Wyskoczyć z patelni...?

To już praktycznie pełen okres ciąży, 9 miesięcy temu nasz ukochany klub został przejęty przez nową amerykańską grupę "inwestorów" i myślę, że to już czas, by powoli przyjrzeć się temu, co się działo. Nowy sezon jest już tuż-tuż, i wchodzimy weń tak, jak każdy inny.

Otrzymali swoją "franczyzę" na 300 milionów funtów 15 października 2010 i błyskawicznie wcielili się w swą rolę, nie gadając nic o żadnym szpadlu w ziemi w przeciągu konkretnej liczby dni bądź pojawiając się w szytych na zamówienie garniturach z symbolami LFC.

Linia przemówienia Johna W. Henry'ego wyglądała dokładnie tak:

- Chcę powiedzieć, z jak niesamowicie dumą i pokorą jesteśmy ogłaszani jako nowi właściciele Liverpoolu FC. Rozumiemy naszą rolę jako pomocnika dla klubu, mając na celu przede wszystkim powrót zespołu do wielkości na boisku, i poza nim, w dłuższej perspektywie. Jesteśmy skoncentrowani wyłącznie na wygrywaniu. Mamy przeszłość pełną zwycięzców, a dziś chcemy, by kibice LFC wiedzieli, że to podejście będzie kontynuowane w podejściu do tego wielkiego klubu.

Mogliśmy być wobec nich nieco sceptyczni, słyszeliśmy już podobną "gadkę" parę lat wcześniej. Martin Broughton, którego rola w sprzedaży klubu była zbliżona do tej, którą wykonywano przy czyszczeniu stajni Augiasza (w ogólości oraz przed samym Sądem Najwyższym), potwierdzał te słowa. Znów, byliśmy nieco sceptyczni, lecz byliśmy w stanie dać im pewien kredyt zaufania. Tom Hicks kontynuował swoje ględzenie o "Epickim Szwindlu" w dającej się przewidzieć przyszłości.

Na boisku, wyniki nie były zbyt dobre, byliśmy naprawdę na dnie i mogliśmy iść tylko w górę. Rok 2010 zakończył się, a nowy zaczął i wszyscy mieliśmy nadzieję, że tak samo będzie z naszym romansem z Liverpoolem.

Zawsze jacyś właściciele muszą być, Amerykanie, Arabowie czy Europejczycy, i muszą być uczciwymi wobec fanów, a nie tylko wobec prasy. Jacyś, wyrażalni przez zwykłego człowieka z ulicy. Powinni być na filmie! Błyskawicznie dali nam to. Mówili, że nie będą składać niedorzecznych obietnic odnośnie stadionu albo ile będzie wydane na nowych graczy. To był dobry ruch. Uczciwi jak Beavis i Butthead (postaci z animowanego programu na MTV w połowie lat '90 - y.), co mogło okazać się dla nich niewygodne, to coś, czego oczekiwaliśmy.

Nowi 1:0 Starzy

Gdy fani robili coś, czego jeszcze świat nie widział (a przynajmniej nie ze strony fanów Liverooolu), domagając się dymisji Roya Hodgsona, właściciele chcieli po prostu zrozumieć, co należy zrobić. Dostał na początku parę miesięcy dla próby zachowania swojej posady. Wyniki nadal były bardzo zmienne i fakt, że Kenny Dalglish był wciąż blisko klubu, nie pomagał Royowi. Co prawda Anglik zawsze pracował trochę "na kredyt" - właściciele widzieli, co fani robili z Gillettem i Hicksem, i zrozumieli, że to nie jest "ot, taki hałas z którym trzeba żyć". Byli ludźmi raz jeszcze zachęcanymi do odegrania nieco większej roli w klubie. NESV (tak przynajmniej się wtedy jeszcze nazywali) zrozumieli, że muszą zrobić to samo z klubem futbolowym, który właśnie kupili, co zrobili z drużyną baseballu, którą przebudowywali już od paru lat z niezłym skutkiem.

Nowi 2:0 Starzy

Jeśli było coś, co Hick i Gillett zauważyli, to fakt, że zarządzają potężną marką sportową, znaną na całym globie, która nie była nawet blisko maksymalizacji swoich dochodów komercyjnych. Koszulki były sprzedawane na całym świecie, lecz w zasadzie to tyle z globalizacji. Zatrudnili Iana Ayre, lokalnego faceta, który radził sobie niespodziewanie dobrze w biznesie w Azji. Miał on także doświadczenie w biznesie sportowym, będąc swego czasu przez parę lat dyrektorem wykonawczym Huddersfield Town. Został zatrudniony jako dyrektor ds. reklamy na Anfield. Rozpoczął od posprzątania bałaganu z klubowymi sklepami, on-line i ogólnymi. Pamiętajcie, byliśmy klubem, który dopiero co wygrał najwspanialszy finał Ligi Mistrzów w historii, a sklepik klubowy był dzień później zamknięty! Tysiące fanów kręciło się w jego okolicy, czekając na paradę! To był klub, którego sklepik on-line nie wykazywał stanu zapasów, a nasz największy zamorski rynek na Dalekim Wschodzie właśnie się budził z powodu "dupkowatego" sposobu robienia biznesu w magazynie. Potem był kotrakt ze Standard Chartered. Muszę tu powiedzieć więcej. Ian Ayre został awansowany na stanowisko Dyrektora Zarządzającego przez FSG (jak NESV jest teraz znane) w marcu 2011. To pokazuje, jak bardzo jest zaangażowany w sprawy klubu, ale także jak bardzo John W. Henry i Tom Werner są świadomi w sprawach biznesowych, a także jak bardzo jest on (Ian Ayre) do tego klubu przywiązany. Hicks i Gillett wiedzieli, że klub jest prowadzony na poziomie warzywniaka na rogu, a chcieli go prowadzić jak supermarket. Ich pierwszym krokiem w tym celu było ściągnięcie Ayre. Decyzja, która ostatecznie doprowadziła do zabrania klubu z ich rąk, której żałują. Mimo tego, od ich czasów znacząco wzrósł poziom zysków handlowych.

Nowi 2:1 Starzy

Mimo tego w zespole był problem. Drużyna nie stanowiła jedności. Nie twierdzę, że byli sobie wrogami, lecz coś zgrzytało i coś musiało być na tym polu zrobione. Bez ogródek, Hodgson odszedł; bez żadnego gdybania, po prostu odszedł! To był moment, w którym nowi właściciele mogli się pokazać, że futbolowa strona klubu ich interesuje. Dalglish został namaszczony na stanowisko przez fanów zaraz po odejściu Rafy, lecz powiedziano mu: "Nie ma mowy!". Wciąż o niego proszono podczas rządów Hodgsona. Co mogło to przynieść? Dalglish został wezwany z powrotem ze styczniowego wypoczynku i miał 6 miesięcy na zaprezentowanie się. Sprawy zaczęły nabierać dobrego obrotu! Ludzie mieli trochę obaw przy okazji powrotu Kenny'ego. Mówiono, że był poza grą od bardzo długiego czasu, że wypadł z obiegu. Porażka z Manchesterem United w pierwszym meczu nie mogła niczego umniejszyć. Nie był na niczyim garnuszku. Wiedział, że potrzebuje nieco wsparcia - i tak przybył Steve Clarke, stary przyjaciel Kenny'ego. Co ważniejsze, to także człowiek, który był u boku Mourinho w Chelsea, gdy the Blues święcili swoje największe sukcesy. Powoli, lecz pewnie, wątpiący mieli okazję zostać wyprowadzonymi z błędu. Zaistniała nawet szansa otarcia się o miejce premiowane kwalifikacjami do Ligi Mistrzów. Właściciele zrobili, czego chcieli fani; podjęli ryzyko. Wiedzieli, że to tylko krótkoterminowa umowa, lecz zrobili to, czego oczekiwali kibice i wiedzieli, że tylko seria druzgocących porażek pozwoli na swobodne odsunięcie go od stanowiska. Ale w zasadzie, to nie miało nawet szans się ziścić, czyż nie? Zakończyliśmy sezon na szóstej pozycji i niemała w tym zasługa Kenny'ego i jego umiejętności scalenia zespołu, a sprawy zaczęły się toczyć jak za starych, dobrych lat. Jeśli coś trzeba powiedzieć, to coś jest mówione.

Nowi 3:1 Starzy

Podczas styczniowego okna transferowego oczy wszystkich były zwrócone w stronę nowych właścicieli i tego, co zrobią. Była chwila zwątpienia odnośnie transferu Luisa Suareza. W końcu pieniądze zostały wyłożone, gdy coś zaczęło się mieszać w tle. Ryan Babel ostatecznie wyleciał, lecz Fernando Torres poprosił o wysłuchanie ofert zań składanych, co mogło stać się hamulcem. Chelsea przyszła ze swoją ofertą na 35 milionów, a klub grzecznie odpowiedział "Nie!". Przyszli więc z ofertą na 40 milionów, a my znów: "Nie!". Przy okazji powiedzieliśmy im, że jak chcąc wrócić, to muszą wyłożyć 50 milionów, więc je wyłożyli. Niewiele wiedzieliśmy, lecz dziś wydaje się, że to z grubsza prawidłowa rekonstrukcja tych wydarzeń. Przy okazji próbowaliśmy wymienić Torresa, skoro nieuniknioną była jego sprzedaż. Gdy wszystko się stało, kupiliśmy Andy'ego Carrolla szokując cały świat. 35 milionów funtów za kontuzjowanego i nie do końca sprawdzonego piłkarza. Wtedy to John W. Henry (jeśli dobrze pamiętam) miał słówko na ten temat.

Powiedział, że transfer Suareza był i tak planowany, zaś za Torresa chcieliśmy 15 milionów więcej niż zapłaciliśmy za Carrolla. Zapracowało, a sumaryczny koszt par Suarez i Carrol oraz Torres i Babel był z dokładnością do 2 milionów podobny: 56 milionów funtów. Niezły interes. Babel regularnie cieniował (choć chciałbym go zobaczyć pod skrzydłami Kenny'ego), a Torres już nie był tym dawnym Torresem (i wydaje się, że ta diagnoza jest wciąż trafna... widzieliście zdjęcia z okresu przygotowawczego Chelsea? Oczywiście, jeśli język ciała może być tutaj wyznacznikiem).

Nowi 4:1 Starzy

Zakończyliśmy więc sezon na szóstej pozycji i nie zagramy w Europie w nadchodzącym sezonie. Nie wiem za dużo o was, lecz odnoszę wrażenie, że Anfield było przesadnie zatroskane. Pieniądze, które uzyskuje się za udział w Lidze Europy to grosze w porównaniu z tym, co może przynieść Liga Mistrzów i nieporównywalnie większe kłopoty z podróżami na parę dni przed kluczowymi pojedynkami w lidze. Fajnie byłoby zgarnąć to trofeum w Maju 2012, lecz jakoś mnie to nie rusza.

No i przychodzi ostatnie lato. Sciągnęliśmy Alexandra Doniego jako zabezpieczenie dla Pepe Reiny oraz Jordana Hendersona za 20 milionów z Sunderlandu. Angielscy piłkarze kosztują niezwykle dużo, lecz wydaje się, że FSG to rozumie i uważa za zło konieczne, zapłacić aż tyle i przy okazji zabezpieczyć się w kwestii nowych przepisów odnośnie piłkarzy z Wysp (home grown). Ponadto, niektórzy młodzi zagraniczni piłkarze wydają się być niezłym biznesem. Jeśli to przyniesie owoce, gdy dotrą do pierwszego składu (jeśli dotrą), będą się liczyli jako piłkarze z Wysp ze względu na czas, który spędzili w Anglii. Jedynie czas powie, czy to przyniesie efekt. Nie jestem optymistą bardziej niż na początku każdego sezonu.

Jednej rzeczy jestem mimo tego pewien. Moim zdaniem, wcale nie wpadliśmy z deszczu pod rynnę (to nasz analogon angielskiego zwrotu: out of the frying pan, into the fire - wyskoczyć z patelni prosto w ogień, który wyjaśnia tytuł - y.). Czuję, że będziemy w lepszej sytuacji w najbliższym sezonie zarówno na boisku, jak i poza nim. Wydaje mi się, że ręka opatrzności nad nami czuwa. Jednym tego przejawem jest nowy kontrakt z Warriorem - to tylko mały detal i nikt nie jest pewien, czy to prawda, te 25 milionów rocznie, lecz niewątpliwie jest to umowa wyższa niż dotychczas rekordowy kontrakt Nike z Manchesterem United. A przy okazji Nike, stare stanowisko Iana Ayre zostatało zapełnione Grahamem Bartlettem - kolejnym lokalnym gościem, który poza byciem kibicem klubu, ma doświadczenie nie tylko w świecie sportu z Nike, ale również w strukturach futbolowych jako były szef biznesowy UEFA.

Podsumowanie

Trzy punkty przewagi Fenway Sposts Group miażdży Hicksa i Gilleta w niekwestionowany sposób, jak widzicie. Johnie W. Henry i Tomie Wernerze - NIE ZAWIEDŹCIE NAS!

Pidge

Autor: yooz Dodano: 31.07.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON