Mamy skład na środek tabeli

Okej, wpadłem do – delikatnie mówiąc – twitterowej króliczej nory, w której dowiedziałem się, że Liverpool ma „skład na środek tabeli”. Mnóstwo ludzi zgodziło się z tym dziwnym stwierdzeniem, pomimo braku jakichkolwiek logicznych argumentów. Witajcie w 2017 roku.

Zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie, gdy ludzie zasugerowali, że 6 i 7 miejsce to „środek tabeli” (nie bacząc na to, że the Reds są obecnie na piątej pozycji).

Nie chcę wracać do przedsezonowego typowania, ale na ten moment tylko Spurs zajmują pozycję zdecydowanie powyżej oczekiwań. Wcześniej w tym sezonie byli na piątym miejscu, a Liverpool na drugim. Wszystko się zmienia, często całkiem szybko. Spurs prawdopodobnie wyprzedzają swój „projekt” o cały sezon. Projekt, którym jest budowa drużyny opartej na młodych, dobrych zawodnikach, ciężkiej pracy i jedności w drużynie.

Wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy.

Kupowanie zawodników z mniejszych klubów, drużyn ze środka tabeli, wcale nie znaczy, że są to piłkarze na miarę ligowej przeciętności. Wielu czołowych zawodników w historii Liverpoolu przyszło na Anfield z małych klubów.

Oczywistym jest, że Liverpool nie kupi zawodników z drużyn czołowej szóstki (może z wyłączeniem odpadków) i Evertonu. Nikt z nich nie sprzeda zawodnika rywalowi, zwłaszcza biorąc pod uwagę rosnące przychody z transmisji, przez które wymiana piłkarzy pomiędzy największymi drużynami Premier League praktycznie już nie istnieje. Spurs i Arsenal nie sprzedają już nikogo do Manchesteru.

Niełatwym zadaniem jest także kupowanie z dużych europejskich klubów (chyba że zawodnik nie jest już chciany w drużynie), zwłaszcza gdy nie możemy zaoferować im gry w Lidze Mistrzów. Pensje i wydatki na transfery Liverpoolu są ściśle powiązane z dochodami klubu, w związku z czym są daleko w tyle za możliwościami finansowymi Manchesteru United.

Liverpool nie jest w stanie pozyskać najlepszych zawodników z Bayernu Monachium, a Jürgen Klopp obiecał nie sprowadzać nikogo z Dortmundu.

Większość obecnych piłkarzy Chelsea pochodzi z mniejszych klubów: Boltonu, Genk, Leicester, Lille, Wigan itp. Ste Hoare na Twitterze dobrze zauważył, że wielu najlepszych zawodników w erze Premier League trafiło do Anglii z mniejszych klubów: „Ronaldo – Sporting, van der Sar – Fulham, Schmeichel Brøndby, Shearer – Southampton, [Roy] Keane – spadkowicz Notts Forest”.

Do tej listy można dodać jeszcze wielu, wielu innych. Nie ma żadnej logiki w stwierdzeniu, że piłkarze z klubów ze środka tabeli nigdy nie przeskoczą tego pułapu. Gdyby tak było, Ian Rush i Kevin Keegan pozostaliby zawodnikami czwartego szczebla rozgrywek.

Biorąc pod uwagę ostatnie spadki formy i absencje, najlepszymi zawodnikami Liverpoolu w tym sezonie są Philippe Coutinho (z borykającego się z kłopotami Interu Mediolan, gdzie mieli zbyt wielu zawodników), a także Adam Lallana i Sadio Mané z Southampton. Roberto Firmino został kupiony z Hoffenheim, gdy ci radzili sobie gorzej niż obecnie. Joël Matip przyszedł za darmo z Schalke i uważam, że na swojej pozycji jest zawodnikiem kompletnym. Według mnie również Jordan Henderson – kupiony z Sunderlandu – był świetny w tym sezonie, a teraz jest kapitanem reprezentacji. Niektórzy fani nie potrafią go docenić – być może dlatego, że nie dorównuje pewnemu zawodnikowi, który trafia się raz w życiu.

Pojawiła się również narracja sugerująca, że Liverpool musi wydawać dużo pieniędzy na piłkarzy. Moja analiza ponad 3000 transferów pokazuje, że ogromne kwoty minimalnie wpływają na standardowe 50% szans na sukces. Liverpool ma piąte dochody w Anglii, więc automatycznie są na piątym miejscu w wydatkach na płace i transfery. Warto również zaznaczyć, że pieniędzy nie wydaje się dla samego faktu wydawania.

Wszyscy możemy przywołać dobre i złe transfery, tanie i drogie, ale ogólny wniosek jest taki, że drogich niewypałów jest tyle samo co udanych transakcji, a niektóre z tych pierwszych paraliżowały kluby. Niektórzy mówią mi, że klub powinien „rozbić bank”. Ja odpowiadam na to, że w przeszłości zrobiło to już Leeds United.

Kupujmy „zwycięzców”, mówią ludzie. Tak jakby głośne nazwiska „zwycięzców” gwarantowały sukces, a mniej znani zawodnicy nigdy nie rośli do tej rangi.

Nie ma w tym wypadku magicznej reguły.

Leicester w zeszłym sezonie (pomimo że była to sytuacja nie z tej ziemi) i Chelsea w obecnym mieli stałe jedenastki przez całe rozgrywki. Nie stosowali rotacji, a w okienku transferowym przed sezonem kupili może dwóch zawodników do podstawowego składu. Nie przeprowadzili rewolucji kadrowej, a przecież sezon wcześniej zajmowali miejsce w środku tabeli.

Na przeciwnym biegunie znajduje się Manchester United, który stosował ogromną rotację pod wodzą Aleksa Fergusona i u nich to działało. Leicester i Chelsea nie znalazły się w sytuacji, w której gra w półfinale Pucharu Ligi w styczniu – zaraz po obfitującym w mecze okresie świątecznym z dodatkowymi spotkaniami w ramach Pucharu Anglii – spowodowała nagły impas. Ciężko więc mówić o negatywnym wpływie europejskich pucharów, raczej należy zwrócić uwagę jak 11 spotkań od Boxing Day do końca stycznia może zrujnować sezon.

Trzeba zwrócić na to uwagę rozważając potencjalne powody styczniowych załamań formy. Dwa spotkania z Southampton mniej i Liverpool miałby mniej ligowych problemów – tak mi się wydaje, ale nigdy nie możemy być niczego pewni.

Chelsea wzmocniła swoją jedenastkę byłym bocznym obrońcą Boltonu (Alonso) i obieżyświatem Mosesem, który był w klubie od lat. Kupili również Kanté, który – podobnie jak Mahrez i Vardy – był przed zeszłym sezonem całkowicie anonimowy. Osobiście uważam, że biorąc pod uwagę presję w Liverpoolu, gra w dużym klubie pomaga zawodnikom przychodzącym na Merseyside, ale nie jest to potwierdzone naukowo. Nie było tak w przypadku Samiego Hyypii, który grał jakby urodził się w barwach the Reds, a nie przyszedł z europejskiego giganta. Fernando Morientes to zupełne przeciwieństwo Hyypii – mnóstwo doświadczenia w wielkich klubach, ale nigdy nie spełnił oczekiwań.

Hyypiä był nikim, ale miał przyszłość. Czasy świetności Morientesa dawno przeminęły w momencie jego przyjścia do klubu.

Nie mam ochoty na dyskusję o tym, jak to niektórzy zawodnicy nie dostaliby szansy w drużynie rywali. Cliché. Kto jest lepszy – Coutinho, Özil czy De Bruyne? Jakie to ma znaczenie? Każdy klub ma swoich klasowych piłkarzy. Niektórzy mają ich nieco więcej, zwłaszcza jeśli wydają najwięcej w lidze. Ale nawet nieszczędzący pieniędzy Manchester City z mistrzem Guardiola (obecnie zdaje się „przereklamowanym”, jak uważa wiele osób) znalazłby w tym sezonie miejsce dla Coutinho, Matipa, Mané i Clyne’a, może nawet Hendersona i paru innych – oczywiście mówimy o tych zawodnikach w formie, a nie grających jak w styczniu (co może mieć związek z samą formą, ale także dyspozycją fizyczną). Na tej samej zasadzie będący bez formy Sergio Agüero, biegający sześć kilometrów w meczu, niekoniecznie byłby wzmocnieniem dla Liverpoolu.

Być może nawet Firmino lepiej pasuje do koncepcji City niż Agüero, którego pracowitość – a raczej jej brak – może zniweczyć wysiłek całej drużyny. W systemie opierającym się na pressingu potrzebny jest wkład każdego piłkarza na boisku.

Ludzie mówią mi, że Liverpool potrzebuje prawdziwego lisa pola karnego, ale gdyby Firmino podszedł do sześciu karnych Milnera i strzelił je zamiast Anglika (zakładając, że potrafi solidnie wykonać karnego) miałby na koncie 14 goli, tyle co gwiazdy wyścigu o koronę króla strzelców – a niektórzy z nich (jak Harry Kane, z czterema) strzelają sporo goli z karnych.

Liverpool wciąż ma najwięcej strzelonych bramek w tym sezonie. Liverpool ma pięciu, sześciu zawodników trafiających do siatki. Na ten moment problemem jest to, że tego nie robią. Ale kto może zagwarantować, że w obecnej sytuacji robiłby to „prawdziwy” napastnik?

Firmino nie jest idealny, ale pracuje dla drużyny, stwarza mnóstwo sytuacji i wystarczająco często trafia do siatki – podobnie można opisać kilku innych zawodników z naszej drużyny. W lidze trafił osiem razy, tyle samo co Agüero, gdy pominiemy jego trzy karne. Nie jestem fanem takiego podejścia z odejmowaniem komuś bramek, ale jedenastki to darmowy strzał dający jakieś 80% szans na gola i teoretycznie każdy na boisku może do nich podejść. Agüero to gwiazda, świetny zawodnik i wyrafinowany strzelec, ale the Citizens wyglądają lepiej bez niego. Grają płynniej i wykonują dużo więcej pracy na boisku.

Ale Liverpool to nie jest zgraja anonimowych zawodników na miarę środka tabeli.

Coutinho jest jednym z kluczowych zawodników reprezentacji Brazylii, a Firmino strzelił w kadrze pięć goli w trzynastu meczach. Wijnaldum to ważne ogniwo Holandii, były kapitan klubu sięgającego po mistrzostwo kraju. Henderson jest kapitanem reprezentacji Anglii. Wartość Mané sięgałaby 60 milionów funtów, gdyby pochodził z bardziej „atrakcyjnego” kraju, jak Hiszpania czy Brazylia. Lallana to zawodnik roku w Anglii. Origi strzelał na Mistrzostwach Świata jako nastolatek i wciąż ma zaledwie 21 lat.

Matip rozegrał prawie 300 spotkań w Niemczech – jako stoper! – przed swoimi 24. urodzinami. Milner był szanowanym zawodnikiem, wykonującym ciężką pracę w Man City, gdy zdobywali dwa mistrzostwa kraju (i wcale nie chcieli go stracić), a także rewelacja na lewej obronie w tym sezonie, przynajmniej do czasu pogorszenia średniego dystansu, jaki pokonuje w meczu. Emre Can grał w Bayernie Monachium jako nastolatek. Clyne to świetny boczny obrońca.

To nie jest zgraja starych zawodników. To bardzo dobrzy, czasem świetni piłkarze, ale po prostu nie wszyscy są w dobrej dyspozycji.

W zeszłym sezonie Karius zajął drugie miejsce w klasyfikacji bramkarzy Bundesligi. Sturridge był jednym z najlepszych napastników w lidze, ale podobnie jak Johnowi Barnesowi w 1991 roku, zaszkodziły mu kontuzje. Lucas był bardzo efektywnym defensywnym pomocnikiem (aczkolwiek było to dość dawno temu) i sprawił dobre wrażenie jako stoper w finale Pucharu Ligi z Man City w zeszłym sezonie, jednak Brazylijczyk prawdopodobnie lepiej grał już nie będzie. Klavan wystąpił w reprezentacji ponad sto razy i przez lata zbierał doświadczenie w Bundeslidze.

Problemem jest to, że pozostałe kluby z czołówki również mają znakomitych zawodników, pierwszorzędnych menedżerów i szerokie składy. Pomijając Chelsea, w czołowej szóstce różnice są minimalne.

Jedyną pozycją, na której według mnie Liverpool jest daleko w tyle, jest obsada bramki. To jedyna pozycja, na której bez zawahania wolałbym jednego z zawodników z czołowych klubów Premier League i uważam, że ta jedna zmiana zwiększyłaby jakość w drużynie o przynajmniej 20%, za sprawą zaledwie jednego zawodnika. Nie chodzi o to, że inni bramkarze nie popełniają błędów, ale oni robią to rzadziej i czuć, że dają drużynie dużo więcej pewności.

Całkiem możliwe, że to trener bramkarzy, John Achterberg, jest problemem, ale już wcześniej zwracałem uwagę na prosty fakt – nie współpracował z najlepszymi bramkarzami. Wyjątkiem był Pepe Reina, ale i on od dobrych dwóch lat był już wtedy w dołku. Achterberg nie sprawił jednak, że któryś z nich się rozwinął, co bazuję wyłącznie na ich występach w pierwszej drużynie – koniec końców nie widzimy jak pracuje z nimi na treningach.

Nie wiem dlaczego nie wydano więcej na bramkarza (co już nie raz podkreślałem), ponieważ dla mnie to najważniejsza pozycja w drużynie. Ciężar zdobywania bramek można rozłożyć na kilku zawodników, ale tylko jeden z nich może łapać i piąstkować piłkę. Jednocześnie przyznaję, że nie wiem o Kariusie wystarczająco dużo by ocenić, czy była to jakaś niesamowita okazja. W Niemczech niektórzy mieli o nim wysokie mniemanie, podczas gdy inni twierdzili, że jest co najwyżej solidny. Przypominam – najgłośniejsze, najdroższe transfery nie zawsze okazują się najlepszymi. W moim odczuciu transfer Kariusa był podobny do tego Pepe Reiny, który przychodził w tym samym wieku (22 lata) i zaliczył potem cztery czy pięć świetnych sezonów w barwach the Reds.

Myślałem również, że Mignolet się poprawił, ale w ostatnich tygodniach powrócił do popełniania głupich błędów. Jeśli w paru meczach nie zaliczy wpadki, potem przydarzą mu się dwa klopsy na raz. Bramkarzy często ocenia się przez pryzmat błędów. Może się to wydawać bezlitosne, ale tak już jest. Jeśli bramkarz popełni za dużo błędów, na zawsze może się to odbić na jego pewności siebie i zniweczyć jego karierę, nawet jeśli ma to miejsce tuż po okresie świetnej gry.

Poza tą pozycją nasz skład nie jest „ze środka tabeli” pod żadnym względem. Być może nie mamy odpowiednich bocznych obrońców biorąc pod uwagę nasz styl gry w tym momencie, ale z drugiej strony byli oni w fantastycznej dyspozycji w pierwszej połowie sezonu, gdy drużyna działała jak dobrze naoliwiona maszyna.

Zdrowy Coutinho w formie, powrót Mané na więcej niż jeden mecz i koniec goli podarowanych rywalom przez bramkarza (jak miało to miejsce chociażby w zeszłym sezonie w Watford) z pewnością pomogą. Niestrudzony Milner być może potrzebuje krótkiego odpoczynku (aczkolwiek tutaj chyba wystarczy mniej napięty terminarz). Teraz wszyscy chyba rozumieją rotację bocznych obrońców w Spurs. Ich styl gry mocno odbija się na kondycji, co widać na przykładzie Milnera, będącego dotychczas niczym maszyna.

Musimy spojrzeć też na aspekty inne niż forma i trudy sezonu w przypadku zawodników takich jak Emre Can i Divock Origi. Nie można zapominać o drzemiącym w nich potencjale. To młodzi reprezentanci Niemiec i Belgii. Can w wieku 23 lat nie jest już dzieciakiem, jednak wciąż się uczy. 21-letni Origi to dla mnie wciąż dziecko (ale jakby nie było mam 45 lat).

W zeszłym sezonie – i momentami w obecnym – pokazali, że są bardzo dobrymi zawodnikami jak na swój wiek, nawet jeśli nie są jeszcze wyróżniającym się, regularnymi członkami pierwszego składu. Pamiętacie Jamiego Carraghera? Był jednym z takich młodziaków z opóźnionym startem – przez pewien czas był solidnym, lecz ograniczonym bocznym obrońcą. Na początku kariery na pozycji stopera miał pewne wahania formy, a dopiero z czasem stał się kluczowym zawodnikiem drużyny. Nie każdy wchodzi do składu tak, jak zrobił to Michael Owen. Oczywiście Can i Origi muszą zacząć grać lepiej niż ostatnio, ale masowa krytyka ze strony kibiców w niczym tu nie pomoże.

Nie zapominajmy o Dannym Ingsie, który był zdrowy pod koniec letniego okna transferowego, a potem nagle odnowiła się jego kontuzja więzadeł. To bardzo użyteczny zawodnik, wystarczająco dobry, by – przed kontuzjami – znaleźć się w meczowej osiemnastce każdego z topowych klubów, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że strzela gola co trzy mecze i bez problemu może grać na skrzydle. Dla mnie mógł być kolejnym Dirkiem Kuytem – mało efektownym zawodnikiem, ale za to ciężko pracującym i nigdy nie schodzącym poniżej pewnego poziomu.

Marko Grujić wciąż ma zaledwie 20 lat, w wieku dziewiętnastu był już reprezentantem Serbii. Ma zadatki na naprawdę dobrego gracza, ale jeśli nie będziemy cierpliwi w przypadku zawodników w tym wieku, zwłaszcza nowych w klubie (a często nowych w kraju), będziemy mieli kłopoty. Na ten moment ciężko go ocenić z racji kontuzji, które wyłączyły go z gry.

Joe Gomez – najlepszy młody obrońca w klubie od czasu Roba Jonesa 25 lat temu – to kolejny zawodnik wracający po kontuzji, podobnie jak Sheyi Ojo. Zawodnik, którego wysoko oceniam, ale borykający się z kłopotami typowymi dla wieku 19-21 lat w piłce. W drużynie U-23 poziom jest dla niego za niski, ale nie jest jeszcze gotowy na pierwszy zespół. Na wypożyczeniu zdarza się, że tacy piłkarze nie grają, gdyż menedżerowie łatwo ulegają presji i chętniej sięgają po doświadczonych zawodników. Mogą też w takich klubach nauczyć się złych nawyków. W innym klubie nie rozwiną zrozumienia z zawodnikami pierwszego zespołu, nie nauczą się gry z docelowymi kolegami z drużyny.

W jego wieku Sadio Mané grał w drugiej lidze francuskiej, z jednym golem w 19 meczach.

Przypisywanie tej drużynie miejsca w środku tabeli – zakładając, że miejsce w czołowej szóstce nie jest środkiem, a są nim miejsca 8–12, zgodnie z logiką – jest niewłaściwe. To skład na miarę ligowej czołówki, co sugeruje tabela; skład, którego zawodnicy załapaliby się do pozostałych drużyn z pierwszej szóstki.

Nie jest to jednak skład idealny, wiedzieliśmy to już latem. Klopp wybrał ewolucję zamiast rewolucji, a pierwsza połowa sezonu była tak wspaniała, że drobna strata do wszystkich czołowych drużyn poza Chelsea jest uznawana za klęskę. Ekhm, halo?! Stwierdzenie, że w drużynie nie może być słabych ogniw na tak wczesnym etapie kariery nowego menedżera w klubie to szaleństwo.

Jeśli the Reds będą kontynuowali podróż w dół tabeli sytuacja będzie wymagała ponownej oceny, nie ma co do tego wątpliwości. Jeśli zakończymy na miejscu w środku tabeli będzie dowód na to, że posiadamy skład średniaków, aczkolwiek nawet wtedy będzie jakieś „ale” – w trakcie sezonu rzadko kiedy mieliśmy do dyspozycji pełną kadrę.

Często to powtarzam, ale kwestia dostępności zawodników powoduje, że wyniki interpretujemy dużo szybciej niż powinniśmy, ponieważ ciężko nam spojrzeć na sytuację z dystansu. Widzimy to co tu i teraz. Kontekstem jest tabela ligowa i punkty, w których widać postęp. Ludzie widzą jednak tylko obecną formę i jest to do bani – mówiłem o tym wczoraj.

Skład należy oceniać w sytuacji, w której wszyscy są zdrowi. Taka jest definicja składu.

Gdy zabierzemy z niego pięciu czy sześciu kontuzjowanych graczy wtedy przyznaję, nie jest aż tak dobry. Podobnie jest ze słoikiem osiemnastu fasolek. Zabierając sześć z nich zostanie w nim mniej niż osiemnaście, prawdopodobnie dokładnie dwanaście – aczkolwiek biorąc pod uwagę logikę ludzi, z którymi dyskutuję, wystarczy wybrać losową liczbę. Z Wolves mieliśmy zawodników trzeciego, może nawet czwartego składu, na ma więc wątpliwości, że to nie były nasze najmocniejsze rezerwy.

Czy Liverpool mógł zrobić więcej w kontekście poszerzenia kadry w zimowym okienku transferowym? Być może. Czy powinni interesować się zapchajdziurami, jeśli latem mogą być dostępne ich główne cele transferowe? Cóż, można to rozpatrywać dwojako. Może nowe twarze wprowadziłyby odświeżenie w drużynie, ale to zależy od planów na letnie okienko. Kupić kogoś słabszego teraz, czy poczekać do lata? Budując zespół długofalowo zawsze lepiej poczekać, a sprowadzenie kilku zawodników w styczniu też nie gwarantowało odmiany formy the Reds. Ale oczywiście gwarantowało! W waszych głowach. Wyobrażacie sobie, że wszystkie wasze pomysły zawsze działają.

Jeśli klub będzie kontynuował zeszłoroczną politykę transferową z podobnymi sukcesami – dodając kolejnych trzech graczy pierwszego zespołu, realnie wpływających na grę drużyny (Mané, Matip, Wijnaldum), zawodników w połowie drogi do trzydziestki lub młodszych, którzy będą grać dla nas przez kilka lat, a do tego dojdzie kilku młodych zawodników włączających się do walki o miejsce w składzie – będzie idealnie.

Mam też nadzieję, że do kadry przebije się kilku wychowanków, jak chociażby utalentowany Trent Alexander-Arnold i Ben Woodburn, którzy zasmakowali gry w pierwszym zespole w wieku odpowiednio 18 i 17 lat. Widziałem ludzi z powagą mówiących, że ta dwójka udowodniła, iż nigdy nie nada się do gry w Liverpoolu! W wieku 18 i 17 lat! Wielu świetnych zawodników Liverpoolu nie zaliczyło jeszcze debiutu w profesjonalnej lidze na żadnym poziomie w tym wieku.

Tak wygląda proces budowy składu. Trzeba to podkreślać na każdym kroku. Forma przychodzi i znika, a w piłce nic nie jest zagwarantowane – żadne działania klubu, bez względu na ich zgodność (lub jej brak) z waszymi indywidualnymi zachciankami, nie zagwarantują sukcesu. Nie zagwarantuje tego wybitny menedżer (w innych klubach też takich mają), czekanie na rozkwit talentu młodego zawodnika (można jedynie mieć nadzieję, czasu nie da się przyspieszyć, a nawet Steven Gerrard czekał do 50 spotkania na drugą bramkę w barwach Liverpoolu), głośne i drogie transfery (szansa ich powodzenia nie jest o wiele lepsza niż w przypadku tańszych zakupów). Sukcesu nie zagwarantują bogaci właściciele (City w tym roku znów nie wygra ligi, po raz trzeci z rzędu) ani poprawa szkolenia (co akurat jest sprawą dość delikatną, ale nie da się dokładnie przewidzieć kto na tym zyska, a kto nie – można tylko mieć nadzieję). Nie pomogą wszystkie taktyki świata, które raz mogą zadziałać, a raz nie. Na swojej drodze napotkamy rywali przygotowanych by zneutralizować wszelkie zagrożenie z naszej strony. Pewności nie dają nawet uznane marki w świecie piłki, w których przypadku często płaci się za ich przeszłość. I tak dalej.

Gdy przychodzi spadek formy i utrata pewności siebie, ciężko zarządza się drużyną. Gdy piłkarze tracą wiarę w menedżera lub własne umiejętności, nawet mistrz kraju może obudzić się walcząc o utrzymanie, co pokazali dwaj poprzedni zwycięzcy Premier League – a ich składy były dosłownie przepełnione mistrzami kraju, przez co nikt o zdrowych zmysłach nie umieściłby ich na miejscu w środku tabeli, a co dopiero w strefie zagrożonej spadkiem. Na szczęście jestem przekonany, że Klopp wciąż ma stuprocentowe wsparcie swoich piłkarzy, być może poza jednym czy dwoma, którzy nie grają tyle ile chcą – ale to jest normalne.

Oczywiście nie znam rozwiązania naszych problemów, ale jedno jest pewne – ci, którzy je mają i są pewni ich skuteczności, są jedynie ślepo zapatrzeni w swoją wizję.

Ostatecznie to wszystko weryfikuje losowość i tylko nas dodatkowo dezorientują. Każdy mecz to wypadkowa mieszaniny piłkarzy, menedżerów, sędziów i szczęścia. Leicester może zdobyć mistrzostwo, wygrać Ligę Mistrzów i być może spaść z ligi. Czasami piłka nożna jest po prostu szalona.

Krótka ocena sytuacji

Na koniec chciałbym zaprezentować moją ocenę składu, w której biorę pod uwagę wiek zawodników oraz ich długofalową przydatność w klubie z podziałem na pozycje.

Prezentuję je w postaci serii grafik. Można by tu uwzględnić o wiele więcej zmiennych, jak długość kontraktu, możliwe podwyżki i wartość rynkowa, ale to tylko szybkie oszacowanie, pewien punkt wyjścia.

Dla mnie z tych grafik od razu widać, które pozycje są słabsze, a które silniejsze w kontekście jakości. To jednak nieco subiektywna sprawa, częściowo bazująca na naszej obecnej formie. Dwa miesiące temu mogły one wyglądać dużo bardziej optymistycznie w przypadku niektórych zawodników, a nawet godzinę po wystawieniu tych ocen kilka z nich bym poprawił. Przyszłość nie leży jednak w moich rękach – Klopp może ukształtować tych zawodników, ja nie. Może znaleźć rozwiązania, o których nigdy mi się nawet nie śniło, jak w przypadku Lallany i Milnera z pierwszej połowy obecnego sezonu, których ówczesna dyspozycji nie została w mojej ocenie zapomniana, nawet jeśli obecnie grają słabo.

Tabela 1 – kolejno: wiek, nazwisko, pozycja




Tabela 2 – kolejno: wiek, nazwisko, pozycja, ocena jakości/przydatności w przyszłości w skali 1-10



* – zakładając, że Gomez ma za sobą kontuzje, Sturridge nie jest już tym piłkarzem co kiedyś, a o Ingsie ciężko coś powiedzieć.
** – zakładam, że są to zawodnicy lepsi niż sugeruje ich dyspozycja w tym sezonie.
*** – przewidywania na podstawie dotychczasowych występów w kontekście wieku, ciężkie do przewidzenia. W przypadku Woodburna ósemka może być niską oceną, biorąc pod uwagę jego umiejętności w wieku zaledwie 17 lat, ale nie można tego ocenić z absolutną pewnością.



Tabela 3 – jak wyżej, posortowane ze względu na pozycję




Paul Tomkins

Autor: TPK Dodano: 08.02.2017

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u