Zbyt wielu średniaków - to problem Liverpoolu

Kiedy Paul Konchesky dołączył do Liverpoolu latem 2010 roku, menedżer jednego z klubów Premier League przywołał ducha Juliana Dicksa - innego lewego obrońcy. "On nie jest piłkarzem Liverpoolu" - powiedział o Koncheskim, który został wygwizdany, kiedy schodził z boiska podczas przegranego 0:1 meczu z Wolves, zaledwie kilka dni po tym, jak jego matka określiła kibiców klubu jako "Scouse scum" (scum - hołota, szumowina - przyp. red.), w pochopnie zamieszczonym na Facebooku komentarzu.

"Piłkarz Liverpoolu" to tytuł, który natychmiast przywołuje takie nazwiska jak Dalglish, Keegan, Souness, Lawrenson czy Rush. Pytanie kto jest - a zwłaszcza kto nie jest - kandydatem do takiego ubóstwienia, zaprzątało umysły fanów Liverpoolu od czasów, gdy Graeme Souness wręczył podczas swych trzyletnich rządów strój "żywych świętych" wielu przypadkowym wędrowcom.

Pozyskanie Koncheskiego przez Roya Hodgsona z Fulham było sensowną próbą rozwiązania braków na pewnej pozycji i jest tutaj przytoczone tylko dlatego, że zdiagnozowanie znacznych słabości w zespole, jest bardzo łatwe. W ciągu dwudziestu lat, które minęły odkąd Liverpool zdobył mistrzostwo po raz ostatni, oceaniczny liniowiec wiozący słabych piłkarzy, zalał tym ludzkim ładunkiem doki Mersey i wysłał go na Anfield. W efekcie zespół z Anfield znajduje się aktualnie na dwunastym miejscu, zaledwie trzy punkty powyżej strefy spadkowej.

Podczas swej podróży znad Tamizy do Mersey, Hodgson dostrzegł od razu, że zarówno pierwszy zespół jak i rezerwy dusiły się pod ciężarem przeciętnego i niewykorzystywanego personelu. Czytający fantastykę były menedżer Fulham użył trafnego określenia dla nadmiaru tej ławicy, z którą się spotkał, a która stanowi kontrast dla ciężko pracujących Stevena Gerrarda, Jamiego Carraghera i Dirka Kuyta. Hodgson nazwał tych ludzi "niepotrzebnymi".

Krytycy powiedzą, że powiększył grupę owych "niepotrzebnych" sprowadzając Koncheskiego, Christiana Poulsena i Milana Jovanovica (Joe Cole i Raul Meireles to większy kaliber - ci piłkarze ciągle mają czas, by wykorzystać swe talenty). Równocześnie jednak Hodgson mógłby wskazać na doskonałą przebudowę zespołu, której dokonał w Fulham, a także na zdolność do wynajdywania ukrytych klejnotów. Mógłby także powiedzieć, że Liverpool żyje w ułudzie minionych dni chwały (Carol Konchesky też zwróciła na to uwagę), jeśli myśli, że ma budżet porównywalny do Manchesteru City.

Mówiąc prosto: W ciągu ostatnich dziesięciu lat Liverpool dokonał rekrutacji dziesiątków partaczy, podczas gdy Manchester United, Arsenal i Chelsea zaledwie kilku. The Kop, najlepsi piłkarze klubu i sam Hodgson walczą z tą zbieraniną bez balansu, którą tylko w porywach da się pokierować - pierwszy raz, gdy zespół Rafy Beniteza wygrał Ligę Mistrzów w 2005 i drugi, gdy Gerrard, Carragher, Pepe Reina, Xabi Alonso, Fernando Torres i Javier Mascherano doprowadzili drużynę do drugiego miejsca, zdobywając 86 punktów sezonie 2008/09.

Każdy profesjonalny piłkarz potwierdzi, że zespół, który ma zdobywać trofea, potrzebuje odpowiedniej dawki piłkarzy utalentowanych i takich, którzy mają mentalność zwycięzców. Najlepsza jedenastka Beniteza posiadała takie magiczne pół tuzina. Jednak kiedy Alonso i Mascherano odeszli, Torres stracił zainteresowanie a Gerrard i Carragher zaczęli borykać się z kontuzjami, owo średniactwo ich otaczające zaczęło znowu charakteryzować Liverpool.

Czerwona część Merseyside nie będzie miała problemów z przywołaniem nazwisk wielu średniaków - zaczynając od napastników: Sean Dundee, Erik Meijer, Florent Sinama-Pongolle, Fernando Morientes, Titi Camara, Ryan Babel, David Ngog oraz Andriy Voronin. Jeśli chodzi o atakujących pomocników i skrzydłowych miejsce musi się znaleźć dla takich jak: Anthony Le Tallec, Albert Riera, Mark González, Jermaine Pennant i Bruno Cheyrou. Warto też wspomnieć kilku obrońców: Philippa Degena, Sotiriosa Kyrgiakosa i Andreę Dossenę. Ta losowa kolekcja z długiej listy pomija wielu Francuzów i Hiszpanów, którzy ledwie powąchali grę w pierwszym zespole. Rozmiar marnotrawstwa jest wielkim problemem dla klubu, kiedyś znanego ze swojego departamentu skautów. Każda fala błędów tworzy kolejne wyzwania, obciąża budżet, a także tych piłkarzy, którzy zdolni są walczyć o tytuły, a muszą na swych barkach nieść pasażerów.

Kontyngent rodzimych graczy Liverpoolu, w ciągu minionych lat, wiele razy narzekał na ten coroczny napływ średniaków. Błędy w zasadach transferowych doskonale współpracują z niezdolnością Akademii do wyszkolenia następców Gerrarda, Carraghera, Michaela Owena i Robbiego Fowlera. Znajdujący się pod wielką presją Hodgson próbuje naprawić błędy Beniteza, przeprowadzając operację chirurgiczną na nabrzmiałych zasobach ludzkich, podczas gdy złe rezultaty zamieniają się w destrukcyjny huragan.

Emocjonalny brak zaangażowania Torresa dotkliwie kaleczy nadzieje fanów, ponieważ jest on jedynym - obok Reiny - światowej klasy importem z herbem Liverpoolu na piersi. Gdyby wezwać Gérarda Houlliera i Beníteza na wokandę, ci obroniliby się dzięki sile dowodów. Houllier zdobył trzy puchary - w Anglii i Europie - w 2001 roku, a Benitez doprowadził zespół do dwóch finałów Ligi Mistrzów w latach 2005-07, wygrywając w pierwszym.

Jednak żaden z nich nie był wstanie zakończyć sezonu ligowego wyżej niż na drugim miejscu. Co więcej, obydwaj zaprzepaścili to, co zbudowali, niemal zaraz potem. Houllier wydał 20 milionów funtów na Salifa Diao, Cheyrou i El Hadjiego Dioufa w lecie poprzedzającym sezon, w którym Liverpool spadł na piątą pozycję (2002). Natomiast Benitez w ciągu zaledwie 12 miesięcy zawędrował z drugiego miejsca na siódme. W obu przypadkach przyczyną było osłabianie raczej, niż wzmacnianie zespołu.

Tak więc rozdrażniony tłum na Anfield wyśmiewa menedżera ("Hodgson na selekcjonera Anglii" - śpiewali), podczas gdy Liverpool wchodzi w nowy rok z najgorszym dorobkiem punktowym od czasów drużyny Dona Welsha, która została relegowana w sezonie 1953/54. Nowi właściciele klubu, nie mający doświadczenia w podejmowaniu istotnych w futbolu decyzji, muszą się zastanowić czy dalej bronić głowy Hodgsona, czy może obarczyć chronicznym problemem struktury zespołu nowego menedżera.

Wielkie błędy transferowe, jakie w ciągu ostatnich dziesięciu lat popełniły Arsenal, Chelsea i United można policzyć na palcach dwu rąk. W przypadku Liverpoolu wypełniają one niemal cały obraz. Pierwsza dekada XXI wieku to epoka eksperymentów i sprawdzania masy zawodników. A winni za to są także właściciele i dyrektorzy.

Kiedy Bill Shankly prezentował Rona Yeatsa, zaprosił dziennikarzy, by przeszli się dookoła "Kolosa", którego nabył. Yeats był "Piłkarzem Liverpoolu" w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie był zwyczajnie dobry - był wyjątkowy. Zbyt mało ich teraz.

Paul Hayward

Autor: Asfodel Dodano: 01.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON