Z wierzących w osiągających

W bardzo krótkim czasie wszystko stało się bardzo jasne. Zdolność do zachowania spokoju i opanowania, gdy nadejdą cięższe momenty. Wiedza o tym, jak przyspieszyć i kiedy spowolnić. Talent do wykorzystania okazji, kiedy się nadarzy. To pozwoliło Jordanowi Hendersonowi wznieść kolejne trofeum.

W czerwcu w Madrycie była to Liga Mistrzów, ich pierwszy puchar od siedmiu lat. W sierpniu w Stambule był to Superpuchar Europy. Tym razem, w grudniu w Doha, był to puchar Klubowych Mistrzostw Świata. Triumf zdobyty dzięki grze w określonym, precyzyjnym stylu. Ten styl ostatecznie stał się wizytówką Liverpoolu za Jurgena Kloppa.

- Nasza mentalność się wyróżnia - powiedział Henderson po wyczerpującym zwycięstwie 1-0 w trakcie dogrywki finałowego starcia z Flamengo.

- Już dawno znaleźliśmy swój sposób.

Anglik się nie myli. W tym sezonie często mówi się, że Liverpool potrafi się zakopać i znaleźć sposób. W 18 meczach, które rozegrali od 5 października, drużyna Kloppa zdobyła wyrównujące bramki w 85 i 94 minucie, a zwycięskie w 75, 85, 91, 94, 95 minucie meczu, teraz w dogrywce z Flamengo w 99 minucie.

- Jeśli to zdarza się raz, dwa razy, to myślisz „Mieliśmy szczęście, mieliśmy szczęście". W ostatnich dwóch sezonach to zdarzało się wiele, wiele razy. Mają do tego wyjątkowy charakter - mówił przez zaciśnięte zęby Pep Guardiola.

Niezwykłe w Liverpoolu jest to, że mentalność, jest dokładnie tym, czego brakowało w klubie przez dekadę. To był typ drużyny, która zdobywała pochwały za swoją ofensywną grę przy Brendanie Rodgersie, a także Kloppie, ale nigdy nie wykazywali odporności wymaganej do wygrania największych nagród. To była krucha drużyna, ze style, ale bez efektów.

Dwa lata temu, 22 grudnia 2017 r., Liverpool zmierzył się z Arsenalem na stadionie Emirates. Był to pulsujący, zapierający dech w piersiach mecz w piątek wieczorem, w którym Liverpool prowadził 2-0, ale stracili trzy bramki w mgnieniu oka. Bramkę wyrównującą strzelił Roberto Firmino, a mecz zakończył się remisem, ale był to chaos, płynne ataki zostały zaprzepaszczone przez stracone trzy bramki w ciągu czterech minut i 45 sekund po rozpoczęciu drugiej połowy.

- Nie było zbyt fajnie - powiedział później Klopp.

- Było pięć minut, kiedy mieliśmy… oczywiste problemy. Tak to jest… To były indywidualne problemy, a nie drużyny. Pierwszy gol: dlatego należy unikać dośrodkowań, ponieważ gdy piłka jest w polu, szanse wynoszą 50-50. Błędnie to oceniliśmy. Błędnie oceniliśmy sytuację przy drugim golu. Trzecia bramka, błędna ocena, zbyt głęboka obrona, zbyt łatwo stracona bramka. Dobrze jest się uczyć, ale musimy reagować inaczej.

- W takiej sytuacji musimy zakończyć mecz - powiedział po tamtym spotkaniu wice-kapitan i najbardziej utalentowany gracz, James Milner, marszcząc brwi.

- Musimy stać się nudniejsi - okopać się i nie popełniać błędów. Wszystkie bramki są naprawdę naszą winą. Musimy się z tego uczyć. I musimy to zrobić szybko, ponieważ wydaje nam się, że w tym roku jest dla nas szansa.

