Czy Dalglish jest mesjaszem?

Kiedy Liverpool podejmie w niedzielę na Anfield Manchester United menedżer The Reds, Kenny Dalglish, będzie tuż po swoich sześćdziesiątych urodzinach i minie osiem tygodni odkąd na nowo przejął stery w klubie, który prowadził po raz pierwszy dwadzieścia lat temu.

Co więc można wywnioskować po tym okresie? Czy fani Liverpoolu mogą liczyć na lepszy rezultat w niedzielę przeciwko tej samej drużynie, która pokonała ich w pierwszym meczu Dalglisha w roli zbawcy klubu?

W jedenastu spotkaniach pod wodzą Kenny'ego jego drużyna zanotowała pięć zwycięstw oraz trzy remisy i trzy porażki. Nieźle. Być może piastujący kiedyś posadę Dalglisha w Liverpoolu Gerard Houllier pracuje w swoim obecnym klubie trzy miesiące dłużej, ale zanotował dokładnie taki sam bilans w ostatnich jedenastu meczach, w których prowadził Aston Villę. Dwa mecze więcej rozegrało Newcastle pod wodzą Alana Pardew, ale w swych ostatnich jedenastu spotkaniach odnotował on trzy wygrane, pięć remisów i trzy porażki, a więc musiał uznać wyższość rywali tyle samo razy co Dalglish i Houllier, ale "zamienił" dwa zwycięstwa w remisy. Całkiem dobrze jak na niezamożnego beniaminka z nieprzewidywalnym właścicielem. Apeluję więc do fanów Liverpoolu zwiastujących nadejście mesjasza: zejdźmy na ziemię.

Nie można ignorować tego, co Dalglish zrobił dla klubu ratując drużynę będącą na równi pochyłej. W tym krótkim czasie z niemałą pomocą Steve'a Clarke'a, byłego asystenta w Chelsea, kilku graczy pokazało się z dużo lepszej strony niż do tej pory, obrona funkcjonuje dużo sprawniej, a zawodnicy wyglądają jakby znów cieszyli się z każdego kolejnego dnia swojej pracy. Jednak nie można zignorować przerwy Dalglisha od futbolu. Jej skutki prędzej czy później wpłyną na któryś z aspektów jego rzemiosła.

Żeby być czołowym klubem potrzeba najlepszego możliwego przywódcy. Liverpool ma w Dalglishu człowieka z fantastycznymi osiągnięciami, urodzonego by wygrywać, wspaniałego motywatora i bez wątpienia inteligentnego menedżera. Ale czy ma to czego potrzeba by wyprzedzić innych trenerów topowych drużyn, jak choćby Jose Mourinho czy Sir Alexa Fergusona? Mógł zyskać przewagę nad Fergusonem we wczesnych latach jego kariery w Manchesterze, jednak od tego czasu minęły dwie dekady.

Zeszłotygodniowa przegrana 3:1 z West Ham zakończyła serię ośmiu meczy Liverpoolu bez porażki we wszystkich rozgrywkach i chociaż matematycznie wciąż The Reds mają szansę na zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów, to droga do upragnionego miejsca w czołowej czwórce jest już praktycznie zamknięta.

Dalglish zapewnił, że nie zamiotą tej porażki pod dywan, wyciągną wnioski i naprawią przyczyny, które spowodowały klęskę na Upton Park. Jednak jedna ciężka przegrana nie przekreśla całego sezonu, szczególnie obecnego. Zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów nie było priorytetem Dalglisha kiedy przejmował władzę w klubie. Oczywiście osłodziło by to koszmarną pierwszą część sezonu The Reds, jednak jego głównym zadaniem od początku było zatrzymanie "wyciekających" punktów, odzyskanie formy i odejście raz na zawsze od widma dolnej części tabeli.

Dobry występ w Lidze Europy również dałby dużo piłkarzom i klubowi. W obecnym czasie Dalglish kontynuuje i będzie kontynuował swoją dobrą pracę. Jednak mecz z West Ham przypomniał, że drużyna wciąż potrzebuje wzmocnień w kluczowych aspektach jej funkcjonowania - zarówno patrząc na braki w graczach światowej klasy, jak i na potrzebę rozważenia zmiany taktyki. Istnieje jednak poważne niebezpieczeństwo, że tak poważne problemy mogą zostać odrzucone w kąt, ponieważ w końcu w klubie włada osoba znacząca dla niego tak wiele.

Jego komunikacja interpersonalna i umiejętności medialne nie mają sobie równych, nie ma wątpliwości że świetnie zna klub. Oglądał rozwój takich piłkarzy jak Steven Gerrard, którego zna odkąd ten miał czternaście lat. Nie zapominajmy, że Dalglish pomógł mu w sprawie sądowej, gdy Gerrard w 2009 roku został oskarżony o napaść na mężczyznę w barze w Southport. Wzajemne wsparcie tej dwójki jest więc głęboko zakorzenione.

Zawodnicy bardzo szybko zaczęli wychwalać Dalglisha i pokazywać swoją wiarę w niego.

- Co takiego zrobił Dalglish? Jest pozytywnym facetem w kwestiach piłkarskich. Po pierwsze dlatego, że lubi grać radosną piłkę, atakować i rozgrywać futbolówkę szybko i po ziemi. Uważam również, że jest wspaniałym menedżerem dla piłkarzy. Treningi z nim były bardzo dobre, a przecież od tego wszystko się zaczyna - mówił Daniel Agger.

Ulubieniec fanów, "Pan Liverpool" Jamie Carragher, którego opinia bardzo liczy się w klubie, również wypowiadał się w podobnym tonie.

- Obecność Dlaligsha i to kim jest pozwoliła wejść całemu klubowi na inny bieg - zarówno piłkarzom, jak i kibicom. Nie muszę nikomu tłumaczyć kim jest dla Liverpoolu i jego fanów. Kibice są teraz bardziej po naszej stronie, a kiedy piłkarze i fani są razem, to klub może być nie do zatrzymania, a czegoś takiego brakowało nam od około osiemnastu miesięcy.

Jak długo ludzie tęsknili po Dalglishu nie potrafi powiedzieć nikt. Latem był rozważany jako kandydat na stanowisko po odejściu Rafy Beniteza, jednak zatrudniony został Roy Hodgson. Dalglisha dosyć mocno irytował ówczesny prezes Liverpoolu, Martin Broughton, ale Kenny był na tyle mądry by pozostać w klubie jako pracownik Akademii i kontynuować swoje obowiązki ambasadora klubu. Wykazał cierpliwość i kiedy drużyna staczała się pod wodzą Hodgsona czekał na odpowiednią okazję. Teraz chce pracy w długim wymiarze czasowym, nie tylko do zakończenia obecnego sezonu. Tego samego chce Gerrard.

- Zrobię wszystko co w mojej mocy by Kenny został z nami na długi czas, a nie tylko te pół roku. Marzę by w końcówce sezonu klub powrócił na właściwe tory, odnosił dobre wyniki i aby w konsekwencji dostał pracę na dłużej.

John W. Henry i Fenway Sports Group będą musieli mocno zainwestować latem w klub, po tym jak jego stan pogorszył się w czasach gdy rządzili nim Tom Hicks i George Gillett. Muszą także wyjaśnić sprawę menedżera klubu, bez względu na to czy będzie to Dalglish, czy może ktoś inny. Pod warunkiem, że zrobią to biorąc pod uwagę szerszą perspektywę, ponieważ jest to jedyny niepewny aspekt zespołu, który teraz potrzebuje odnaleźć to, co uczyniło go tak świetnym klubem.

Rozważmy teraz wszystko to w perspektywie elektryzującego niedzielnego meczu z Manchesterem United. Dalglish już raz przeżył i wyszedł zwycięsko z intensywnej rywalizacji między tymi klubami, kiedy to zdobył trzy tytuły mistrza Anglii i dwa Puchary Anglii, więc perspektywa wznowienia tej walki z pewnością jest dla niego kusząca.

Czy jego przerwa od trenerskiego fachu zmniejszyła potrzebę zamartwiania się menedżerami typu Fergusona? Wątpię. Ma zbyt dobrą okazję do włączenia się raz jeszcze w rywalizację dwóch wielkich klubów, która była mniej aktywna przez ostatnie lata. Czy nie byłoby w stylu Liverpoolu męczyć się u siebie z Wigan, przegrać na wyjeździe z West Ham i pokonać Manchester United na Anfield?

Nie wątpię, że Dalglish jest tym, czego Liverpool potrzebował w krótkim wymiarze czasu, jednak mam niepewność co do jego przydatności na kolejne lata. Do tej pory jego przybycie wywołało wśród fanów uczuce intensywnego, namiętnego romansu, jednak czy może on przerodzić się w trwały związek?

Liverpool potrzebuje menedżera taktycznie dostosowanego do nowoczesnej gry. Oczywiście drużyna Dalglisha z lat osiemdziesiątych grała pięknie i z polotem, utrzymywała się w posiadaniu piłki i miała żelazną obronę. Wiele z tej ery można się nauczyć, ale minęło trochę lat, drużyny się zmieniły, wzrosły umiejętności techniczne piłkarzy, drużyny są coraz rzadziej budowane głównie na wychowankach. Krótko mówiąc obecna piłka to dużo inna gra.

Czy Dalglish jest mesjaszem? Tym, który jest traktowany i uznawany za zbawcę - osobę, która ratuje od złego.

Tak, niewątpliwe pasuje do tego obrazka - jest na dobrej drodze by uchronić zespół przed mocnym uszczerbkiem - ale prawdziwą historią jest dopiero to co będzie dalej.

Kait Borsay

Autor: TPK Dodano: 03.03.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON