Dajmy kibicom wierzyć w zwycięstwo

Jürgen Klopp wciąż oddala pytania dziennikarzy o szanse na mistrzostwo. Można pomyśleć, że z jakiegoś powodu nie chce, byśmy wierzyli w triumf The Reds... Sorry, Jürgen, ale kibice Liverpoolu mają święte prawo delektować się nowo nabytą wiarą w sukces swoich idoli.

– Spokojnie – mówił, gdy kibice na The Kop śpiewali o zdobyciu mistrzostwa na kilka kolejek po rozpoczęciu sezonu. Takiego entuzjazmu na trybunach nie dane nam było uświadczyć od czasów Alana Hansena.

Jak tylko jakaś drużyna wspina się na szczyt tabeli słychać przeróżne opowieści ku przestrodze.

– Nie dajmy się ponieść – głoszą transparenty dzierżone w rękach fałszywych proroków głoszących zagładę, których czołową ambicją jest przekonanie nas o tym, że na Anfield zbliża się katastrofa.

Oczywiście Klopp nie zatraci się w entuzjazmie. Jego podopieczni również zachowają zimną krew. Co mecz powtarzają, że skupieni są tylko na najbliższym spotkaniu. Te słowa stają się mantrą, którą dziennikarze w montażu wolą wycinać z relacji, niż powtarzać w kółko to samo.

Jak w tej całej sytuacji wypadają kibice? Im nie można mówić, żeby nie dawali się ponosić emocjom. Fani i tak będą szaleć. I tak powinno być. Przez dwadzieścia sześć lat mogli tylko marzyć o tym, co się właśnie dzieje wokół ich ukochanego klubu. Nie powinno nikogo dziwić, że chcą się delektować tą chwilą, dopóki trwa. Dlaczego niby mamy kręcić głowami z dezaprobatą, gdy wszyscy tak doskonale się bawią? Ci, co chcą trzeźwego podejścia do futbolu mogą się zamknąć w klasztorach i stamtąd oglądać mecze.

Przez ostatnie dwadzieścia sześć lat Liverpool nie zdobył mistrzostwa kraju. W tym okresie było bardzo niewiele okazji do podziwiania zespołu w tak wysokiej formie. Od 1990 roku na tak wczesnym etapie kampanii drużyna nie cieszyła się podobnym zaufaniem kibiców. Fani z The Kop zapomnieli już, jak to jest przyjść na mecz bez poczucia strachu i głowy pełnej wątpliwości – nie tylko w kwestii tego, czy drużyna wygra, ale także czy zagra z klasą, jakiej można oczekiwać od The Reds.

Anfield to zawsze było miejsce, gdzie ludzie dawali się ponieść atmosferze. Ci, którzy ostrzegają przed histerią ewidentnie nic nie wiedzą o tym stadionie. Jeżeli ktoś chce inwestować setki funtów rocznie, by móc zasiąść na trybunach, założyć ręce na piersi i ganić się za wiarę w to, że zespół jest w stanie wygrać mecz, to krzyżyk na drogę. Czy nie lepiej z ekscytacją dyskutować o tym, czy już w tym roku zakończy się posucha? Czy to nie lepsze niż nieśmiałe przebąkiwanie o znaczeniu walki o miejsce w Lidze Mistrzów dla klubowego budżetu?

W głębi duszy Kloppowi nie przeszkadzają emocje kibiców. Menedżer tłumi jednak swój własny entuzjazm i nawołuje do spokoju w każdym wywiadzie. Powinien zachować profesjonalizm w sytuacjach zawodowych, ale ważna jest także wiedza o tym, że podekscytowane, rozkrzyczane i radosne Anfield to potężna broń.

Istnieje taki mit, który wypadałoby wreszcie obalić. Mówi się, że gdy dwa lata temu Liverpool przegrał wyścig o mistrzostwo, stało się to z powodu poczucia zwycięstwa, które pojawiło się w piłkarzach i kibicach na zbyt wczesnym etapie. Nadmierna wiara w siebie miała negatywnie wpłynąć na grę zespołu w pamiętnym meczu z Chelsea. To klasyczny przykład przepisywania historii na nowo, by służyła celom zwycięzców lub tych, których ciężko nazwać fanami Liverpoolu.

Fakty są takie, że w tamtym sezonie gra poprawiła się znacząco, a kibice zaczęli okazywać wiarę i nadzieję dopiero, gdy okazało się, że Liverpool jest w stanie dogonić w tabeli Manchester City. Od 1 stycznia 2014 roku do przegranej z Chelsea Liverpool wygrał 14 z 16 meczów ligowych. Były to w większości spotkania na Anfield, przypominające swoją otoczką rozgrywki europejskie, podczas których kibice jeszcze na ulicach przed stadionem tradycyjnie witają drużynę i menedżera. Nie doszło wtedy do implozji pod zbyt dużym ciśnieniem. Wśród wszystkich zainteresowanych nie dało się odczuć szaleństwa, które mogło potencjalnie stłamsić kreatywność piłkarzy. Nastroje wśród kibiców prowadziły jednak drużynę w stopniu podobnym do wyczynów Luisa Suareza.

Gdy Jose Mourinho postawił blokadę na murawie, w grze w końcu przeważyła naiwność i brak doświadczenia. To było niewątpliwie bardzo bolesne, ale nagłe załamanie atmosfery było wynikiem taktyki przeciwników, a nie masowej histerii wokół tego spotkania. Mourinho wypunktował brak doświadczenia swojego niegdysiejszego podopiecznego, Brendana Rodgersa. Zmusił Liverpool do atakowania i odkrycia się, podczas gdy dla The Reds wynik 0-0 byłby w pełni akceptowalny. Trudno sobie wyobrazić, że Klopp da się nabrać na takie sztuczki.

Problem Liverpoolu polegał wtedy na tym, że drużyna nie mogła sobie pozwolić na ani jeden błąd. Zespół tego pamiętnego dnia niestety zaliczył pierwszą wpadkę, ale trzeba przyznać, że droga do tego momentu była niezwykle emocjonująca. Drużyna ściśle współdziałała z kibicami. Entuzjazm sprawił, że z klubu skazywanego na porażkę w kilka miesięcy Liverpool zmienił się w jednego z faworytów. Ostatecznie okazało się jednak, że przed The Reds jeszcze sporo pracy. Manchester City był wtedy po prostu zdecydowanie lepszy.

Różnica między tamtym sezonem i teraźniejszością polega na tym, że obecnie to Liverpool wyróżnia się w lidze. Jest szansa, że stanie się zespołem, który cała reszta musi gonić. Oczywiście, z całą pewnością i bez cienia wątpliwości jest jeszcze zbyt wcześnie, by wieszczyć zdobycie mistrzostwa przez Liverpool, szczególnie biorąc pod uwagę klasę Manchesteru City, Chelsea, Arsenalu i Tottenhamu. W oparciu o doświadczenie można stwierdzić, że The Reds będą jednym z faworytów, co samo w sobie odróżnia obecny sezon od wielu poprzednich kampanii.

To, że kibice z The Kop dają się ponosić emocjom nie jest oznaką arogancji, zbytniej pewności siebie, czy infantylnej pasji. To po prostu miłośnicy naszego klubu korzystają z sytuacji, jakiej dane im było doświadczać stanowczo zbyt rzadko. Nie można ich winić za czerpanie z tej radości pełnymi garściami. Można powtarzać, że „dają się ponieść”, ale ostatecznie to właśnie ten entuzjazm może pomóc drużynie Kloppa w zdobyciu wytęsknionego trofeum.

Chris Bascombe

Autor: Konop Dodano: 09.11.2016

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u