Milner się nie mylił. To był ich 28 mecz we wszystkich rozgrywkach tego sezonu i już po raz dziewiąty stracili dwa lub więcej goli. Oprócz dwóch ciężkich porażek (5-0 z Manchesterem City i 4-1 z Tottenhamem) zremisowali 3-3 z Watfordem, chociaż prowadzili 3-2, zremisowali 2:2 u siebie z Sevillą, chociaż prowadzili 2:1, udało im się wygrać w nerwowym stylu 3:2 z Leicester, chociaż prowadzili 2:0, zremisowali 3:3 z Sevillą, mimo że prowadzili 3:0, a teraz zremisowali 3:3 w Arsenalu, mimo że prowadzili 2:0.

To było szaleństwo. Wyglądali pięknie po przekroczeniu linii środkowej, grając z Philippe Coutinho. To była jednak drużyna jak jeden z samochodów, gdzie stylowy przód niszczy wadliwy tył. Niezależnie od tego, kto tworzył duet defensorów, czy był to Joe Gomez, Joel Matip, Dejan Lovren lub Ragnar Klavan na środku obrony, niezależnie od tego, czy na bramce był Simon Mignolet lub Loris Karius, zespół wyglądał krucho, nawet gdy dominowali w meczach. Nie była to tylko indywidualna kruchość. Lęk rozprzestrzeniał się w zespole.

Spójrzcie na to teraz. Wszystko jest odwrotnie. Nawet gdy starają się znaleźć swój rytm, tak jak to było w przypadku większości pierwszej połowy przeciwko Flamengo, panuje poczucie kontroli. Nawet gdy mecz nie idzie tak jak planowali, to odczuwa się pewność, a nie panikę z dawnych lat. W dogrywce przeciwko Flamengo, gdy Milner dołączył do Hendersona w środku pola, chodziło o dojrzałość i kontrolę. Na samym końcu brazylijska drużyna miała szansę, ale poza tym był to popis „zarządzania grą”.

Nadal błyszczą w swojej grze. Tylko w ciągu ostatnich kilku tygodni imponowali pomysłami, aby "napocząć" Everton, Bournemouth, RB Salzburg i Watford. Kolejny moment nadszedł w 99 minucie w Doha, kiedy podanie Hendersona podzieliło obronę Flamengo, uwalniając Sadio Mane, który z kolei dobrym podaniem dał Firmino szansę na trafienie.

Jednak pod względem estetycznym nie jest tak, jak dwa lata temu.
- Wy (media) lubicie mówić, że są cudem świata w ofensywnym futbolu - ironizował wtedy Jose Mourinho.

W tym czasie, gdy tak wiele futbolu płynęło przez Coutinho, ich gra - pod względem kontrolowania piłki podczas ataku - cieszyła się większym uznaniem, ale zawsze towarzyszyła im niestabilność w innych częściach zespołu.

Taktycznie zaktualizowany model gry bez Coutinho jest zupełnie inny. Gracze Kloppa nie naciskają już swojego przeciwnika tak dziko i energicznie, jak to robili przez pierwsze kilka lat. Klopp twierdzi, że ta zmiana była w dużej mierze wymuszona na nich, co było reakcją na zmianę w podejściu rywali do gry przeciwko nim.

- Wciąż będziemy grać z kontry, ale bardzo często nie jest to możliwe - powiedział 12 miesięcy temu Niemiec.

- Oznacza to, że teraz musimy przejmować kontrolę nad większą liczbą meczów. Musimy utrzymywać piłkę, szczególnie przeciwko drużynom kontratakującym.

Zmiana nacisku została wyjaśniona przez Milnera w wywiadzie dla The Athletic na początku tego sezonu.

- Myślę, że to doświadczenie, wspólna gra, wiara i sposób, w jaki ewoluował zespół - powiedział.

- Byliśmy czasami bardzo bojowi i zdawało się, że mamy sposób na mecze, w których możemy wygrać z każdym. Może nie wiedzieliśmy, kiedy to zatrzymać, kiedy przestać wysyłać tak wielu graczy do przodu.

- Rozwinęliśmy się od tego czasu. Ludzie mogą spojrzeć na naszą grę sprzed dwóch lat i stwierdzić, że graliśmy częściej ekscytującą piłkę nożną, ale często w następnym meczu traciliśmy tempo i przegrywaliśmy lub remisowaliśmy. Teraz mamy wiedzę na temat tego, jak pracować, nawet jeśli mamy trudności. Może to zająć 95 minut, lecz znajdujemy sposób, aby to zrobić. Zespół ma się z tym bardzo dobrze. Gdy grasz 50–60 meczów w sezonie, nie będziesz grał najlepiej za każdym razem, więc musisz znaleźć sposoby na wygrywanie meczów, gdy nie gracz najlepiej.

Przeciwko Flamengo nie grali doskonale. Tak jak w meczu z RB Salzburgiem piłkarze the Reds często w pierwszej połowie biją głową w mur. W analogicznej sytuacji sprzed dwóch lat nie można sobie wyobrazić, że przetrwaliby taki okres bez szwanku. W dzisiejszych czasach, gdy Alisson dowodzi swoim polem karnym, a Virgil van Dijk kontroluje obronę, prawie oczekujemy, że będą silni, przetrwają burzę, zanim lejce przejmą pomocnicy, tak jak to zrobił Henderson w sobotę.

Wyglądają teraz jak zupełnie inna grupa graczy, na czele z Hendersonem. Oczywiście, niektóre transfery najwyższej klasy ogromnie pomogły - Alisson w bramce, Van Dijk na środku obrony, Fabinho w środkowej linii, mimo że przegapił turniej w Katarze z kontuzją więzadeł. Jednak nawet przy tak rozsądnych ruchach na rynku transferowym, bardzo rzadko zdarza się, aby zespół przechodził taką transformację.

To jak ważne było wzmocnienie kręgosłupa zespołu - w postaci Alissona, Van Dijka i Fabinho -ciężko ubrać w słowa, ale najbardziej uderzająca jest poprawa graczy, którzy znajdują się w ich otoczeniu. Przed przybyciem Van Dijka nigdy nie wydawało się ważne jaką kombinację na środku obrony zobaczymy - czy będzie to Gomez, Matip lub Lovrena - przeciwnicy zawsze będą nastawieni na wykorzystanie błędów. Teraz nie ma znaczenia, który z nich gra obok Van Dijka. Matip i Lovren wnieśli ogromny wkład w grę w ciągu ostatnich 12 miesięcy, a Gomez, po trudnym roku, znakomicie spisał się przeciwko Flamengo.

Trent Alexander-Arnold i Andy Robertson wyglądali na surowych i niezdecydowanych dwa lata temu, jakby koszulka Liverpoolu ciężko leżała na ich barkach. Spójrzcie na nich teraz: asertywni, zdolni do asekurowania się nawzajem, nie mają problemów z piłką przy stopie. Dwa lata temu opcje w pomocy Liverpoolu wydawały się w dużej mierze bardzo ograniczone. Obecnie Klopp może wybrać dowolną trójkę z pomocników, tj.: Fabinho, Hendersona, Milnera, Georginio Wijnalduma, Naby'ego Keity i Aleksa Oxlade-Chamberlaina i oczekiwać kontroli i dojrzałości. Jeśli chodzi o linię ofensywy, to trudno jest dodać znacznie więcej do tego, co już mamy, czyli tria w postaci Mo Salaha, Firmino i Mane.

Po przybyciu na Anfield w październiku 2015 r. Klopp powiedział, że jego pierwszym wyzwaniem było przekształcenie Liverpoolu - zawodników, kibiców i całego klubu - „z wątpiących w wierzących”. Sprawił, że od razu uwierzyli, zachwyceni jego energią i futbolem prowadzonym w wysokim tempie. Postępy w ciągu pierwszych dwóch lat były wyraźne. Trudne było przekształcenie ich z wierzących w osiągających. Porażki w finałach Ligi Europy i Pucharu Ligi (pierwszy sezon), półfinale Pucharu Ligi (drugi sezon) i finału Ligi Mistrzów (trzeci sezon) były dalekie od potępienia, ale wszystkie zdawały się podkreślać pewną ułomność w ich szeregach.

Od początku ubiegłego sezonu rozegrali 55 meczów w Premier League: 46 zwycięstw, osiem remisów i jedną porażkę w tym gigantycznym pojedynku z City na Etihad 3 stycznia. Jest to forma mistrzowska, trwająca prawie przez półtora sezonu. To, że nie zdobyli tytułu w tym okresie, zależało tylko od jeszcze bardziej wyjątkowej gry City w zeszłym sezonie.

Fakt, że Liverpool robi to wszystko w niekonwencjonalny sposób - wygrali Ligę Mistrzów, wygrali Klubowe Mistrzostwa Świata, ale wciąż starają się zostać mistrzami Anglii - bez wątpienia przyciągną sarkastyczne komentarze rywali, ale te komentarze się skończą. Jeśli była to niespójna drużyna, która wygrała Ligę Mistrzów z niczego (np. tak jak Liverpool w 2005 r. lub Chelsea w 2012 r.) i dodała tego Superpuchar i i triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata podczas gdy potyka się na froncie krajowym, to ewidentnie ma problemy. Liverpool zrobił to wszystko, a także awansował do kolejnego finału Ligi Mistrzów w 2018 roku, konsekwentnie biorąc udział w ekscytującym wyścigu w Premier League. Z ostatnich 165 dostępnych punktów zebrali 146. Dla zespołu, który wcześniej był słusznie dyskredytowany za swoją niestabilność, jest to naprawdę niezwykłe.

Najlepsi na świecie? Cóż, pokonanie Monterrey i Flamengo w ciągu czterech dni w Katarze, w ramach turnieju niezręcznie wkomponowanego w pracowity okres europejskiego futbolu, nie wydaje się być niepodważalnym dowodem, ale kto jeszcze ma na swoim koncie mocniejsze osiągnięcia z 2019 roku? Z pewnością żadna drużyna w Europie nie dorówna spójności Liverpoolu w dużych meczach Ligi Mistrzów z ostatnich kilku sezonów. Niewielu stwierdziłoby, że lepiej pokazywała się Barcelona, Real Madryt, Bayern Monachium, Juventus lub Paris Saint-Germain.

W ciągu ostatnich kilku lat najbardziej przekonującą odpowiedzią byłby Manchester City, nawet jeśli szczęście i opanowanie opuszczały ich w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Sam Klopp kilkakrotnie podkreślał, że drużyna City jest najmocniejsza, te słowa brzmiały szczerze, biorąc pod uwagę ich futbol, jaki prezentowali i wyniki, jakie wtedy uzyskiwali. Oszałamiający występ przeciwko Leicester w sobotni wieczór był mało potrzebnym przypomnieniem ich zdolności. Mało drużyn potrafi tak grać, jeśli takie w ogóle są, wszystko sprowadza się do konsekwencji. To właśnie w tym Liverpool jest lepszy od the Citizens w trwającym sezonie, nawet jeśli drużyna Guardioli nie powinna i nie może być skreślona z wyścigu o tytuł Premier League.

Następne sześć meczów Liverpoolu w Premier League odbędzie się przeciwko Leicester, Wolves (dwa razy), Sheffield United, Tottenhamowi i Manchesterowi United. Dodatkowo w trzeciej rundzie Pucharu Anglii trafili na Everton, co może być dla nich najtrudniejszym momentem sezonu.

Mimo wszystko, Klopp powiedział , że zwycięstwo w Klubowych Mistrzostwach Świata, po raz pierwszy w historii Liverpoolu, miało wrażenie „lądowania na Księżycu”, ale nie mają czasu na spoczęcie na laurach lub zastanowienie się nad rozmiarem swojego osiągnięcia. Dla Liverpoolu ostatecznym „lądowaniem na Księżycu” będzie mistrzostwo Anglii po raz pierwszy od 1990 roku. Dzięki tym triumfom będą bardziej pewni siebie niż kiedykolwiek, ale nawet z tą wiedzą w nadchodzących tygodniach i miesiącach czekają ich surowe testy na odporność i wytrzymałość, które stały się ich niepodważalnymi cechami charakterystycznymi.


Oliver Kay

Autor: BartekB8 Dodano: 23.12.2019

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON