Amerykańscy idole

Tak jak chciało przeznaczenie, „An Epic Swindle: 44 Months Witha a Pair of Cowboys (Epicki szwindel: 44 miesiące z parą kowbojów) przybyło wczoraj pocztą. Książka Briana Reade’a, opisująca rządy Georga Gilletta Jr i Toma Hicksa na Anfield, ma wymowny podtytuł: „Bliska śmierć Liverpool FC".

Pobieżne przejrzenie 338 stron wystarczy, by przekonać się, że to klub, któremu udało się wyjątkowo szczęśliwie uciec. Jakaż zmiana może nastąpić w ciągu roku. Zaledwie dwanaście miesięcy temu atmosfera przygnębienia wokół L4 była namacalna. Teraz jest tak optymistyczna, iż trudno sobie wyobrazić, że Manchester United już prawie pobił rekord osiemnastu tytułów zdobytych przez Liverpool.

Znaczna część tej pozytywnej aury wiązana jest z efektem Dalglisha. Jednak powrót Króla Kenny’ego to część racji. W 2010 klub był rozdarty różnicą zdań i pogrążony w długach. Działający w sposób nieprzewidywalny właściciele, menadżer-niedojda, nie mający o niczym pojęcia dyrektorzy wykonawczy oraz unieszczęśliwieni piłkarze – wszystko to przygnało na Anfield powietrze wypełnione rozkładem i chaosem. A w perspektywie było lato wypełnione walkami i finansowym balansowaniem na krawędzi. Na szczęście wszystko się zakończyło, kiedy Martin Broughton, prezes zaangażowany w sprzedaż klubu, wymanewrował Gilletta i Hicksa, znajdując nowych amerykańskich włodarzy.

Bałagan który zastali wydawał się nie możliwy do szybkiego uprzątnięcia. Ludzie obserwujący Anfield oceniali, że potrzeba od dwu do dziesięciu lat, żeby wszystko odwrócić. A jednak krajobraz zmienił się po zaledwie sześciu miesiącach, od przejęcia kontroli przez John W. Henry’ego i Fenway Sports Group (FSG). Pozbyto się złośliwych elementów czających się za sceną, a te pełne energii i potencjału, wypromowano i wykorzystano.

FSG szybko oceniło skalę problemu i zrewidowało z góry wyrobione opinie. Henry i Spółka z chęcią widzieliby koniec sezonu z menadżerem, którego odziedziczyli, uświadomiwszy sobie jednak, że Roy Hodgson znajuje się na pozycji nie do utrzymania, szybko zaczęli działać i zastąpili go Dalglishem.

Zwalnianie ludzi jest łatwe. Najtrudniejszym zadaniem dla każdej organizacji jest za to wyszukiwanie i rozwijanie talentów. Henry zachował się bardzo sprytnie promując Iana Ayre’a – człowieka, który zeszłego roku sfinalizował kontrakt ze Standard Chartered – na stanowisko dyrektora zarządzającego. Ustalił też ramy współpracy piłkarskiej z Damianem Comollim, dyrektorem futbolu, które zdają się pasować wszystkim – od Dalglisha z zespołem seniorów, po Franka McParlanda w Akademii.

Gburowatym gwiazdom pokazano drzwi, a pieniądze niezwłocznie zainwestowano. Oczywiście przepłacono wydając na Andy’ego Carrolla 35 milionów, jednak pieniądze za Fernando Torresa spożytkowano raczej ze względu na sytuacje, niż z zamiarem przeprowadzenia sprytnego interesu.

O ile ogłoszenie LeBrona Jamesa współudziałowcem można ocenić jako chwyt reklamowy, o tyle kontrakt z Warriorem, przynoszący rocznie 25 milionów funtów, pokazuje, że FSG rzeczywiście potrafi załatwiać sprawy i to w sposób, nad którym nie będą się musieli zastanawiać urzędnicy, pilnujący przestrzegania wprowadzanej przez UEFA zasady finansowego fair play.

Henry nie obnosi się z politycznymi powiązaniami, tak jak robili to poprzedni właściciele, ale obraca się w kręgach gdzie pieniądze są dostępne. Boston Red Sox i Liverpool wiele zyskają dzięki zasadom inwestowania Jima Davisa, prezesa New Balance, który regularnie pojawia się na liście 400 najbogatszych Amerykanów magazynu Forbes. Gillett i Hicks krążyli po całym świecie w poszukiwaniu inwestorów dla Liverpoolu. FSG znalazło ich w Nowej Anglii, na swoim zapleczu.

Na pewno pojawi się rozczarowanie na Merseyside w związku z zastąpieniem tak bardzo ukochanego Adidasa przez markę zwaną Warrior. Niektórzy będą się wzdragać. Jednak Adidas ciągle będzie mocno stał na The Kop – i to dosłownie – jako że tam jego buty stanowią część standardowego ubioru.

Niewielu fanów Liverpoolu będzie miało jakiekolwiek zastrzeżenia, jeśli za dziesięć lat ciągle będą oglądać mecze ze sławnej trybuny. Doświadczenia wyniesione z Fenway Park, gdzie czczonemu stadionowi nadano w ciągu dziesięciu lat nowe oblicze, sugerują, że Anfield pozostanie domem klubu - fizycznym jak i duchowym. A to raczej, niż nowy, ale pozbawiony ducha stadion, jest opcją preferowaną przez większość kibiców.

Stopniowa przebudowa powinna stać się perfekcyjną metaforą zadania, którego podjął się Henry, jednak pozytywne strony pierwszych sześciu miesięcy pod skrzydłami FSG, zwiększyły oczekiwania. Niech nadejdzie kolejny sezon – pragnienie trofeów będzie silne jak zawsze.

Jeśli za rok zniecierpliwienie będzie narastać, a postęp nie będzie tak szybki jak do tej pory, fani będą musieli wrócić do książki Reade’a, by zdać sobie sprawę, ile mają szczęścia.

Tony Evans, redaktor naczelny

Autor: Asfodel Dodano: 22.04.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON