Senior z apetytem na życie

SMS potwierdzający godzinę i miejsce naszego porannego wywiadu - kawiarni w południowym Liverpoolu - przyszedł o 6:41 rano. Sammy Lee może i ma 61 lat, ale trener z tak ogromnym doświadczeniem wciąż nie chce zwolnić tempa.

- Zawsze jestem rannym ptaszkiem – mówi w rozmowie z The Athletic – odbieram kolegę o 7:10 rano, a potem codziennie o 7:30 jesteśmy na siłowni w mieście. Nie po to, żebyś mnie podziwiał… To jest bardziej po to! – kontynuuje, wskazując na swoją głowę.

- Idziemy na filiżankę herbaty i pogaduchy, a potem w ciągu dnia robię rundkę na rowerze. Muszę jakoś wypełnić swój czas - mówi Sammy Lee.

Minęły prawie dwa lata od ostatniej sesji treningowej Lee. Jego krótki staż jako asystenta Sama Allardyce'a w Evertonie skończył się wraz ze zwolnieniem w maju 2018 roku. Od tego czasu nie wrócił do klubowej piłki nożnej.

Były pomocnik Liverpoolu, który dwukrotnie podnosił Puchar Europy i rozegrał 14 spotkań dla Synów Albionu pracuje na pół etatu dla League Managers’ Association (LMA) jako mentor, ale nie nie jest w stanie nawet zbliżyć się do wypełnienia pustki, która jest obecna w jego życiu.

- Tęsknię za tym, tęsknię ogromnie, każdego dnia, bez wątpienia – mówi Sammy Lee – jego głos przepełniony jest emocjami, siedząc w dresiku nad kawą.

- Bez cienia wątpliwości jest tam wyrwa – kontynuuje Lee – kiedy rozmawiasz z kimkolwiek w podobnej sytuacji… to trochę pobieżne określenie, ale… to jest jak narkotyk, który masz na co dzień… za którym wciąż tęsknisz.

- Ci wszyscy ludzie, składy, zawodnicy, przebywanie w okolicy boiska, na treningach – brak mi tego wszystkiego i to naprawdę trudne do wytrzymania - mówi z żalem Lee.

- Nie zamierzam kłamać, to był dla mnie trudny okres – to najdłuższy okres, w jakim znajdowałem się poza grą. Ludzie mówią, że to jest praca, ale dla mnie to nigdy, przenigdy nie była praca. Oczywiście, dostajesz za to pieniądze i oczywiście ja sam mam rachunki do zapłacenia, ale to nigdy nie było dla mnie siłą napędową. Bycie trenerem to moja pasja, to moje życie.

- Mam 61 lat, ale nie czuję się na ten wiek. Współpraca z młodymi zawodnikami przez całą karierę trenerską sprawia, że sam czujesz się młody, a przez to myślisz innowacyjnie, myślisz przyszłościowo - podkreśla były zawodnik Liverpoolu.

Co ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że Lee szczyci się prawie trzydziestoletnim doświadczeniem w trenerskiej elicie, obok podobnych mu Gerarda Houlliera, Rafaela Beniteza i Svena-Gorana Erikssona, Lee od czasu opuszczenia Evertonu nie otrzymał ani jednej oferty do prowadzenia zespołu.

- Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Może za mało się angażuję – mówi.

Sugeruję, że jest postrzegany jako część Sama Allardyce’a, który pracował z nim podczas bycia zatrudnionym w Bolton Wanderers, Crystal Palace i reprezentacji Anglii, przed momentem wyjazdu na Goodison. Pytam, czy nie siedzi zwarty i gotowy, aż Allardyce nieuchronnie skończy swój urlop i odpowie na wezwanie S.O.S.? Para pozostaje blisko i wciąż regularnie ze sobą rozmawia.

- Bez wątpienia ludzie myślą o „Wielkim Samie” i „Małym Samie” razem. A ja nie mam problemu z byciem związanym z Samem, będąc daleko od niego, bo go po prostu uwielbiam – mówi.

- Nasze partnerstwo zawsze było bardzo dobre i bardzo udane. Ale problem polega na tym, że jeśli z jakiegoś powodu Sam zdecyduje się nie podejmować kolejnej pracy, to gdzie mnie to zaprowadzi?

- Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, ale staram się nie poruszać z nim takiego tematu, gdy rozmawiamy. Nie sądzę, że byłoby dobrze, gdybym powiedział mu: "Więc… co robisz?” Niektórzy mogą myśleć, że powinienem, ale ja nigdy tego nie robiłem – kontynuuje.

- Jeśli poczuje, że to właściwym moment – jestem pewny, że da mi znać. Ale nie mam złudzeń, że może chcieć iść w innym kierunku. Nie ma gwarancji, że znów będzie chciał mnie obsadzić jako swojego asystenta i w pełni to zrozumiem. Nie jestem zbyt pewien, jakie są plany Sama na przyszłość.

- Mógłbym pracować wszędzie. Idea pracy za granicą nigdy nie była dla mnie czymś peszącym. Wyjechałem za granicę jako zawodnik i podobało mi się to. Tak naprawdę, trenowanie za granicą naprawdę by mi się podobało nawet dziś, ale znowu chodzi o to, żeby dostać szansę – mówi Lee.

Lee przekazuje swoją wiedzę menedżerom niższych lig poprzez program mentorski LMA.

- Wayne Alisson (dyrektor techniczny LMA) przewodzi temu programowi i idzie mu naprawdę dobrze – dodaje Lee – pierwszym wyzwaniem jest zawsze zacząć, bo robisz to po prostu z niższego poziomu. Ale kiedy już zaczniesz, porozmawiasz z nimi i wytłumaczysz im, że jesteś tu po to, by pomóc, to łatwiej nam zacząć cały proces.

- Przydzielono mnie bardziej do zagranicznych chłopców, bo mówię po hiszpańsku. Wolę działać w trochę mniej biurowych warunkach - zabrać ich stamtąd, żeby byli trochę bardziej zrelaksowani i nie byli wiecznie na telefonie – wtedy się otwierają.

- Chodzi o to, żeby dowiedzieć się, jakie są ich plany, jakie mają problemy, jak widzą przyszłość i jakie są ich sugestie. W zasadzie chodzi o to, aby spróbować skierować ich we właściwym kierunku. To bardzo satysfakcjonujące - podkreśla Lee.

- Pracowałem z facetem o imieniu Gabriele Cioffi, który był w Crawley, a ostatnio przebywałem z głównym trenerem Tottenham Ladies – Juanem Amorosem. Wcześniej pracowałem z Aitorem Karanką (byłym kierownikiem Middlesbrough i Nottingham Forest). Do tego Kevin Nolan (jeden z trenerów pierwszej drużyny w West Ham United) chce się zaangażować i wkrótce z nim porozmawiam – mówi Lee.

- W każdym innym biznesie, posiadanie mentora jest postrzegane jako część tego, co robisz. Ale z niewiadomego powodu w futbolu istnieje przekonanie, że posiadanie mentora jest w jakiś sposób oznaką słabości. Musimy zmienić tę kulturę. Do właścicieli i przewodniczących należy postrzeganie jej jako części codziennej struktury wsparcia – kontynuuje.

Spotykamy się o poranku, chwilę po tym, kiedy Liverpool przegrał mecz Ligi Mistrzów z Atletico Madryt. Lee obserwował z foteli na Anfield, wraz z przyjaciółmi, jak strona niemieckiego szkoleniowca powoli dogorywa.

Sammy Lee to kibic Liverpoolu od dziecka, który w ciągu swojej kariery piłkarskiej rozegrał 295 występów dla klubu z czerwonej części miasta The Beatles – powrócił do działań dopiero w ostatnich miesiącach. Celowo trzymał się z dala od klubu przez 18 miesięcy po opuszczeniu Evertonu, zdając sobie sprawę, że praca dla sąsiadów Liverpoolu i jednocześnie lokalnych rywali rozgniewała niektórych kibiców po obu stronach Stanley Park.

- Naprawdę martwiłem się o powrót na Anfield – przyznaje Lee – czułem, że muszę przejść pewien okres żałoby. Nie chciałem zostawiać Evertonu, a potem po prostu wrócić prosto do oglądania Liverpoolu. Myślę, że to byłoby trochę szalone - mówi Lee.

- Martwiłem się. Rozumiałem, że ludzie nie są szczęśliwi i nie rozumieją, dlaczego poszedłem do Evertonu. Mogłem też zrozumieć wielu kibiców The Toffees, którzy nie byli szczęśliwi, że przebywam w ich klubie.

- Zajęło mi to sporo czasu, żeby się odbudować. Pod koniec grudnia wróciłem na Anfield na mecz z Wilkami i od tamtej pory byłem tam sześć razy. Jestem wdzięczny moim przyjaciołom, Colinowi i Jimowi, że zaprosili mnie do siebie i ponownie wprowadzili - wspomina Lee.

- Martwiłem się o to, że nie będę się dobrze trzymać. Nawet gdyby to była tylko jedna osoba, który by coś powiedziała, to by bolało, ale ludzie byli dla mnie wspaniali, a to wiele znaczy.

Lee dorastał w pełni zanurzony w intensywnej rywalizacji Merseyside i sam grał w meczu derbowym 13 razy. Biorąc pod uwagę jego korzenie, czy nie musiał się dwa razy zastanowić nad wyjazdem do Evertonu?

- Nie jestem głupi, pochodzę z tego miasta, wiedziałem, co to będzie oznaczało, nie tylko dla mnie, ale także dla mojej rodziny i przyjaciół oraz kibiców po obu stronach – mówi Lee.

- Rozumiem, że ludzie mówią: „Dlaczego miałbyś to robić?!” Poszedłem tam mając oczy szeroko otwarte i wiedziałem, jakie problemy mogą się z tym wiązać - podkreśla Lee.

- Każdy wie, że jestem zwolennikiem Liverpoolu i nigdy bym temu nie zaprzeczył - zawsze byłem, zawsze będę. Ale chciałem pokazać ludziom, że bez względu na to, jakie kolory będę przywdziewać, zawsze będę wykonywać swoją pracę najlepiej jak potrafię. Tak było wszędzie, gdzie byłem obecny.

- Pamiętam pewien mecz, kiedy byłem asystentem w Southampton. Przegrywaliśmy 2-0 i wróciliśmy, by pokonać Liverpool 3-2. Nie miałem zamiaru nie podejmować żadnej akcji. Pokazałem swoją pasję, bo dostaliśmy taki wynik, jaki chcieliśmy.

- W Evertonie chciałem tylko, żeby ludzie oceniali mnie za to, co zrobiłem, a nie za to, co było kiedyś. Nie żałuję, że tam poszedłem. To był bardzo szczęśliwy okres i jestem z niego bardzo dumny – mówi Lee.

Mając tylko 162 cm wzrostu, Lee nie miał predyspozycji do tego, by jako zawodnik grać na najwyższym poziomie - ale brak wzrostu nadrobił talentem, zaangażowaniem i palącym pragnieniem zwycięstw.

- Zawsze marzyłem o tym, żeby założyć tę koszulkę - mówi.

- Mój tata po raz pierwszy zabrał mnie na Anfield, gdy miałem około sześciu lat. To była ta wspaniała drużyna Shankly'ego z połowy lat 60-tych. Ian Callaghan był moim idolem - zawsze był, zawsze będzie. Zawsze mówią, że nigdy nie powinieneś spotykać swoich bohaterów, ale to nie dotyczy mnie. On jest zdecydowanie typem dżentelmena.

- Jak się zestarzałem, mogłem przejść z Main Stand na the Kop. Potem stałem się praktykantem zaraz po tym, jak Shankly odszedł w 1974 roku – mówi Lee.

Menedżer Bob Paisley, który dał mu swój debiut przeciwko Leicester City w 1978 roku, zauważył kiedyś: "Gdyby włożyli serce Lee do Big Bena, nigdy nie musieliby przeprowadzać żadnych zabiegów konserwacyjnych. Mógłby działać, działać i działać”.

- Paisley był fantastyczny – mówi Lee - Zawsze są o nim burzliwe dyskusje i ludzie mówią, że nie był taki, nie był siaki, nie był elokwentny itd. Wszystko, co ci na ten temat powiem, to będzie dokładnie to samo, co zawsze. Kiedy sam wychodziłem na boisko i kiedy moi koledzy z zespołu wychodzili na boisko, dokładnie wiedzieliśmy, jaka jest nasza rola i obowiązki. On był wspaniałym trenerem. Trenował na różne sposoby. Paisley był wszystkim.

To była epoka dominacji Liverpoolu. Lee zdobywał cztery tytuły ligowe, cztery Puchary Ligi i dwa Puchary Europy. Splendor nadal był obecny, kiedy Joe Fagan, a potem Kenny Dalglish poszedł w ślady Paisley'a.

- Było to środowisko, w którym każdy znał swoje miejsce; był głód, by nadal wygrywać – mówi Lee. Personel na zapleczu zawsze trzymał nas w ryzach. Nie było mowy, żeby pojawiło się samozadowolenie. Nie stało się to tak po prostu, pracowaliśmy nad tym.

- Najtrudniej jest utrzymać sukces, ale mieliśmy koleżeństwo, ducha i zbiorową mentalność. Mieliśmy też dobrych ludzi, którzy nas trenowali i prowadzili – było to niesamowite.

Lee niedawno ponownie zapoznał się z pamiątkami z czasów swojej gry. Przeszedł bardzo emocjonalny okres z jego 86-letnim tatą, który także nazywa się Sammy. Ojciec cierpi na problemy ze zdrowiem i wprowadza się powoli do domu opieki.

- Przechodziłem przez jego strych i zabierałem wszystkie moje rzeczy na dół - mówi Lee. Niestety moja mama zmarła kilka lat temu, ale dla mnie wszystko, co kiedykolwiek zrobiłem, było robione po prostu dla nich. Wychowali mnie i ukształtowali w taki sposób, bym był taki, jaki jestem teraz.

- Przez lata oddałem tacie wszystkie moje medale, wszystkie czapki i wszystkie koszulki. To było niesamowite przechodzić przez to wszystko ponownie. Życie toczy się tak szybko, że czasami zapomina się, co się robiło za dnia - podkreśla Lee.

- Ludzie pytają, co dla mnie znaczy najwięcej w życiu. Odpowiedzią są wspomnienia mojego debiutu przeciwko Leicester. Bez tego pierwszego meczu nie dostałbym drugiego, nie zagrałbym w finałach Pucharu Europy, dzięki temu mogłem zdobyć medale. Miałem wielkie szczęście, że należałem do jednej z najlepszych drużyn klubowych w historii.

Lee uważa, że obecna drużyna Kloppa zasługuje na wzmiankę w tym samym duchu - po wygraniu Ligi Mistrzów, przechodząc do bliskiego tytułu Premier League, zanim piłka nożna została zawieszona z powodu pandemii koronawirusa.

- Klopp wykonał wspaniałą pracę. Postawiłbym go na równi z najlepszymi, jest tam z Shankly'm i Paisleyem - mówi. Ma miasto, ma ludzi, ma klub piłkarski. Myślę, że stworzy dynastię na Anfield, dokładnie jak Shankly i Paisley.

- Jego drużyna cieszy się grą, a w tym sezonie wyznaczyli wysokie standardy. W meczu z Atletico była spora doza szczęścia. Zagrali świetnie i byli o wiele lepsi - mówi Lee.

- Jakim to zawodnikiem jest Trent Alexander-Arnold! To wspaniale widzieć tak utalentowanego dzieciaka. Nie chodzi tylko o to, że jest miejscowym, ale o jakość, którą wnosi i o to, kim jest. Każdy, z kim rozmawiasz, mówi, że jest fantastycznym facetem - wielkie wartości, wielki szacunek. Zasługuje na ten mural na ścianie przed Anfield. Wszyscy w tym mieście powinni być dumni z Trenta.

Po zakończeniu przygód z Queens Park Rangers, Osasuną w Hiszpanii, Southampton i Boltonem przed zawieszeniem butów, Lee poświęcił się trenowaniu, gdy w 1993 roku przyjął ofertę od Graeme’a Souness’a, by zostać szefem rezerwowej drużyny Liverpoolu. Szybko ugruntował swoją pozycję jako ceniony członek personelu zaplecza. Zatrzymany przez Roy’a Evans’a, został następnie awansowany przez Houlliera w 1998 roku na trenera pierwszej drużyny.

- Jako zawodnik zawsze myślisz, że to będzie trwało wiecznie - mówi Lee. Nic tak naprawdę nie zastępuje szumu gry, ale następną najlepszą rzeczą jest bycie trenerem. Graeme zachęcił mnie do zdobycia papierów trenerskich i to była jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłem.

- Lata 90. były okresem przejściowym dla klubu z wieloma wstrząsami, ale Gerard z pewnością miał pozytywny wpływ na klub i zdobył sporo trofeów. Powiedziałbym, że wprowadził go w czasy współczesne, z bardziej naukowym podejściem - większym naciskiem na odżywianie i fizjologię.

- Gerard Houllier miał fantastyczne powiedzenie: "Albo się przystosować, albo umrzeć. Jako trener musisz stale się rozwijać, uczyć, doskonalić i słuchać. Nie możesz stać spokojnie." - wspomina Lee.

Od 2001 roku Lee połączył swoją rolę w Liverpoolu z pracą jako trener dla Anglii podczas rządów Erikssona. W 2004 roku, po przejęciu władzy przez Beniteza na Anfield, został zatrudniony na pełny etat w ekipie narodowej.

- Znałem Petera Taylora jeszcze z czasów, gdy się kształciłem na trenera i poprosił mnie, abym do niego dołączył, kiedy był odpowiedzialny za Anglię (U21) - zdradza Lee. Potem przejąłem pracę z seniorami pod Svenem. To był fantastyczny okres w moim życiu.

- Przeszedłem od pracy w klubie piłkarskim do reprezentacji Anglii podczas międzynarodowych przerw, a potem z powrotem.
Ludzie mówili do mnie: "Ale nie odpoczywasz?!” Powiedziałbym im wtedy: "Odpocząć od czego? Dlaczego miałbym chcieć odpocząć od robienia czegoś, co kocham?” Miałem wielkie szczęście. Był obecny podczas dwóch mistrzostw świata – wspomina Lee.

Nie dali rady w 2002 i 2006 roku, ponieważ w ćwierćfinale dwukrotnie musieli uznawać wyższość rywali. Tak zwana "Golden Generation" nie dała rady na największej scenie.

- Tak, ta drużyna prawdopodobnie powinna była osiągnąć więcej - mówi Lee. Jesteś Golden Generation tylko wtedy, gdy wygrasz złoto… Może ta etykieta wywarła na nich zbyt dużą presję?

- Sven był wspaniały w pracy - bardzo miły, bardzo fajny człowiek. Bardzo dobrze delegował zadania. Miał wokół siebie ludzi, którym ufał i rozwijał w pracy.

- To była moja decyzja, by opuścić Liverpool i skupić się tylko na Anglii. Rafa poprosił mnie, żebym został, kiedy dostał pracę. Ale czułem, że jeśli jestem częścią sukcesu pod rządami Gerarda Houlliera, to jestem również częścią porażki pod jego rządami. To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu, ale czułem, że to słuszna decyzja - mówi Lee.

Jego współpraca z Allardyce’em rozpoczęła się w 2005 roku, kiedy to udał się do Boltonu jako jego asystent.

- Byłem na kursie w Warwick z Samem. W tym czasie pracowałem dla FA, a on robił swoją licencję - wspomina Lee. Pewnego dnia byliśmy przy stole i Sam musiał odpuścić dwóch potencjalnych trenerów: Phila Browna i Neila McDonalda. Powiedział wtedy: "Idziesz ze mną. To jest ten moment."

Kiedy Allardyce zrezygnował w kwietniu 2007 roku, Lee został mianowany jego następcą. Zależało mu na tym, by zostać głównym trenerem, ale jego radość okazała się krótkotrwała. Został zwolniony po zaledwie 14 meczach.

- Całkiem możliwe, że moje największe rozczarowanie kryje się właśnie w piłce nożnej - mówi. To było coś, dla czego pracowałem, poświęcałem czas i studiowałem. To było coś, do czego, tak jak przypuszczałem, byłem po prostu gotowy.

- Poszło tak źle, bo w dużej mierze zależało to ode mnie. Popełniłem tak wiele błędów. Starałem się wprowadzać zmiany zbyt wcześnie i zbyt drastycznie. Czy chodziło o sprowadzanie zawodników, taktykę, formację, personel itd. – karci się Lee.

- Bolton to fantastyczny klub z wielką bazą kibiców. To bardzo smutne widzieć, co się z nimi stało w ostatnich latach. Nie lubię patrzeć, jak jakikolwiek klub przechodzi przez takie kłopoty.

- Podczas mojego krótkiego okresu jako menadżer nie robiłem wszystkich rzeczy, do których się uczyłem. Tego jak delegować i sprowadzać dobrych ludzi. Chciałem zrobić to wszystko sam. Niestety, czuję, że od tamtej pory płacę za te błędy. Nie sądzę, że już kiedykolwiek będę brany pod uwagę jako główny trener.

Benitez sprowadził Lee z powrotem na Anfield jako asystenta w 2008 roku, po odejściu Alexa Millera. Jednak po entuzjastycznym przejściu sezonu 2008/2009 czar prysł, ponieważ zadłużona własność Toma Hicksa i George'a Gilletta zebrała swoje żniwo. Latem 2010 roku Benitez wyjechał, a Lee pozostał na miejscu podczas nieszczęśliwego epizodu Roya Hodgsona.

- Rafa jest wspaniałym człowiekiem - genialnym trenerem, to niesamowicie taktyczny umysł - mówi Lee. Były problemy poza boiskiem [dot. zadłużenia klubu – przyp. red.] Próbujesz odłożyć sprawy na bok i starasz się trzymać rzeczy trudne z dala od zawodników, ale to było trudne. Myślałeś o tym cały czas. Wszystko w tym mieście kręci się wokół piłki nożnej i muzyki.

- Staraliśmy się robić, co mogliśmy. To był trudny czas dla Roya, by przejąć władzę. Nie sądzę, że Roy chciałby, żebym mu współczuł. Od tamtej pory udowodnił, że jest dobrym trenerem – podkreśla Lee.

Pomagając w ożywieniu klubu pod wodzą Kenny'ego Dalglisha, Lee został zwolniony ze stanowiska przez Szkota latem 2011 roku. Klub ogłosił, że jest to "wzajemna ugoda", ale Lee mówi, że rzeczywistość było zgoła inna.

- Nie, to w ogóle nie była moja decyzja - mówi Lee. Dostałem telefon od Kenny'ego, który powiedział, że nie mogą mnie dłużej trzymać i to wszystko. Powiedział tylko, że przychodzą inni trenerzy i nie ma dla mnie miejsca. Kevin Keen przychodził do pracy ze Stevem Clarke'em.

Po powrocie do Bolton jako szef akademii, Lee powrócił do Premier League w 2014 roku jako asystent Ronalda Koemana w Southampton. Kiedy dwa lata później Koeman przeprowadził się do Evertonu, było widać, że Lee nie chce iść za nim.

- Nie znam pełnej historii, ale z tego, co mogę przypuszczać, to nie sądzę, aby Bill Kenwright, czyli ówczesny przewodniczący Evertonu, chciał, aby tak się stało w tym czasie - mówi Lee.

Wkrótce potem dołączył do sztabu Anglii wraz z Samem Allardyce’em. Ale ten epizod trwał tylko 67 dni i jeden mecz, po licznych naciskach prasowych, który doprowadził do utraty pracy głównego trenera.

- Inni ludzie mogą decydować, co się tam działo i osądzać - mówi Lee. Powiem, że powrót do Anglii był jednym z najwspanialszych momentów w moim życiu i jednym z najgorszych w moim życiu było to, że musiałem z tego rezygnować tak szybko.

Lee i Allardyce powrócili do Premier League w sztabie Crystal Palace, zanim Everton zadzwonił w listopadzie 2017 roku. Jeśli chodzi o klub z Liverpoolu niebezpiecznie zbliżający się wtedy do strefy spadku, w tamtym momencie Kenwright nie miał nic przeciwko temu, aby Lee znalazł się szybko na liście płac.

Po zgodzie na przejęcie władzy, Allardyce obserwował z trybun, jak Everton przesuwał się z 16. na 13. miejsce z efektownym zwycięstwem czterema bramkami nad West Ham United. W ciągu sześciu miesięcy po tym – klub wspiął się na końcową ósmą pozycję, ale krytyka kibiców dotycząca stylu gry doprowadziła do tego, że zarówno Allardyce, jak i Lee zostali pozbawieni stanowisk.

Odłożone przez aktualną sytuację na świecie derby Merseyside byłyby pierwszą podróżą Lee na Goodison od czasu jego odejścia.

- Everton był w dużych tarapatach, kiedy tam jechaliśmy – nieuchronnie zmierzali w dół - mówi Lee. Zabranie ich na ósmą pozycję podczas mojej pracy było fantastycznym osiągnięciem i jestem bardzo dumny, że mogłem w tym uczestniczyć – wspomina.

- Podróżowałem po całym świecie, ale nic nie pobiło tego miasta, a częścią tego, co czyni je tak wyjątkowym, jest posiadanie dwóch silnych drużyn Premier League. To, co uważam za wyjątkowe w tym mieście, to fakt, że w gospodarstwie domowym można mieć Czerwonych po jednej stronie stołu, a Niebieskich po drugiej. Nie sądzę, żeby to się gdzie indziej wydarzało.

- Dla mnie bycie częścią utrzymania tego właściwego statusu dla Evertonu na pewno coś znaczy i to w dużej mierze zależało od pracy Sama Allardyce'a i tego, co zrobił dla klubu - mówi Lee.

- Szczerze mówiąc, nie wiem, jak ktokolwiek może patrzyć na to negatywnie. Nagle, nasz styl gry został zakwestionowany i to mnie zaskoczyło. Do dziś nie potrafię tego wyjaśnić. Powiedziałbym tylko, że naprawdę kochałem swój pobyt w Evertonie, chociaż nie rozumiem postępowania kibiców.

- Po początkowej niechęci niektórych do wpuszczenia do klubu byłego zawodnika i trenera z Liverpoolu, mam nadzieję, że pokazałem swoją pasję do tego, co robię. Kibice Evertonu nadal zatrzymują mnie na ulicy, dziękując za to, co zrobiliśmy, a jest to bardzo miłe – mówi Lee.

Lee stwierdza wielokrotnie, że metody stosowane przez Allardyce'a są niesprawiedliwie oczerniane i uważa, że zasługuje on na większy szacunek z powodu tego, co osiągnął w świecie trenerskim.

- Kiedy ludzie mówią o „starej szkole”, ma to negatywne konotacje. Nie wiem dlaczego. Dla mnie „old-school” to wartości i szacunek - mówi Lee. Sam Allardyce na pewno nie jest dinozaurem i nie tylko przyjmuje taktykę długiej piłki. Jest jednym z najbardziej innowacyjnych trenerów, z jakimi kiedykolwiek pracowałem.

- Przed Evertonem, ludzie mówili o tym, jak bardzo był innowacyjny w nauce o sporcie i analizach danych. Nagle zaczęli mówić o nim jako o specu od długich piłek, układania chaosu i pożarów w klubie. On jest ponad tym – mówi Lee.

- To, co robi, to przystosowanie drużyny do wygrywania meczów w zależności od personelu, który ma. On nie jest jednowymiarowy. A jeśli chodzi o jego specjalność w gaszeniu pożarów w klubach… to co jest złego w tym, że został sprowadzony do pracy i ratuje klub? Bycie „strażakiem” nie powinno mieć negatywnych konotacji.

- Sam Allardyce ma fantastyczny futbolowy mózg. Musisz tylko posłuchać go w radiu, żeby docenić, jaki jest innowacyjny i przyszłościowy. Gwarantuję ci, że nawet teraz analizuje rzeczy i szuka nowych pomysłów – przekonuje Lee.

Nie ma odrobiny goryczy ze strony Lee, kiedy ciepło wypowiada się o wpływie Carlo Ancelottiego na Goodison w ostatnich miesiącach.

- Nie rozumiem, dlaczego Sam Allardyce został zepchnięty na bok, ale rozumiem, dlaczego chcieli tego faceta. Co to był za zamach stanu dla Evertonu! Znam Carlo, ma referencje, wiedzę, umiejętności ludzi w zespole i jest wspaniałym trenerem. Mimo to - chcę zobaczyć Liverpool na górze, a Everton z tyłu – podkreśla Lee.

Co z przyszłością, która rysuje się dla byłego gracza Liverpoolu?

- Miałem niesamowitą karierę, ale nie chcę, żeby to się skończyło - mówi. Nadal mam nadzieję, że będzie jeszcze kilka rozdziałów do napisania. Jestem gotowy na nowe wyzwanie. Nadal czuję, że mam wiele do zaoferowania. Dobrze, że to mówię, ale to, czy inni ludzie w to uwierzą i zechcą dać mi szansę… Mam nadzieję, że ta szansa się po prostu pojawi.

James Pearce

Autor: Panpawel Dodano: 21.03.2020

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON