Dziś Judaszu, wczoraj bracie

Opada już powoli kurz po niespotykanym w ostatnich zimowych oknach transferowych szaleństwie. Karuzela nazwisk i kwot zakręciła kilkoma klubami, odmieniając ich oblicze. Po raz pierwszy od kilku lat zostaliśmy bohaterami ostatniego styczniowego dnia. Bohaterami mimo woli, postawionymi pod ścianą, oszukanymi przez człowieka, który powinien wiele nam zawdzięczać. Bohaterami, których dziś ciężko sklasyfikować i nadać jednoznaczną wartość – daliśmy w końcu się wciągnąć w szaleństwo wydawania wielkich pieniędzy, nie mając żadnych gwarancji ich zwrotu.

Innego wyjścia jednak nie było. Przyczyn takiego obrotu sprawy można upatrywać zarówno w ambicjach zapewne zaskoczonych odejściem Torresa właścicieli, jak i w chęci uzmysłowienia Hiszpanowi jego błędu. Ucieczkę z Liverpoolu na godziny przed końcem okna transferowego można by uznać za ewakuację z tonącego okrętu. Problemem Torresa jest jednak fakt, że obecny stan klubu nijak nie pasuje do łajby ze złamanym masztem pośrodku oceanu. Jego krok, argumentowany spadkiem poziomu sportowego i chaosem w klubie byłby zrozumiały, gdyby miał miejsce pod koniec zeszłego sezonu. Widmo zatonięcia systematycznie się jednak oddala, czego dowodem są śmiałe inwestycje w zawodników. Tłumaczenia Torresa można więc włożyć między bajki, szczególnie gdy spojrzymy na sytuację Chelsea – klubu, w którym to nie trener decyduje o transferach. Warto zatem w tym kontekście nieco zrewidować obiegowe opinie dotyczące Javiera Mascherano. Nie popełnił żadnego z grzechów Hiszpana – nie wzmocnił bezpośredniego rywala, nie ukrywał chęci odejścia, zaliczył sportowy awans i dziś jest częścią klubu uznawanego przez wielu za najlepszy na świecie.

Odchodząc, czy też raczej uciekając do Chelsea, Torres zachował się zgodnie ze swym przydomkiem. Niczym nastolatek po wybiciu szyby rozpłynął się w powietrzu, nie próbując nawet wziąć na siebie choćby części odpowiedzialności. Zawiódł wszystkich, którzy na futbol patrzą wciąż przez pryzmat postaci na miarę Maldiniego, Giggsa, Del Piero czy Carraghera. Zawiódł idealistów, dla których piłka nożna żyje dzięki emocjom i więzi między klubem, kibicami oraz zawodnikami. Nie zawiódł jedynie klubowych księgowych, dla których kwota 50 milionów funtów to zapewne wystarczające alibi. Swój dług wobec Liverpoolu spłacił gotówką, nie zaś krwią, potem i łzami, czy też w mniej patetycznej wersji po prostu bramkami i trofeami. Nie mam wątpliwości, że wybrał łatwiejszą drogę.

Czy warto zatem rozpaczać? Czy warto palić koszulki, ronić łzy i zaklinać rzeczywistość? Nie warto. Nie ma takiej potrzeby. Klub jest większy od jednostki, forma jest chwilowa, klasa zaś wieczna. Poza tym, najważniejsi są przecież tylko ci, którzy chcą tu być.

Autor: Openmind Dodano: 02.02.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON