Główny kłopot przyszłego trenera

W poszukiwaniu poprzednich trzech menedżerów Liverpool zwrócił się do Fulham, Loży Legend Anfield i Swansea City. Tym razem faworytem jest Jürgen Klopp, czyli klub wyraźnie celuje wyżej i dobrze.

Nieprzewidywalny Niemiec, który obecnie w notowaniach wyprzedza Carlo Ancelottiego, miałby kompletnie odmienić futbolowe normy. Jego zadaniem byłoby zwyciężanie bez strachu przed zasadami finansowymi w erze, gdy wszyscy mają wgląd w przychody i wydatki klubu. Potrzebny jest ktoś, kto będzie bezustannie przewyższał oczekiwania. Ktoś, kto może cofnąć czas do okresu, gdy Liverpool był naprawdę wielkim klubem.

Klopp pokazał, że jest niezwykłym trenerem. Dwukrotnie, w sezonie 2010-11 oraz 2011-12, ze swoją Borussią Dortmund pokonał potężny Bayern Monachium w wyścigu o tytuł mistrza Niemiec.

Poprowadził drużynę z Dortmundu do finału Ligi Mistrzów w 2013 roku, a wszystko to z zespołem zarabiającym odrobinę mniej niż Aston Villa i Queens Park Rangers. W międzyczasie rozgromił jeszcze Real Madryt prowadzony przez José Mourinho.

Biorąc pod uwagę, że jego obecne zadanie miałoby polegać na ożywieniu drużyny, która staje się powoli chłopcem do bicia, można nawet dostrzec zasadność argumentu, że Klopp byłby lepszym kandydatem niż jedyny żyjący człowiek, który trzykrotnie wygrał Ligę Mistrzów. Ancelotti jest bardziej przyzwyczajony do posiadania do dyspozycji gamy supergwiazd z Chelsea, Paris St Germain czy Realu Madryt, niż do konieczności wyciągania tego, co najlepsze z – dajmy na to – Danny’ego Ingsa.

Dla tych z nas, którzy twierdzą, że Brendan Rodgers to wielki talent i człowiek, który byłby w stanie zakończyć z The Reds sezon na piątym miejscu – czyli tym, w które powinniśmy celować – namówienie Kloppa do przejęcia drużyny to i tak zamach stanu. Być może najbardziej zaskakujące może być jednak to, że Klopp po prostu może chcieć tu pracować, zamiast czekać na oferty od światowej elity.

Jeżeli podejmie wyzwanie, wynikać to będzie mogło na przykład z typowo barwnego wyjaśnienia, jakiego kiedyś udzielił w kwestii tego, jaki futbol kocha – gdy prowokacyjnie zasugerował, że gdyby miał grać „tiki-takę” jak w Barcelonie, prędzej zająłby się tenisem. Dla niego to za bardzo orkiestrowe. „Bardziej lubię heavy metal... i zawsze puszczam go naprawdę głośno”. Takie właśnie jest podeście Kloppa.

Co intrygujące, Niemiec pociągnął temat dalej, mówiąc: „Futbol walki, a nie spokoju, to mi się podoba. Chodzi o to, co w Niemczech często nazywamy „angielską piłką” – deszczowy dzień, nasiąknięte wodą boisko, ostateczny rezultat 5-5, wszyscy brudni od stóp do głów i tak obolali, że po zakończeniu meczu przez kilka tygodni nie mogą nawet myśleć o piłce.” Witamy w chaotycznej Premier League.

Wśród obecnych turbulencji trenerskich największe zmartwienie wynika jednak nie z tego, czy Klopp to dobry wybór, ale bardziej z Liverpoolu jako klubu i tego co Jamie Carragher w Sky Sports określił mianem „polityki” na Anfield.

– W Liverpoolu nie pracuje się łatwo – powiedział były obrońca, odnosząc się do tego, w jaki sposób ambicje przywrócenia dawnej wielkości były bezustannie podminowywane nie tylko brakiem środków, ale również wewnętrznymi sporami.

– Myślicie, że to wielki klub, ale to nieprawda – powiedział Carragher, twierdząc, że wyniki Fenway Sports Group „w ciągu dwóch czy trzech ostatnich lat nie były dobre, a wręcz o niebo odbiegały od dobrych”.

Ci, którzy krytykują Rodgersa mogą chcieć wziąć pod uwagę „komitet transferowy” FSG i fakt, iż przy wszystkich oskarżeniach o marnowanie pieniędzy (przez Rodgersa, czy komitet?), wydanie przez ostatnie dwa sezony około 57 milionów funtów netto to o wiele mniej niż na przykład w Arsenalu. To również prawie o 100 milionów funtów mniej niż w Manchesterze City i United.

FSG szczyci się swoim komitetem, ale nie w chwilach takich, jak w zeszłym sezonie, gdy w akcie totalnej paniki ściągnięto Balotellego.

– Kto ponosi odpowiedzialność? – pyta Carragher.

No właśnie. Michael Edwards, dyrektor ds. technicznych, ma coraz więcej do powiedzenia w kwestii zatrudnienia. Mike Gordon, prezes FSG, prowadzi codzienną kontrolę i to on dostarczył wczoraj Rodgersowi przez telefon złą nowinę. Obaj jednak mogliby pewnie przejść niezauważeni pod bramą Shankly’ego.

Być może mogliby oni wytłumaczyć nagły zwrot o 180 stopni na osiem kolejek od rozpoczęcia sezonu. To w końcu nie pierwsza niespodziewana decyzja FSG od czasu przejęcia Liverpoolu w 2010 roku.

Tak jak wielu nowych właścicieli w angielskim futbolu, przez długi czas mówili oni o wychwytywaniu nowych talentów, robieniu transferów za niewielkie pieniądze – to wszystko bardzo ładnie, ale tylko do czasu, aż popełnia się pierwszą gafę. Na przykład kupując Andy’ego Carrolla za 35 milionów funtów.

Być może Klopp mógłby pobudzić Liverpool do kolejnej szarży, ale kibice pozostający przy klubie tylko dzięki optymizmowi powinni wiedzieć, że jego zdolności też mają swoje granice.

W siódmym, ostatnim sezonie Kloppa na Westfallenstadion w zeszłym roku, Borussia spędziła kilka tygodni w strefie spadkowej. Klopp zaplątał się w masę niepotrzebnych spraw dyscyplinarnych, a klub poprawił swoją pozycję wskakując na siódme miejsce dopiero pod koniec sezonu. Bez byłego trenera Borussia dzisiaj zajmuje drugie miejsce w tabeli.

Matt Dickinson

Autor: Konop Dodano: 05.10.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON