100 ważnych wspomnień » 4

Numer 4 na liście 100 Ważnych Wspomnień Liverpoolu zajmuje najpiękniejszy finał Ligi Mistrzów w historii, w którym The Reds grali z Milanem w Stambule. Zapraszamy do lektury opisu nocy, po której Liverpool miał znacznie większe grono kibiców.

Neil Dunkin, autor ‘Anfield marzeń: Odyseja Kopites od drugiej ligi do Stambułu’ wspomina na łamach serwisu This is Anfield podróż do Stambułu, gdzie czekała go noc prawdy, baśni, niewiarygodnych zdarzeń i ludzkich dramatów.

Liverpool 3:3 Milan (3:2 w karnych)
Finał Ligi Mistrzów 2004-2005
25 maja 2005
Attaturk Stadium
70 024 widzów

Kiedy dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego wchodziłem na stadion ze swoim synem Russem obok wejścia dla VIP-ów, ze strony włoskich kibiców doszły nas okrzyki ‘Diego! Diego!’. W ten sposób dowiedzieliśmy się o obecności Maradony na wielkim finale. Rozmawiał on właśnie z jednym z fanów i wyglądał zdrowo i w żaden sposób nie przypominał grubego potwora, którego można było zobaczyć na pierwszych stronach gazet.

Zlekceważyliśmy szansę na zdobycie autografu ‘El 10’ (Diego, ty wiesz gdzie przyłożyć rękę) i poszliśmy wyżej, niż znaleźlibyśmy się wchodząc na szczyt Walton Breck Road na górze West End na Anfield. Znaleźliśmy się nad sekcją dla mediów, w miejscu, z którego mielimy wspaniały widok na cały stadion. Nie było tak źle, chociaż pewien kibic Galatasaray zapewniał nas, że na naszych miejscach będziemy tak daleko od murawy, jakbyśmy znaleźli się w innej strefie czasowej.

Pomimo wczesnego przybycia na stadion, godziny oczekiwania minęły nam błyskawicznie na obserwowaniu, jak trybuny zapełniają się z trzech stron kibicami Liverpoolu, aż w końcu zobaczyliśmy, jak piłkarze wychodzą na rozgrzewkę. Już wtedy było mi słabo, ale nie z powodu wysokości, na jakiej się znajdowałem, a z podniecenia.

Wszyscy byli zaskoczeni widząc Harry’ego Kewella w podstawowej jedenastce. Rafa musiał widzieć, jak skrzydłowi PSV szarpali Milan w półfinale. Wszystko było gotowe do wielkiej wiktorii Liverpoolu, kiedy nadeszła 53 sekunda meczu.

Milan przeprowadza swój pierwszy atak, Traore głupio fauluje i Maldini strzela bramkę z woleja. Najszybciej strzelony gol w Lidze Mistrzów w siódmym finale Maldiniego. Szok, to mało powiedziane.

Przed meczem Jose Mourinho mówił przed meczem, że The Reds nie będą mieli najmniejszych szans, jeśli stracą bramkę jako pierwsi. Teraz mogliśmy się przekonać, czy miał rację. Niestety, było coraz gorzej. Oczywiście Kewell nie jest w pełni sił, więc w pierwszej połowie musi go zastąpić Smicer, który może tylko stać i podziwiać piękną grę Milanu, którą reżyserował Ricardo Izecson dos Santos Lite, znany tez jako Kaka. Przemykając przez naszą obronę jak duch jeszcze przed przerwą dwukrotnie wystawił piłkę Crespo i było 3:0. Straszny wstrząs.

Łzy kręciły się w oczach, wszystko wydawało się stracone, ale nasze Scouserskie dusze nie chciały się poddać. Proszę, proszę niech chłopcy usłyszą nas w szatni. Nasz wzniosły hymn musi, po prostu musi podnieść naszych pokrwawionych wojowników, których Rafa prowadził na bitwę. Benitez musiał używać obcego dla siebie języka, w którym nie czuł się komfortowo, aby zmotywować będących w szoku zawodników. Tak przemowę Rafy w szatni wspomina Jerzy Dudek:

- Nie pozwólcie się złamać. Jesteśmy Liverpoolem, a wy gracie dla Liverpoolu. Pamiętajcie o tym. Musicie trzymać głowy wysoko dla swoich fanów. Zróbcie to dla nich. Przyjechali za wami długą drogę i nie możecie ich zawieść. Nie macie prawa nazywać się piłkarzami Liverpoolu, jeśli się teraz poddacie. Jeśli stworzymy parę okazji, będziemy mieli szansę na powrót do gry. Uwierzcie w to, a będziecie mogli tego dokonać. Dajcie sobie szansę, na zostanie bohaterami.

Na trybunach właśnie rozbrzmiewały ostatnie dźwięki You’ll Never Walk Alone, a kibice zaczęli śpiewać piosenkę znaną z North Stand ‘Wygramy 4:3’. To byli prawdziwi Scouserzy, śmiejący się w obliczu nieszczęścia. Nie można było się nie uśmiechnąć.

Pozostała część przerwy została w mojej głowie jako niewyraźna plama, złożona z widoków i uczuć, których tak naprawdę mój mózg nie mógł zarejestrować. Wszystko było nieważne, kiedy Czerwoni pojawili się znowu na boisku. Nasz środek pola został przetasowany wejściem Hammana, co oznaczało, że Gerrard będzie mógł częściej atakować.

Od rzeki Liverpool płynącej w australijskiej ziemi Arnhem, do plaży Liverpool w arktycznej Kanadzie, cały świat widział czerwoną burzę, czyli trzy niesamowite gole w sześć szalonych minut.

Mniej więcej z punktu 11 metrów Gerrard pięknie strzela głową i jest 3:1. Gramy dalej! Smicer uderza z 25 metrów i zdobywa bramkę w swoim ostatnim meczu dla Liverpoolu, 3:2! Wbiegający w pole karne Gerrard pada zahaczony przez Gattuso. Alonso kieruje piłkę w prawy róg bramkarza. Dida broni, ale Xabi biegnie już w stronę bramki i wbija do niej piłkę. Nasz spokojny pomocnik, który mówił ‘Wolę nikogo nie nienawidzić, staram się tylko kochać Liverpool’ strzela bramkę na 3:3. Tak, 3:3. Powtarzam, 3:3.

The Reds nie poddali się i wydostali się z grobu, który wykopali dla nich piłkarze Milanu. To był najbardziej niesamowity powrót w historii finałów Ligi Mistrzów. Na stromej zachodniej ścianie stadionu można było wyczuć strach przed nadchodzącą dogrywką. Milan dominował przez całe 30 minut, a w 117 minucie Dudek dokonał cudu, broniąc dwa strzały Szewczenki, które po prostu musiały wpaść do bramki. Zdecydowanie najbardziej niesamowita interwencja, jaką w życiu widziałem. To była prawdziwa ręka Boga, a nie to złodziejskie zagranie Maradony. Obrona, która wstrząsnęła światem.

Sheva, król napastników, który był w posiadaniu butów Iana Rusha, nie strzelił w takiej sytuacji. Crespo trzyma się za głowę jakby wiedział, że Milan nie wygra już tego finału.

- Wiedziałem, że w tym momencie powiedzieliśmy pucharowi do widzenia- mówił potem Argentyńczyk.

Nasi zawodnicy grali totalnie wyczerpani, dopóki sędzia nie dał wreszcie znaku na zakończenie dogrywki. Wszystko sprowadza się do karnych. W kole środkowym Carra wymachuje pięściami przed twarzą Jerzego, chcąc go jeszcze bardziej zmotywować. Mnie nerwy z dogrywki pozostawiły dziwnie rozproszonego, nie mogłem się skupić na tym, co miało się za chwilę wydarzyć. Była to jakaś chemiczna reakcja mojego organizmu na dawkę emocji, którą przyjął tego wieczoru. Jeszcze niedawno byliśmy na dnie przepaści, a teraz jakaś paranormalna siła wzniosła mnie, kibiców, drużynę i klub na wyciągnięcie ręki od pucharu.

Zaczynają się karne. Serginho nad poprzeczką, 0:0. Hamman trafia, 0:1. Dudek broni strzał Pirlo, 0:1. Cisse spokojnie strzela, 0:2. Thommasson lekko strzela, 1:2. Dida zatrzymuje Riise, 1:2. Kaka strzela, 2:2. W tym momencie zauważam, że Dida zawsze rzuca się w prawo, a Smicer nie zawodzi i jest 2:3.

Nadchodzi moment prawdy. Szewczenko ma ostatnią szansę na przedłużenie nadziei Milanu. Jeśli nie trafi, przegrają. Idąc ze środka boiska aby ustawić piłkę, Sheva wyglądał, jakby zmierzał na szubienicę.


Zegar pokazuje 29 minut po północy, na tych dwóch graczy patrzy 500 milionów ludzi. Sheva podbiega i uderza piłkę w sam środek. Dudek rzucał się w swoje lewo i minąłby się z piłką, ale wysuwa lewą rękę i sięga jej palcami. Obronił! 2:3! LIVERPOOL MISTRZAMI!

Po 11 golach strzelonych na jedną bramkę, za która siedzieli kibice Milanu, wygrywamy! Ze swoich tronów na górze, 96 osób uśmiecha się szeroko w stronę Attaturk Stadium. Oni byli z nami w każdej sekundzie tego meczu. Tak jak wszyscy inni Czerwoni dookoła, ja i Russ ściskamy się, płaczemy i krzyczymy zatracając się w euforii.

Obcy ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałeś, obejmują cię i szczerze całują. Ludzkie ciepło, esencja Anfield Road. Scouserzy, którzy wieźli prochy swoich bliskich całą drogę z Merseyside aby dzielić z nimi ten błogosławiony moment, pozwalają im odejść do nieba nad Anfield.


Łzy płyną po twarzach dorosłych mężczyzn. W sekcji dla mediów jeden z prezenterów też nie potrafi zachować neutralnego wyrazu twarzy. To stary Liverpoolczyk, Michael Robinson. Jerzy, który uświadamia sobie, że broniąc strzał Szewczenki dał Liverpoolowi Puchar Europy, tonie w objęciach kolegów z drużyny.

Jak po 30 latach przebijania się poza mury Ashworth Hospital, Jamie Carragher zatacza się biegnąc przez boisko z otwartymi z niedowierzania ustami i mija Dudka, aby pobiec do kibiców zgromadzonych przy linii bocznej i świętować razem ze swoimi ludźmi.

Cudowne, cudowne delirium Poza zasięgiem wiary, rozumu i logiki. Moja poprzednia podróż na finał Pucharu Europy w 1985 zakończyła się horrorem Heysel. Doświadczenie nocy w Stambule zatarło tamte straszne wspomnienia, przepędziło demony. Wszyscy byliśmy w ekstazie.

Na trybunach kibice i fanki Liverpoolu doświadczali niebiańskiego uniesienia, chwalili swoich bohaterów. Najwspanialsza drużyna w Europie i najlepsi kibice tworzą duet nie do zatrzymania i wspólnie zdobywają trofeum.


Skład Liverpoolu: Dudek, Finnan (Hamann), Carragher, Hyypia, Traore, Alonso, Garcia, Gerrard, Riise, Kewell (Smicer), Baros (Cisse).

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u