerrard rozegrał swoją jedyną minutę w meczu, bierze się z tej samej głębokiej studni emocjonalnej, która pozwoliła mu rozerwać na strzępy defensywę AC Milan w finale Ligi Mistrzów w 2005 roku i West Hamu w finale FA Cup w kolejnym sezonie.

Na Anfield rażąco przekroczył wszelkie granice. Jego chęć zwycięstwa przerodziła się w niekontrolowany wybryk, za co kapitan zapłacił wysoką cenę.

Gerrard nie lubi oglądać meczów swoich kolegów. Siedzi zasępiony na ławce, nie mogąc się doczekać wejścia na boisko. Napina się jak sprężyna, gotów do akcji.

United budzi w nim wielkie emocje, w szczególności gdy w pierwszej połowie w tak łatwy sposób ogrywa jego zespół. Będąc jeszcze uczniem podstawówki Gerrard na podrówkowym meczu w Huyton włożył kiedyś koszulkę United Bryana Robsona z numerem 7, bo bardzo imponowała mu gra tego zawodnika w kadrze Anglii. Ojciec Gerrarda szybko zawołał go do domu, nakazując zdjąć koszulkę United w strachu przed tym, co pomyślą sąsiedzi.

Steven zawsze był głodny gry i zwyciężania nad United. Ten głód w ostatnim meczu przybrał niezdrowe rozmiary. Wchodząc na boisko pomocnik aż kipiał z wściekłości. Herrera miał szczęście, że uniknął poważnej kontuzji.

Gerrard od samego początku wiedział, że popełnił błąd. Chciał więc szybko przeprosić za swoje zachowanie. Czas uciekał. W Sky czekano na przedmeczowe studio meczu Hull City – Chelsea, a trzeba było jeszcze dokończyć wywiad z triumfującymi Matą i Carrickiem.

Gerrard czekał, aż gracze United skończą swoje wypowiedzi i szybko zajął miejsce przed kamerą, w niewielkiej alkowie nieopodal szatni Manchesteru, która – co zrozumiałe – do najcichszych nie należała.

Ludzie kręcili się po okolicy. Piłkarze United i przedstawiciele klubu mijali Gerrarda przypartego do ściany, patrzącego na nich i na mikrofon Shreevesa. To nie miał być wywiad. To była szansa dla Gerrarda na wyrażenie skruchy.

Ludzie stojący najbliżej zauważyli spokój i brak emocji w Stevenie – jego skupienie na przekazaniu wiadomości. Przeminęła już
burza, która szalała w jego głowie przez pierwsze 38 sekund drugiej połowy meczu, która zbierała się i narastała podczas siedzenia na ławce rezerwowych i przyglądania się nieudolnej grze kolegów. Pozostał tylko żal.

W okresie nerwowego odliczania czasu do odejścia kapitana do LA Galaxy, do opuszczenia piłkarskiego domu, Gerrard właśnie zmarnował cztery mecze – spotkanie z United i kolejne trzy z Arsenalem, Blackburn Rovers w FA Cup i Newcastle United. Zostanie mu tylko sześć meczów Premier League (i puchar, jeżeli Liverpool wygra ćwierćfinał na Ewood Park).

Cytując trafne słowa Jamiego Carraghera, „chwila szaleństwa” Gerrarda rzuciła cień na jego drogę na Sunset Boulevard. Należy się jednak wstrzymać z mówieniem o tym, że Gerrard zbrukał swoje dziedzictwo, że unieważnił wszystkie epickie triumfy od Stambułu do Cardiff.

Krytycy przypominają o poślizgnięciu się kapitana w meczu z Chelsea w ostatnim sezonie, próbując umniejszyć jego pozycję i szacunek wśród kibiców Liverpoolu. Bilety na ostatni mecz Gerrarda na Anfield przeciwko Crystal Palace, mający odbyć się 16 maja, sprzedają się jednak doskonale.

Kibice z The Kop pamiętają wszystkie osiągnięcia swojego idola. Pamiętają, że pomocnik był nie tylko zwykłym piłkarzem Liverpoolu, ale bardzo często ratował drużynę z opresji. Gerrarda czci się jako chłopaka z sąsiedztwa, który nie zmienił się przez wszystkie lata gry dla Liverpoolu, który odrzucił United będąc młodym chłopcem, i który nie zważał na zakusy Chelsea, które mogły uczynić go bogatszym i pozwolić na zdobycie upragnionego mistrzostwa. Gdy Gerrard przybywa na coroczne msze w intencji ofiar Hillsborough na Anfield, fani Liverpoolu nie widzą gwiazdy, tylko człowieka w żałobie po zmarłym na Leppings Lane End kuzynie Jon-Paulu Gilhooley'u.

Steven jest w Liverpoolu kochany i kilka błędów tego nie zmieni.

Kiedy przed kamerami wystąpił Rodgers, wypowiadał się o Gerrardzie z szacunkiem, wspierając kapitana. Co dziwne, Rodgers był krytykowany za niewystawienie pomocnika od początku meczu, co w oczywisty sposób byłoby nie fair w stosunku do Joe Allena, który ostatnio gra bardzo dobrze.

Wyraźnie widać, że 34-letni Gerrard najlepsze lata ma już za sobą. Decydującym momentem był przegrany mecz z Crystal Palace 23 listopada, gdy Jason Puncheon w wyjątkowo łatwy sposób odebrał Stevenowi piłkę i nie pozwolił mu się dogonić. Liverpool postępuje słusznie kończąc przygodę Gerrarda w klubie. Rodgers z kolei w taktowny sposób poradził sobie z trudną sytuacją.

Jedynym pozytywem dla Liverpoolu wynikającym z przymusowej przerwy kapitana jest to, że teraz łatwiej będzie planować skład ławki rezerwowych.

Era Gerrarda dobiegła końca.

O czerwonych kartkach nie należy zapominać, ale kibice w pamięci zachowają przede wszystkim chwile, kiedy Gerrard pozwalał im marzyć o największych sukcesach.

Henry Winter

Autor: Konop Dodano: 25.03.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON