Zmierzch bohaterów

Najpierw Cesc Fabregas, później Wayne Rooney i Carlos Tevez, a teraz Fernando Torres. Sprawdzona cierpliwość, zachwiana wiara po północnym Londynie i obu stronach Manchesteru zawitała na Merseyside. Bohaterowie nie są tacy, jak kiedyś.
(*trescdluga*)
W ciągu sześciu miesięcy trzy kluby historycznego triumwiratu angielskiej piłki, a także rodząca się potęga doświadczyły momentu, w którym najwięksi ulubieńcy kibiców zaskakująco wykazywali chęć zerwania tej więzi.

Fabregas poprosił Wengera o zgodę na transfer do Barcelony; Rooney zapowiedział, że nie podpisze nowej umowy z United, a Carlos Tevez gotów był zrezygnować z kontraktu przynoszącego mu 160 tysięcy funtów tygodniowo.

Torres najpierw ‘słownie informuje’ Liverpool, że chce przenieść się do niebieskiego Londynu, a później wysyła oficjalną prośbę o transfer.

Nie będzie sympatii płynącej z Eastlands czy emanującej z Emirates Stadium. Kibice innych klubów czują i śmieją się tak samo jak ci z The Kop, kiedy wyśmiewali pozorne przywiązanie ich talizmanów do barw klubowych.

Oczywiście fani The Reds uważają, że ich ból jest największy ze wszystkich, ale podobnie myślą ludzie z Manchesteru United i City, Arsenalu, a nawet Chelsea, której półtora roku temu udało się zatrzymać Terry’ego mimo kuszenia ze strony szejków z Manchesteru.

Niełatwo było zatrzymać Cesca, od dziecka kibicującego Barcelonie i przekonać go o wyższości ligi angielskiej nad powrotem do Katalonii. Rooney, który nigdy nie składał prośby o transfer, a nawet nią nie groził nie był raczej stawiany za wzór postawy wiernego wojownika klubu. Argentyńczyk Tevez trafił do City dla jego bogactw i musi wypruwać sobie dla nich żyły, nawet jeśli są warte mniej, niż początkowo sądził.

Ale Fernando jest inny. To on zapowiadał przed opuszczeniem Atletico, że mógłby to zrobić i grać tylko dla Liverpoolu. To on nosił na opasce kapitańskiej słowa stanowiące istotę naszego klubu wciąż grając w Hiszpanii. To on otwarcie i wielokrotnie mówił, ostatnio w październiku 2009, że jest to jedyny klub w Anglii, w którym może grać.

- Mam nadzieję na możliwość gry tutaj przez wiele lat, a może nawet zakończenia kariery. Liverpool jest moim angielskim klubem i nie myślę o możliwości gry w jakimkolwiek innym.

Teraz nie tylko żąda dalszych rozmów z Chelsea, ale też burzy wizerunek miłości do klubu zaledwie trzy dni przed końcem okienka transferowego. W dniu, kiedy Fenway Sports Group ogłosiło zakup Luisa Suareza za 22,8 mln funtów jako symbolu swoich ambicji i planów, Fernando Torres wstrząsnął fundamentami Anfield.

Rozgoryczeni fani zawodnika nie mogą winić za ten ruch nowych właścicieli czy Kenny’ego Dalglisha. Wina nie leży nawet po stronie Roya Hodgsona, którego rządy odebrały tyle entuzjazmu z gry El Nino. Rafael Benitez, wskazywany często jako pierwsza przyczyna wszelkich nieszczęść klubu również nie ma z tym nic wspólnego.

Prawda, FSG nie udało się dokonać szybkiej naprawy ściągając w swoim pierwszym okienku kilku klasowych piłkarzy, o co prosili Pepe Reina i Torres upatrując w kolejnych wzmocnieniach szansy na spełnienie swoich ambicji. Obaj Hiszpanie nie cieszyli się czasem spędzonym pod wodzą Hodgsona, a ich stosunki z Rafą w ostatnim okresie jego rządów stały się napięte.

Szukając powodów obecnego stanu umysłu Fernando zwróciłbym wzrok w stronę dwóch postaci w kowbojskich butach i z ustami skłonnymi do mieszania ludziom w głowach nieprzemyślanymi obietnicami, czyli naszych ulubionych Toma i George’a. To oni obiecali Torresowi, że świat padnie mu do stóp, a w efekcie nie dali mu niczego. To oni stłamsili ambicje Anfield Road zamieniając Liverpool z klubu walczącego o najwyższe trofea w klub, który zadowalał się samym istnieniem.

Co najmniej od roku Torres wskazywał swoim agentom, aby wymieniali prawdopodobne kierunki transferu. Pod lupą znalazły się Manchester City i Barcelona, ale to Chelsea zadaje długo wyczekiwany cios po latach czekania na swoją szansę.

Abramowicz myślał, że ma Fernando w dłoni zeszłego lata, kiedy reprezentujący piłkarza panowie w garniturach zostawiali wskazówki i zapewniali, że napastnik z radością zamieni Liverpool na Londyn. Wtedy Torres jasno stwierdził, że nigdy nie rozważał odejścia.

Mimo obowiązującego kontraktu klauzula 50 mln funtów ustalona przez Christiana Purslowa, przy prawdopodobnym braku gry w Lidze Mistrzów drugi sezon z rzędu od jakiegoś czasu wyglądała, jak bomba z czasowym zapalnikiem.

Eksplozja nastąpiła w piątek wieczorem razem z wręczeniem przez Hiszpana prośby o transfer. Tym większy ból, że nie chce on odejść do klubu swojej młodości czy w ojczyste strony, nawet nie straszy właścicieli aby zmusić ich do wzmocnień.

Zamiast tego chce dołączyć do Chelsea. Jednego z angielskich klubów, o których zapewniał, że nigdy nie myślał jako kierunku swojej przyszłej kariery. Do zespołu, który potrzebuje przebudowy prawie tak bardzo, jak sam Liverpool. Do drużyny, która w tym sezonie ma coraz mniejsze szanse na spełnienie jego marzeń o mistrzostwie, a prawdopodobieństwo podbicia Europy z Chelsea w tym roku jest równie mało prawdopodobne. Ich widoki na najbliższą przyszłość może i są lepsze, niż The Reds, ale to wciąż starzejący się zespół potrzebujący znacznych reform.

Jeśli Torres widzi taką sytuację jako bardziej obiecującą niż ta na Merseyside, wiele nam mówi. Nie o FSG, ale o ich poprzednikach. Oto rozmiary zniszczeń, które po sobie zostawili. Fernando dobrze wie, ile zajmie odbudowa tak pokaleczonego klubu, dorastał przecież w Colchonero. Na Torresie ciąży widmo Atletico i pragnienie powrotu pewnego dnia do swojego ukochanego klubu. Czas nie działa na jego korzyść. Torres potrzebuje sukcesów i to od zaraz.

Ci Amerykanie, nowi Amerykanie, wydają się inni. Chcą przestrzegać pewnych praw związanych z europejską piłką i prawdopodobnie za wszelką cenę będą chcieli zatrzymać zawodnika w klubie, nawet wbrew jego woli.

To decydująca bitwa. City zatrzymało Teveza, United Rooney’a, a Arsenal Fabregasa, Chelsea wybiła Terry’emu transfer z głowy. Wydaje się mało prawdopodobne, aby między Liverpoolem a Torresem doszło do porozumienia jak w tych trzech wcześniejszych przypadkach. Strata El Nino potwierdziłaby wypadnięcie The Reds z angielskiej klubowej elity. Dowiodłoby to racji Torresa. Dla własnej przyszłości, Liverpool musi mu pokazać, jak bardzo się myli.

Autor: Rory Smith Dodano: 30.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON