Dlaczego potrzeba kontekstu, a nie cierpliwości

Cierpliwość. Szybko wystukiwana na każdym laptopie, przypominająca fanom, że powinni dać Dalglishowi i jego piłkarzom więcej czasu po remisie 1:1 z Sunderlandem. W swej kolumnie podczas ostatniego roku użyłem tego słowa wiele razy. W tym przypadku jednak, słowo "cierpliwość" jest nie na miejscu, wskazuje bowiem na to, że ciągle coś jest nie tak, a menadżer i piłkarze potrzebują więcej czasu, żeby to naprawić.

Cierpliwość była potrzebna, kiedy Kenny Dalglish przejął stery i starał się uporządkować obronę, wzmocnić atak i przywrócić pewność siebie tym, którzy utracili ją w wyniku wcześniejszych sześciu miesięcy. Była także potrzebna tego lata, gdy klub zbierał odpowiednich piłkarzy i - niewątpliwie - ciągle jest potrzebna, bo menadżer wciąż stara się ukształtować zespół zgodnie ze swoją wizją. Możecie więc zrozumieć, dlaczego to słowo było tak często używane.

Po godzinie spotkania z Sunderlandem, Anfield stało się niespokojne. Pieśni zamieniły się w westchnienia. Każde niecelne podanie było krytykowane. Każdy niecelny strzał i zaprzepaszczona okazja, spotykały się ze zbiorowym łapaniem się za głowy. To brzmiało jak niecierpliwość. To jednak nie była niecierpliwość. Nie było powodu, by być niecierpliwym. Kibice zobaczyli w ciągu pierwszych piętnastu minut, do czego zdolny jest ich zespół.

Karny Suareza - w prawdzie nie strzelony, ale wypracowany dzięki jego staraniom. Gol, który stworzył Charlie Adam lewą nogą. Dwie rzeczy, których Anfield spodziewa się w tym sezonie. Były także i inne. Tłum przybył, oczekując, że Pepe Reina będzie dowodził, Agger stworzył obronę nie do przebycia, a Lucas będzie dyktował tempo. Powiedziano im, co nowe nabytki przyniosą ze sobą: Enrique inteligencję, Henderson energię, a Downing dodatkową penetrację.

Fani Liverpoolu mogli to wszystko zobaczyć, zanim minęło pół godziny nowego sezonu. Podania Enrique do Suareza, świetne partnerstwo Hendersona z Lucasem, a potem - co było szczytem uniesienia - Downinga, próbującego złamać poprzeczkę. No i oczywiście był też niezły gol Andy'ego Carrolla, zdobyty dzięki temu, że był w stanie wyskoczyć wyżej, niż obrońca.

Efekty świetnych, pierwszych 45 minut zostały przekreślone natychmiast po tym, jak Dowd rozpoczął drugą połowę. Gol Larssona zadziałał jak przełącznik - pobudzenie i niepokój pojawiły się zarówno na trybunach, jak i na boisku. Anfield już wiedziało, do czego ten nowo zbudowany zespół jest zdolny. To nie była niecierpliwość, to były niepokój i frustracja; niepokój - bo rezultat odbiegał od tego, na co zasłużyliśmy po pierwszej połowie; frustracja - bo ten niepokój miał solidne podstawy.

Mimo tego, co niektórzy powiedzą, niewielu było takich, który zaliczyli słaby występ przeciwko Sunderlandowi. Zespół po prostu nie był wstanie odzyskać formy, jaką prezentował w pierwszej połowie, a na którą - co fani wiedzieli - jest go stać.

W pierwszej połowie cała drużyna wydawała się poruszać na jakimś telekinetycznym pasie transmisyjnym, ustawiając się perfekcyjnie na pozycjach, w oczekiwaniu na piłkę. Obrona wyglądała solidnie, środek grał płynnie, a Carroll i Suarez co chwila testowali obronę przeciwników, która nie wiedziała, którego z nich powinna pilnować.

Nowe nabytki Dalglisha zaadaptowały się wspaniale, podczas gdy filary poprzedniego sezonu ciągle zadziwiały. W prawdzie to wszystko zmieniło się w drugiej połowie, wystarczyło jednak, by pokazać, że wiele aspektów zostało poprawionych i jest na czym budować.

Kończący spotkanie gwizdek Dowda był niczym ostra, przeszywająca igła gasząca przedsezonowy optymizm. Podczas gdy ludzie z Kop wychodzili na ulicę, to raczej rozczarowanie, a nie złość unosiło się nad nimi. To nie na cierpliwość muszą się zdobyć fani Liverpoolu, ponieważ zdążyli już zobaczyć do czego ich zespół jest zdolny. To czego teraz potrzebują to konkrety.

Remis z Sunderlandem to coś, co podczas sezonu przydarzyć się może każdemu zespołowi ze szczytu. Arsenal, Chelsea, Manchester City i Tottenham też utraciły punkty na własnych stadionach, w meczach, które powinny wygrać. Nawet Manchester United, z niewiarygodnymi wynikami na własnym gruncie, wygrał z West Brom zaledwie 2:1.

Na początku sezonu fani widzą to jednak inaczej. Nowy początek, czysta tabela i okazja, by pofantazjować z przyjaciółmi na temat tego, co następne dziewięć miesięcy może przynieść. Jeśli dyktuje się tempo, rozumie i czyta grę, stwarza zagrożenia przez pierwsze 45 minut, a mimo to nie jest się wstanie powtórzyć tego w drugiej połowie - to może być rozczarowujące. A to rozczarowanie wzmocnione zostało faktem, że przytrafiło się na samym początku sezonu.

Spotkanie z Sunderlandem było zaledwie pierwszym długiego sezonu, a pierwsza jego połowa spowodowała, że każdy fan tryskał optymizmem. Pepe Reina, Jamie Carragher i Daniel Agger nie zapomną jak stworzyć silną obronę. Lucas nie zapomni, jak patrolować środek boiska. Charlie Adam nie zapomni, jak wykorzystywać stałe fragmenty gry. Stewart Downing nie zapomni, jak znaleźć Andy'ego Carrolla, a Luis Suarez nie zapomni, jak być Luisem Suarezem.

To, co wkrótce zostanie zapomniane, to słaba druga połowa, do której przyczynił się dobrze zorganizowany zespół Stevego Bruce'a, słabe sędziowanie, kontuzje i główny napastnik drużyny, ciągle odczuwający udany występ podczas Copa America.

Kiedy Liverpool pojawi się na Emirates, cały kontekst będzie bardziej klarowny. Niekoniecznie muszą zdobyć trzy punkty - fani nie będą potrzebować cierpliwości, widząc, że ich piłkarze są wstanie grać zgodnie z wizją zespołu, jaką ma Dalglish. A właśnie to będzie miało znaczenie na przestrzeni 38 meczów, zwłaszcza gdy poziom zaprezentowany w pierwszej połowie, zostanie utrzymany przez całą grę.

Wkrótce Johnson i Gerrard wrócą, odzyskawszy pełnie sił, a Suarez będzie wstanie zagrać całe 90 minut. Trzech piłkarzy, grających wielką rolę w tym, co zamierza osiągnąć Dalglish. Johnson wędrujący po prawej, Gerrard korzystający z miejsca na środku i Suarez wykorzystujący wszystko, co tamci stworzą.

Fani nie potrzebują więcej cierpliwości i trzeba im wybaczyć, żę nie chcą czekać dłużej, by zobaczyć całą siłe swego zespołu.

Kristian Walsh

Autor: Asfodel Dodano: 20.08.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-20, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON