Dlaczego wciąż kontrolujemy grę

Najlepszym graczem w wygranym przez Man City meczu (pomijając Fernandinho) był ich jedyny zawodnik z Manchesteru - Anthony Taylor pomylił się przy ostrym wejściu obiema nogami Vincenta Kompany'ego przy stanie 0:0, za które Belg powinien dostać czerwoną kartkę.

Ale cóż, żadna szanująca się liga nie wystawiłaby sędziego z Manchesteru do sędziowania drużynie z Manchesteru w jednym z najważniejszych spotkań w sezonie, prawda? (Czy to oznacza, że Scouserzy mogą sędziować mecze Liverpoolu?)

Citizens oczywiście zagrali bardzo dobrze u siebie, byli niesamowicie zdeterminowani na to spotkanie, ale Liverpool przegrał o włos, a przynajmniej o 11 mm, których zabrakło do uznania gola, a także trzy inne wybicia z linii bramkowej i inne drobne różnice. Liverpool godnie postawił się City, a w takich meczach gospodarze muszą być faworytami.

Wygrana na Etihad nie zanosiła się na łatwe wyzwanie. Podrażniony Man City może pokonać każdą drużynę. Nie byli faworytami, co zdecydowanie im pomogło. W zeszłym roku Liverpool pokonał "niepokonanych" Citizens u siebie w styczniu, ale to nie wybiło City z rytmu. Liverpool pokonał ich dwukrotnie w Lidze Mistrzów, ale i to nie wybiło City z ligowego rytmu.

Teraz jest tak samo jak w zeszłym sezonie, ale odwróciły się role. Liverpool ma sytuację pod kontrolą. Jeśli już mamy wyciągać z tego meczu wnioski to Liverpool zagrał lepiej na wyjeździe z City w tym sezonie, niż City zagrało na Anfield w zeszłym.

W tym sezonie The Reds przegrali nieznacznie kilka spotkań tego typu - PSG i Napoli na wyjeździe w Lidze Mistrzów - ale nie wpłynęło to na ich morale. Liverpool nie pokonał Chelsea na wyjeździe, ale tego typu trudne mecze wyjazdowe zawsze są problematyczne. Liverpool ma za sobą mecze na boiska City, Chelsea, Spurs i Arsenalu.

Czwarte spotkanie świątecznego okresu jest z reguły tym, w którym widać zmęczenie. Pomimo że to Spurs mieli najmniej wolnego między meczami, Liverpool zdecydowanie miał najcięższy terminarz - wyjazdowy mecz z siódmą drużyną (przed spotkaniem) i drugą (po spotkaniu), mecz u siebie z piątą ekipą w tabeli. Do tego Newcastle, z którym nigdy nie gra się łatwo. Granie z City zaraz po meczu z Arsenalem wystawia drużynę na ciężką próbę, nawet jeśli Liverpool gładko rozprawił się z Arsenalem.

Pomimo dużo cięższych spotkań, Liverpool kończy okres świąteczny z czteropunktową przewagą. Teraz musi robić to, co robił do tej pory - spróbować utrzymać 100% zwycięstw z drużynami spoza czołowej piątki (tylko drużyny zajmujące 2, 4 i 5 lokaty zabrały punkty The Reds).

Jeśli się nie mylę, Duncan Alexander z Opta powiedział, że żadna drużyna z 50 punktami na koncie w Nowy Rok (po konwersji na trzy punkty za zwycięstwo) nie dała sobie wydrzeć tytułu. Liverpool miał 54.

Newcastle to wciąż najpopularniejszy przykład roztrwonienia przewagi, z dużym zapasem w Boże Narodzenie i Nowy Rok w sezonie 1995/1996, a w pewnym momencie stycznia z 12 punktami przewagi. Newcastle również zremisowało i przegrało po trzy mecze w sezonie 95/96, straciło o wiele więcej goli niż Liverpool (oczywiście), ale także, zaskakująco, strzeliło sporo mniej bramek. Nie można wykluczyć, że Liverpool powtórzy "wyczyn" Newcastle, nic nie jest jeszcze zagwarantowane, ale The Reds są o wiele lepiej zbalansowana ekipą.

Sezon po wpadce Newcastle Liverpool miał pięć punktów przewagi po 21 kolejkach, mając rozegrany o jeden mecz więcej od Man United. Podobnie jak Newcastle, The Reds mieli na tym etapie parę wpadek, a konkretnie sześć remisów i trzy porażki (strzelając o wiele mniej niż obecny Liverpool i tracąc 19 goli). Ich dyspozycja już wtedy była zachwiana i o wiele więcej wskazywało na stratę prowadzenia niż jeden przegrany mecz.

Do 26 kolejki liderem był już Manchester United, mieli minimalną przewagę po 33 meczach gdy Liverpool rozegrał już 34. W kwietniu United odnieśli zwycięstwo na Anfield i było po wszystkim. Liverpool potem jeszcze poderwał się do walki, ale kolejna porażka pozbawiła ich pola manewru. Dla kontrastu, City nie będzie miało już w tym sezonie kolejnego meczu "o sześć punktów" z Liverpoolem. To kluczowa różnica.

Liverpool był liderem po 21 meczach także w sezonie 2008/2009, ale miał tylko dwa punkty przewagi nad Manchesterem United, który zagrał 20 spotkań.

Generalnie, analizując poprzednie sezony, od 2002/2003 roku - w przypadku Man United - nie znalazłem mistrza, który miał stratę kilku punktów po 21 meczach. Mieli wtedy pięć oczek mniej od Arsenalu (na trzecim miejscu za Chelsea jedynie przez różnicę goli), w sezonie, w którym wszystkie czołowe ekipy traciły mnóstwo punktów.

Od tamtej pory każdy mistrz albo miał przewagę (od jednego punktu do ponad dziesięciu), lub w najgorszym przypadku tracił dwa punkty do lidera. City traci cztery.

Biorąc poprawkę na zaległe mecze, tylko trzy razy w ostatnich 16 sezonach mistrz Anglii miał na tej etapie stratę do lidera - dwukrotnie jednego punktu i raz dwóch.

Man City to nie jest zwyczajna drużyna, musimy o tym pamiętać. W zeszłym sezonie zdobyli 100 punktów. Mogą być wyjątkiem od reguły, ale odrobienie czterech punktów na tym etapie to nie jest łatwe zadanie. Liverpool może przegrać jeszcze jeden mecz i wciąż mieć mały zapas.

W sezonie 2002/2003 United wygrało ligę z 5-punktową stratą po 21 meczach, ale drużyny z czołowej trójki wygrały zaledwie około połowy swoich spotkań. Czerwone Diabły przegrały pięć, a ówczesny lider - Arsenal - cztery. Dla porównania Liverpool wygrał 81% swoich meczów w tym sezonie, a przegrał jeden.

W takiej sytuacji mój płatny artykuł "Siedem aspektów, w których Liverpool jest mocniejszy do Manchesteru City" napisany przed meczem wciąż jest aktualny. Na tej samej zasadzie nie zmieniły się rzeczy, w których przewagę ma City, wśród których zapewne jest głębszy portfel na ewentualne wzmocnienia w tym miesiącu, o ile uznają takowe za potrzebne.

Moja lista nigdy nie miała być zbyt obszerna, ale wziąłem pod uwagę też komentarze niektórych subskrybentów. Poprzedni artykuł był o wiele bardziej analityczny, natomiast ten jest szybkim streszczeniem powodów, dla których wciąż mamy szansę.

Z odrobiną dodatkowego kontekstu pora na kilka sformułowań dostępnych dla każdego w krótszym, darmowym artykule. Wiele sugeruje, że Liverpool może nie być już zdecydowanym faworytem, ale wciąż mogą zostać mistrzami.

- Liverpool rozegrał siedem z dziesięciu spotkań z drużynami z Wielkiej Szóstki. To więcej niż ktokolwiek inny - City ma za sobą sześć a Spurs zaledwie pięć.

- Dwa z trzech pozostałych spotkań Liverpool rozegra u siebie.

- Anfield znów jest fortecą. W 2018 roku tylko Arsenal prowadził na boisku The Reds w meczu ligowym. Liverpool nie przegrał u siebie od 30 spotkań, a w tym sezonie tylko trzy drużyny strzeliły tam po jednym golu. Trudy sezonu mogą powoli dawać się we znaki obronie Liverpoolu, ale przy uniknięciu kolejnych kontuzji (czterech piłkarzy nie grało w okresie świątecznym), nie powinno być tragedii. (Oczywiście z racji o wiele mniejszych zasobów od City, Liverpoolowi ciężej zastąpić kluczowych zawodników.)

- Fani Liverpoolu wspierają drużynę, a Anfield jest równie imponujące co w meczach w pucharach europejskich. To bardzo dobra rzecz, ale musimy jeszcze zobaczyć jak kibice zareagują na wpadki. Na ten moment było obiecująco, po stracie gola z Arsenalem zareagowali świetnie. Musi być jednak równie dobrze od samego początku nawet z gorszymi rywalami, dla pewności. Anfield to stadion skrajności. Gdy jest źle, jest bardzo źle, ale gdy jest z drużyną, jest wspaniale.

- Gracze Liverpoolu unikają kontuzji mięśniowych - czy "specjalnie" (np. światowej klasy sztab medyczny), czy dzięki szczęściu? A może wszystkiego po trochę? (Nie jestem przekonany żeby można było w pełni zabezpieczyć się przed urazami mięśniowymi, ale ogólnie można wiele zrobić by im przeciwdziałać.) W każdym wypadku wygląda na to, że w każdym kolejnym sezonie pod wodzą Jürgena Kloppa kondycja zespołu jest lepsza. Być może to przypadek, ale może sztab medyczny w Liverpoolu jest w końcu na odpowiednim poziomie. Ciekawostką może być, że stało się tak pod okiem byłego pracownika Bayernu Monachium, Andreasa Kornmayera, który pracował z Guardiolą (ale Klopp był już pod wrażeniem jego osiągnięć gdy niemiecki gigant zdobywał potrójną koronę pod wodzą Juppa Heynckesa w 2013 roku).

- Klopp zdobył dwa tytuły z rzędu z Borussią Dortmund przy skromnym budżecie. Co więcej, w sezonie 2011/2012 zdobyli rekordową ilość punktów. (Guardiola później poprawił ten wynik ze swoim "mega składem" w Bayernie.) To nie była kwestia przypadkowych zwycięstw, jak to sugerował zeszłego lata Jose Mourinho, ale kwestia dominacji w Bundeslidze. Man City ma w swojej kadrze jeszcze więcej doświadczenia pod tym względem, ale fakt, że Klopp (w przeciwieństwie do niektórych poprzedników) wie jak utrzymać przewagę w lidze z pewnością nie jest złą rzeczą.

- W podobny sposób dobrym doświadczeniem jest dotarcie do finału Ligi Mistrzów w zeszłym sezonie. The Reds wiedzą jak walczyć o zadowalające wyniki pod presją. Zauważyłem że przed triumfem Leicester, każdy nowy mistrz w erze Premier League albo był drugi w poprzednim sezonie, albo trzeci jedynie na podstawie różnicy bramek - zawsze był to swego rodzaju fundament pod przyszły tytuł. Było tak w przypadku Man United, Blackburn, Arsenalu, Chelsea i Man City. Leicester stało się wyjątkiem od reguły, wraz ze wszelkimi innymi precedensami przy okazji ich mistrzostwa. Liverpool nie ma takiego doświadczenia z zeszłego sezonu, ale byli w finale Ligi Mistrzów i przegrali w irytujący sposób, co paradoksalnie może być motywujące. (Porażki bolą, ale można czerpać z nich motywację. I liczyć, że Mo Salah nie będzie brał udziału w walce MMA po raz kolejny.)

- Liverpool nie ma w drużynie zawodników, którym na barkach ciążą wydarzenia z sezonu 2013/2014. Steven Gerrard był wtedy kapitanem drużyny walczącej o mistrzostwo i pomimo że jego poślizgnięcie jest rozpatrywane jako powód straty tytułu, to jego osiem strzałów z dystansu w drugiej połowie było większym problemem. Nie sądzę by ktokolwiek z obecnej drużyny był obarczony podobną, niewyobrażalną presją. W przypadku Gerrarda, jego wiek tylko wszystko pogorszył. W wieku 34 lat walczył o wszystko lub nic. Obecna drużyna ma czas po swojej stronie. Ściśle mówiąc, jest o wiele młodsza niż drużyna City. To nie jest ostatnia szansa tej ekipy.

- Większość piłkarzy City wyleczyło już kontuzje, ale Liverpool wciąż czeka na powrót kilku w styczniu. Joe Gomez i Joël Matip wrócą po złamaniach, a szybkość i wzrost Gomeza będą ważne nie tylko na pozycji stopera, ale być może także dadzą alternatywę na boku obrony. (Aczkolwiek Lovren wrócił do swojej niestabilnej dyspozycji w meczy z City - często był dwa metry za linią obrony.)

W przypadku zmęczenia Andy'ego Robertsona i konieczności bronienia przewagi, Gomez na lewej obronie nie będzie złym pomysłem - to na tej pozycji zaczął karierę w Liverpoolu. Jego wzrost dałby również przewagę w powietrzu biorąc pod uwagę wzrost przeciętnego bocznego obrońcy.

- Alex Oxlade-Chamberlain powinien wrócić na przełomie marca i kwietnia, być może wcześniej jeśli wszystko pójdzie dobrze. Jest bardzo popularny, a jego powrót byłby korzystny dla morale w drużynie, być może gdy będzie to najbardziej potrzebne. Dodatkowo oferuje zastrzyk szybkości w pomocy, zakładając że szybko wróci do optymalnej dyspozycji.

- Naby Keïta pokazał już przebłyski swojego geniuszu, ale wraz z Danielem Sturridgem, wciąż może mieć ogromną rolę do odegrania w drugiej połowie sezonu, kiedy to odrobina świeżości może przechylić szalę na korzyść Liverpoolu. Keïta to skromny chłopak i zdaje się być lekko skrępowany, ale jeśli tylko poczuj się pewnie i zacznie atakować na miarę swoich możliwości, obrona rywali będzie drżała. (Na ten moment pomyślcie tylko o potencjalnej energii, która czeka na wyzwolenie.) Nawet Xherdan Shaqiri nie grał za dużo w piłkę i powinien być w dobrej kondycji na kolejne etapy sezonu. (Oczywiście podobnie będzie z Kevinem de Bruyne, aczkolwiek on ma za sobą już trzy kontuzje w tym sezonie, co może zwiastować poważniejsze problemy.)

- Liverpool ma tendencję do rewanżowania się po porażkach pod wodzą Kloppa. Im lepsi stają się The Reds, tym lepiej to robią. "Wiatr w żaglach" jest głównie mitem, bycie dobrą drużyną jest o wiele ważniejsze. Porażki się zdarzają, od czasu do czasu można się potknąć, ale musisz szybko zareagować.

- Man City wydaje się być o wiele bardziej podatne na zmęczenie po Mistrzostwach Świata. Pisałem o tym dogłębnie w poprzednim artykule, ale w skrócie, w drużynie City jest o ponad dwa razy więcej zawodników (i to dwucyfrowa liczba!), którzy dotarli do późnych etapów Mistrzostw Świata - w dodatku po ich wyczynach w sezonie 2017/2018. Część z tych zawodników ma już ponad 30 lat. W rzeczy samej, gdy Vincent Kompany będzie dowodził drużyną (a jego doświadczenie może być przydatne), trzon drużyny będzie bardzo stary.

- Obronienie tytułu jest o wiele cięższe niż zdobycie go po raz pierwszy, przynajmniej tak się wydaje. Wygranie go nie jest jednak łatwe i wiele drużyn nie potrafi osiągnąć nawet tego. Za czasów Barcelony, drużyna Guardioli - prawdopodobnie najlepsza w historii - traciła po kilka punktów co sezon. W Bayernie wyniki drastycznie się pogorszyły po pierwszym tytule, pomimo obronienia tytułu zdobyli 11 punktów mniej. Ciężko grać na tak intensywnym poziomie sezon po sezonie.

- Man City prawdopodobnie zajdzie dalej w Lidze Mistrzów i może ona być ich priorytetem. Z pewnością mieli łatwiejsze losowanie i prawdopodobnie mają przed sobą trzy dodatkowe mecze w Pucharze Ligi (a w finale zagrają z dobrym rywalem, co dodatkowo spowoduje przełożenie meczów ligowych). W dodatku nie wiadomo w jakiej dyspozycji będą wszyscy piłkarzy z fazy pucharowej Mistrzostw Świata w okolicach marca i kwietnia.

Cztery punkty to nie jest jeszcze komfortowa przewaga, ale to wciąż pozycja, w której chcielibyśmy być praktycznie na każdym etapie tego sezonu, zwłaszcza gdy City zaczęło sezon w stylu, który zapowiadał jeszcze lepszą dyspozycję niż w poprzednich rozgrywkach. Cztery punkty były także zbyt dużą stratą dla drużyn walczących o tytuł w 80% sytuacji.

Liverpool miał szczęście w Lidze Mistrzów na Etihad w zeszłym sezonie, w lidze tego szczęścia im zabrakło. (Śmieszne jest też oglądanie czerwonej kartki dla Sadio Mané na podobnym etapie meczu, ale ważący ponad 90 kg zawodnik może wykonać wślizg z uniesionymi obiema nogami i pozostać na boisku.)

Również w tym przypadku brakło szczęścia - piłka była w 99% za linią, przy naszym strzale odbiła się od słupka i wyszła z boiska, w ich przypadku wpadła do bramki. "Wygraliśmy" w xG (expected goals, metryka szacująca ile goli statystycznie powinna zdobyć drużyna - przyp. tłum.) ale przegrywając przez losowość... aczkolwiek błąd Taylora przy kartce dla Kompany'ego nie może być przypisany do braku szczęścia.

Liverpool musi wykorzystać sportową złość po tym meczu.

Paul Tomkins

Autor: TPK Dodano: 05.01.2019

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON