At the end of the storm…

Kiedy Fernando Torres przychodził w 2007 roku do Liverpoolu, wiele osób pokładało w jego osobie naprawdę duże nadzieje. Z drugiej jednak strony obawiano się czy aby na pewno Hiszpan da sobie w Anglii radę. Mając bowiem na uwadze historię Morientesa, nie było to wcale takie oczywiste. Dzieciak rozwiał jednak wątpliwości już w pierwszym meczu, a z każdym kolejnym spotkaniem wykraczał coraz bardziej poza bariery najśmielszych oczekiwań. Żeby tego było mało, były gracz Atletico tworzył piękną historię nie tylko na boisku, ale również poza nim. Sprawił, że na Anfield pojawiły się uśmiech, iście dziecinna radość, a nad stadionem znów świeciło słońce.

Poza wspaniałymi rekordami, których nikt mu nie może odmówić, Torresowi udało się również stworzyć bardzo silną wieź z fanami. Niejednokrotnie podkreślał swoje oddanie dla The Reds, zapewniał o swojej lojalności, zdawał się być przesiąknięty klubem od głowy, aż po małe palce u stóp. Co gorsza, był niezwykle autentyczny w tych swoich słowach. W to, że nigdy nie zagra dla innego angielskiego klubu niż Liverpool wierzył chyba każdy, ja również. Tak samo jak w to, że w zimowym okienku transferowym nie odejdzie, bo jak sam mówił, w tym ciężkim okresie dla klubu musimy trzymać się razem. Ufaliśmy mu bezgranicznie, a sam osobiście widziałem w nim współczesny wzór oddanego piłkarza.

Kibice Chelsea w większości nie rozumieją, dlaczego fani The Reds nagle zaczęli wieszać psy na El Nino. Niektórzy zarzucają nam, że nie szanujemy tego, co dla nas zrobił. Tylko, że w tym wszystkim nie chodzi o bramki i zwycięstwa. Chodzi o dane słowo. O to, że farbując się na niebiesko zakpił z zaufania, jakim go obdarzyliśmy. O to, że nas po prostu najzwyczajniej w świecie okłamał. Trudno znaleźć dobre porównanie do całej sytuacji, ale mówiąc kolokwialnie, czuję się jakbym był przez długie miesiące wkręcany przez agenta Tomka, który tak pięknie i przekonująco opowiada górnolotne historie, w które nie sposób było nie wierzyć…

Piłkarzem Torres jest wielkim, człowiekiem – niekoniecznie, a w Liverpoolu potrzebujemy ludzi, którzy spełniają oba te kryteria. Sam Nando zburzył wszystko, na co sobie nie tylko w moich oczach zapracował. Jednak tak, jak przez trzy ostatnie dni okienka transferowego przecierałem oczy ze zdumienia, tak teraz zaczynam patrzeć na wszystko z innej strony.

Przed jego odejściem, mało kto wyobrażał sobie klub bez Hiszpana. Jednak odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu jego obecność w zespole ograniczała wręcz tak morale, jak i potencjał innych naszych zawodników. Szczególnie, kiedy zamiast potu, Torres wylewał coraz większą ilość frustracji. Stał się krnąbrny, a żeby tego było mało, popadł w konflikt z Carragherem, jego relacje z Gerrardem również uległy ochłodzeniu. Nie byliśmy, jako kibice, świadomi, że nasz ulubieniec po prostu, eufemistycznie rzecz ujmując, nie wpływał korzystnie na atmosferę w szatni. I kiedy patrzę teraz na jego zdjęcia, czy nagrania video, niestety nie widzę już tej niewinnej twarzy chłopca o czystych i szczerych intencjach.

Teraz Torres mieszka w Londynie. Ziemia jest jednak nadal okrągła, a czas płynie w tym samym rytmie jak do tej pory. Różnica jest taka, że to słońce, które Fernando przyniósł trzy i pół roku temu przestało nas wreszcie oślepiać. Definitywnie przestaliśmy być zespołem, którego ofensywa opiera się na barkach jednego zawodnika. A skoro również i atmosfera zdaje się wracać do normy, zawodnicy mogą na nowo uwierzyć w siebie i pokazać, że bez Torresa można grać pięknie i skutecznie. „At the end of the storm there’s a golden sky”. Może właśnie znaleźliśmy zloty środek? Może właśnie teraz, bez Torresa, ale z zastrzykiem świeżej energii, to nasze złote niebo stanie przed nami na wyciągnięcie ręki?...

Autor: Czarodziej Dodano: 03.02.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON