Historia Carrolla - część III

Reporterzy okupujący boiska treningowe od zmierzchu do świtu, "klubowe źródła" gotowe na wszystko i Harry Redknapp ścigający napastników po całej Europie z książeczką czekową - szczerze można powiedzieć, że dni, w których kończą się okienka transferowe, potrafią być męczące.

Jednakże dla Andy'emu Carrollowi styczniowe okienko 2011 zapadnie głęboko w pamięć.

Jak na ironię, Carroll nie zagrał choćby meczu w tamtym miesiącu, ponieważ leczył uraz uda, którego nabawił się podczas meczu Newcastle z Tottenhamem 28 grudnia.

Nie zdawał sobie wtedy sprawy, schodząc z murawy White Hart Lane, że właśnie zagrał swój ostatni mecz dla klubu. Po rozpoczęciu miesiąca frustracją spowodowaną planowaniem rehabilitacji po urazie, Carroll zakończył go jako najdroższy w historii piłkarz Liverpoolu.

Można uznać to za jeden z wielu widowiskowych zwrotów w tym sezonie piłkarza urodzonego w Gateshead. Andy strzelał przecież gole w Premier League, zadebiutował w reprezentacji Anglii, zbierał pochwały i, typowo dla niego, nagłówki na pierwszych stronach gazet.

To był wieczór 18 listopada, kiedy Carroll wystąpił po raz pierwszy w dorosłej kadrze Anglii, w przegranym 1-2 meczu z Francją na Wembley.

Tamtej nocy, przeciwko Francuzom podbudowanym przyjściem Laurenta Blanca w roli trenera, Carroll został wysłany na plac boju jako samotny napastnik w eksperymentalnym ustawieniu. Zniechęcające zadanie dla większości, jak można sobie wyobrazić, jednak nie dla roześmianego Geordie (mieszkaniec Tyneside, region Newcaslte - przyp. red.), który był jednym z najlepszych zawodników swojej drużyny w tym ogólnie rozczarowującym występie.

- Wiedziałem, że jestem gotowy na grę w reprezentacji Anglii, zanim dostałem na to szansę - powiedział Carroll bez cienia arogancji.

- Moje występy dla Newcastle pomogły mi zdobyć tę szansę i czułem się dobrze, jednak nie byłem specjalnie zaskoczony tym, co się wydarzyło, ponieważ w głębi duszy wiedziałem, że mogę to zrobić i to było moim celem.

- Nie byłem zdenerwowany na Wembley. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na to, szczerze mówiąc. Oczywiście wiedziałem, że to wielki mecz i na stadionie było wielu kibiców i innych osób. Jednak zajmuję się futbolem, więc nie było się czym denerwować.

- Wiem, że niektórzy zawodnicy mogą się martwić, jednak ja jestem inny, tak naprawdę nic mnie nie rusza. Potrafię się wyłączyć. Kiedy jestem na boisku treningowym, myślę tylko o treningu. Przed meczami skupiam się tylko na grze.

To właśnie ta pewność siebie udekorowała pierwszy sezon Carrolla w Premier League.

Po otrzymaniu koszulki z numerem 9, wychowany w Newcastle kibic Srok szybko odpłacił się za zaufanie, jakim obdarzył go jego ówczesny trener Chris Houghton.

Po tym, jak Carroll dobrze zaprezentował się w przegranym spotkaniu z Manchesterem United podczas pierwszej kolejki sezonu, przyszedł czas na debiut przed publicznością na St James' Park w koszulce z 9. Wychowanek Srok nie mógł rozegrać tego lepiej, strzelając hattricka w wygranym 6-0 meczu przeciwko Aston Villi.

Po meczu Houghton opisał jego występ jako "sensational", pochwalił jego siłę w pojedynkach powietrznych i bezlitosną skuteczność. Passa przykuwających oko meczów trwała: gole przeciwko Arsenalowi, Chelsea, Manchesterowi City i, w grudniu, Liverpoolowi sprawiły, że Carroll stał się centralną postacią Newcastle, wokół której kręciła się cała gra zespołu.

Trafił 11 razy przed końcem roku, to więcej niż Wayne Rooney, Didier Drogba, Darren Bent czy Nicolas Anelka, a co najważniejsze, więcej niż Fernando Torres, którego ma zastąpić w szeregach Liverpoolu.



Tymczasem poza boiskiem, jego kontrowersyjny wizerunek wcale nie zbierał żniw.

To nie jest nic niezwykłego, kiedy będący na fali zawodnik pojawia się na pierwszych stronach podejrzanych gazet, nie inaczej było z Carrollem.

Zatargi z prawem, doniesienia o maratonach alkoholowych po zwycięstwie Newcastle 5-1 w derbach z Sunderlandem w październiku i martwiący incydent z podpaleniem jego samochodu przed domem kapitana Srok, Kevina Nolana, towarzyszyły Carrollowi w tym sezonie równie często, jak jego gole, jednak Andy nie jest człowiekiem, który pogrążałby się w tym.

- Byłem na świeczniku ze złych powodów - powiedział. - W trakcie drogi na niektóre mecze Newcastle czytałem artykuły o sobie. Jak kiedy jechaliśmy na Arsenal w tym sezonie, a później zdobyłem zwycięską bramkę.

- Dobrze radzę sobie z presją. Tak naprawdę nie martwi mnie ona. Wiem, co potrafię; mogę wyjść na boisko i strzelać gole.

- Sprawa tych artykułów wygląda tak, że wszyscy w klubie, moi przyjaciele i rodzina wiedzieli, że to, co piszą to nieprawda, więc nie martwiło mnie to.

I wtedy nadszedł styczeń. Rekordowy transfer Carrolla na Merseyside był czymś w rodzaju huraganu, nawet jak na standardy ostatnich dni okienek transferowych.

Geordie relaksował się w domu w niedzielny wieczór, kiedy został poinformowany, że wpłynęła oficjalna oferta z Liverpoolu - który zrezygnował z walki o Fernando Torresa i zdecydował się sprzedać go Chelsea - a w poniedziałek w czasie podwieczorku był już w helikopterze, w drodze do sfinalizowania transferu opiewającego na sumę 35 milionów funtów.

- Byłem trochę zaskoczony i tak naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje - powiedział później Carroll.

- Kiedy zdałem sobie sprawę, że to prawda i że była możliwość dla mnie na przejście do Liverpoolu wiedziałem, że to wielka szansa i muszę ją wykorzystać.

Carroll był w Newcastle od momentu, kiedy miał 11 lat, więc jego odejście musiało być wzruszające.

W późniejszym czasie Andy wyjawił swoje rozczarowanie ze sposobu, w jaki jego klub załatwił ten transfer - Newcatle publicznie ogłosiło, że Carroll wniósł prośbę o transfer, natomiast Alan Pardew zasugerował, że napastnik wywierał presję na zarządzie po tym, jak odrzucił podpisanie nowego kontraktu na St James' Park - przekonuje jednak, że ten epizod nie wpłynie na jego uczucia dla Toon.

- Mam ogromny szacunek dla Newcastle - powiedział tuż po tym, jak podpisał kontrakt na Anfield. - To moja drużyna, klub z mojego rodzinnego miasta, zawsze tak pozostanie.



Suma, jaką Liverpool zapłacił za napastnika jest rekordową, jeżeli chodzi o transfery brytyjskich zawodników i przebiła transfer Rio Ferdinanda do Manchesteru United w 2002 roku, która wynosiła 30 milionów funtów. Dyskusje, na temat przepłacenia zawodnika, który spędził zaledwie pół sezonu w Premier League, wciąż trwają. Inni uważają, że Liverpool po prostu zrobił świetny interes.

- Jest prawdopodobnie jednym z trzech najlepiej grających głową piłkarzy, jakich widziałem w futbolu - powiedział Kevin Keegan, dzięki któremu Carroll po raz pierwszy wystąpił w podstawowej jedenastce w Premier League przeciwko Evertonowi w maju 2008. - Nie jest jeszcze Alanem Shearerem i może nigdy nim nie być, ale jeśli zachowa strzelecką formę i będzie kontynuował pracę nad rozwijaniem się, wtedy niemądrze byłoby nakładać limity na jego potencjał.

Terry McDermott, były asystent Keegana, wykonał ten sam ruch co Carroll, przechodząc do the Reds w 1974 roku i jak mówi, obecność Kenny'ego Dalglisha mogła pomóc w sprowadzeniu młodego napastnika na Anfield.

- Jest trochę zadziornym chłopcem, jednak nie ma w tym nic złego - powiedział McDermott. - Taki sam był Gazza, taki sam byłem ja. Swoją drogą, nie umieszczam siebie w tej samej rubryce co Gazza! Andy robił rzeczy, których żałuje, jednak kto ich nie robi? Kluczem jest wyciągnięcie wniosków, jestem pewien, że to zrobi i odniesie ogromny sukces w Liverpoolu dzięki swojemu charakterowi i nastawieniu. Kocha grać w piłkę i nie mógł znaleźć lepszego miejsca na to, niż pod skrzydłem Kenny'ego. Wciąż sporo nauki przed nim, jednak uczy się od najlepszych. A w składzie z takim zawodnikiem jak Gerrard, który jest jednym z najlepszych pomocników na świecie, prostopadłe podania i dośrodkowania na Carrolla nie mogą przynieść innego efektu, jak gole i postęp.

A co myśli sam zainteresowany?

- Liverpool wydał dużo pieniędzy sprowadzając mnie tutaj, a ja po prostu chcę się odpłacić - powiedział Carroll. - Zrobię co w mojej mocy i sądzę, że sobie poradzę. Chcę zdobywać trofea z tym klubem i pomóc pchnąć go do przodu.

Jedno jest pewne: cokolwiek wydarzy się podczas kariery Andy'ego Carrolla w Liverpoolu, zapowiada się interesująco.

Andy Carroll miał już okazję spróbować atmosfery na Anfield, jednak był pod ogromnym wrażeniem the Kop, która długo oczekiwała na jego debiut i doczekała się podczas meczu z Manchesterem United.

Po raz ostatni Carroll siedział rozczarowany na ławce rezerwowych, patrząc jak jego Newcastle - wówczas prowadzone przez Alana Shearera - zostało rozbite przez będących na fali podopiecznych Rafy Beniteza.

Carroll szykował się do wejścia na boisko w końcówce, jednak wtedy Joey Barton pokrzyżował jego plany.

- Byłem już rozebrany i gotowy do wyjścia na boisko - wspomina. - Jednak wtedy Joey dostał czerwoną kartkę i zostałem odesłany z powrotem na ławkę. To jedyny raz, kiedy byłem na Anfield podczas meczu pierwszej drużyny, do teraz.

Newcastle przegrało wtedy 3-0, był to maj 2009, a Andy był jeszcze na Anfield podczas innej okazji, kiedy zespół Srok przegrał w półfinale FA Youth Cup w 2007 roku.

W meczu z United to była jednak inna historia. The Reds wygrali 3-1, a nowy nabytek, rekordowy transfer w historii klubu, zadebiutował 16-minutowym występem.

- Kiedy zbiegałem, wszyscy kibice krzyczeli i śpiewali, a ja się trochę podekscytowałem - powiedział później Carroll. - Byłem wniebowzięty móc wyjść na to boisko i wrócić do grania.

- Dostałem niewiarygodne wsparcie. Fani byli świetni od kiedy tutaj przyszedłem, a kiedy się rozgrzewałem, zachowywali się fantastycznie. Atmosfera była niesamowita, zdecydowanie jedna z najlepszych, jaką doświadczyłem.

A kibice Liverpoolu liczą na wiele więcej w wykonaniu swojego napastnika, który skończył dopiero 22 lata. Carroll z pewnością dostanie jeszcze wiele okazji, by poderwać kibiców na the Kop do chóralnych śpiewów.

Autor: Miler Dodano: 22.03.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON