Przemyślenie osądów

Powrót Emile'a Heskeya to reprezentacji Anglii, każe się zastanowić nad procesem, który doprowadza do osądzenia zawodnika Liverpoolu jako porażki.

Zazwyczaj łatwo osądza się sukcesy. Jednak ktoś taki jak Heskey symbolizuje szarą strefę, gdzieś pośrodku, gdzie fani często nie mogą dojść do porozumienia. Być może byli to zawodnicy, którzy mieli wielkie momenty ale brakowało im stałości w grze. Albo nie wykorzystywali swoich możliwości. Oba te powody wydają się być szczególnie istotne w przypadku napastników.

Tylko kupno Fernando Torresa podekscytowało bardziej niż sprowadzenie Heskeya w marcu 2000 r.. Jednak nawet ściągnięcie Torresa wiązało się z wątpliwościami co do jego adaptacji do angielskiego stylu gry, zwłaszcza w pierwszych miesiącach pobytu. Wątpliwości te, na szczęście, wydają się już być zbyteczne. Heskey jednak, wyglądał na perfekcyjny wybór w owym czasie – tyle siły, taki potencjał, tak naturalne dyspozycje jako wielkiego, silnego napastnika, bardziej niż Owen i Fowler razem wzięci. W o wiele lepszej drużynie, wydawało się oczywiste, że rozbłyśnie.

Jego pierwszy pełen sezon był sukcesem: 22 gole, 3 trofea i pierwszy awans do Ligi Mistrzów, odkąd rozgrywki o Puchar Europy zmieniły swoją nazwę. Jednak w ostatnich 10 meczach sezonu, z czego każdy trzeba było koniecznie wygrać, jego goli już zabrakło, co sugerowało, że nie radzi sobie za bardzo przy wysokiej presji. I już wtedy łapałem się na tym, że zaczynam się do niego nastawiać negatywnie.

Czułem, że robię błąd, faworyzując mojego ulubionego zawodnika, Robbiego Fowlera, ponad człowieka, który tworzył bardziej naturalny duet z Owenem (wtedy Europejski Piłkarz Roku i główna postać).

Jako indywidualność, umiejętności Fowlera były tak dobre, jak było każdy mógł widzieć, i chciałem widzieć jego nazwisko obok Owena na rozpisce zespołu. O Fowler i Owen byli dość inteligentni żeby grać razem, to ciężko przychodziło mi pogodzenie się z myślą, że to jednak duet Owena z Heskeyem stwarzał większe zagrożenie dla obrony, jak i również bardziej pasowali do taktyki preferowanej wtedy przez Gerarda Houlliera.

Jednak paradoksalnie, ta taktyka działała również przeciwko Liverpoolowi i Heskeyowi. Gdy byli oni izolowani daleko od linii pomocy, i przy braku graczy działających między tymi dwoma liniami którzy mogliby ich wesprzeć, odpowiedzialność za zdobywanie bramek spadała całkowicie na ich barki. Owen jej podołał, Heskey natomiast, nie do końca.

Porównajcie gole zdobywane z gry przez Stevena Gerrarda i Luisa Garcie w ciągu trzech ostatnich sezonów z tym, co w sumie zdobywali pomocnicy za Houlliera, i dojrzycie znaczną różnicę.

Danny Murphy i Gary McAllister, razem z rzutami karnymi i wolnymi, trochę strzelili, jednak pomocnicy nie znajdowali się za często na pozycjach strzeleckich, zwłaszcza po sezonie 2000/01. W ciągu sześciu sezonów pod wodzą Francuza, Gerrard zdobył w sumie 28 goli we wszystkich rozgrywkach; w ciągu trzech kolejnych – 48, głównie z gry. Luis Garcia strzelił 30 w 2 i pół sezony, wszystkie z gry.

Oczywiście, wszyscy są świadomi tego, że pod Benitezem napastnicy nie strzelają już tyle goli. Chociaż w tym sezonie wygląda na to, że osiągnęliśmy balans nie widziany tu od 20 lat, gdy gole padają z każdej części zespołu. Nad tym pracował manager.

Być może moje wątpliwości co do Heskeya 6 lat temu dodatkowo zwiększyły się wraz Fowlerem i jego golami w dwóch półfinałach, dwóch finałach i błyskiem w 'finale finale' z Charltonem. Kiedy było to najbardziej potrzebne, to Fowler strzelał. Jednak Heskey miał swój udział w uczynieniu tych osiągnięć możliwymi.

Do 2003 rozwinąłem w sobie irracjonalną awersję do Heskeya. Nie był to dla mnie szczęśliwy okres i potrzebowałem kogoś, na kim mogłem skupić swoje frustracje.

Widzę teraz, że byłem dla niego zbyt ostry. Jednakowoż, i tak twierdzę, że lato 2004 r. wymagało zdecydowanych działań w Liverpoolu, i po czterech sezonach, wyglądało na to, że odejście Heskeya jest kluczowe, gdyż walka o tytuł tylko się oddalała. Ostatecznie tak się stało, a i tak zmiana na pozycji managera miała poprowadzić klub w nowym kierunku.

O ironio, pod koniec pierwszego sezonu Beniteza czułem, że Heskey był akurat takim graczem, którego nam brakowało, zwłaszcza na wyjazdach w lidze. Duży i silny, który potrafiłby przytrzymać piłkę dla atakujących pomocników, a także mógłby wykorzystać szybkość w kontrach. Przy innym systemie, Heskey mógłby się okazać większym sukcesem.

Gdyby Liverpool wygrał tytuł z Heskeyem, nawet jeśliby nie strzelił nawet jednego gola, to wtedy każdy kto w niego wątpił (w tym ja), straciliby sens swoich narzekań. Jako bardziej radykalny przykład, jeśli napastnikowi nie udaje się strzelić gola w 100 meczach, ale wszystkie 100 jest wygranych, to jest to klapa czy jednak sukces? W końcu gdy wygrywa się z nim w składzie wszystkie mecze, to nie może być mowy o przypadku, prawda?

W tym tygodniu Steven Gerrard określił Heskeya jako 'gracza dla graczy', i myślę, że Liverpool ma teraz kogoś takiego w osobie Dirka Kuyta. Niektórzy zawodnicy smarują koła dla innych. Kuyt nie strzelił gola w Lidze Mistrzów w ostatnim sezonie aż do ostatniej minuty finału, ale jak dla mnie, nie ma wątpliwości jak ważną rolę odegrał w dojściu klubu aż do tego etapu. W tym sezonie jego brak egoizmu i sprytne zagrania pomogą rozbłysnąć Torresowi.

Być może kilka lat temu narzekałbym na osiągnięcia strzeleckie Kuyta, jak to się działo w przypadku Heskeya, jednak dla mnie Kuyt i Torres to para, która wygra dla Liverpoolu mnóstwo meczów, a ostatecznie, to ma największe znaczenie.

Ważny jest zespół, a nie indywidualności. Djibril Cissé strzelił 19 bramek w jego ostatnim sezonie w Liverpoolu, pomimo sporego czasu jaki spędził grając w pomocy – ciężko nazwać to 'klapą'. Jednak za często miał na bakier z taktyką drużyny i etosem ciężkiej pracy. Fernando Morientes z kolei, choć miał problemy ze zdobywaniem goli, to z nim w składzie, zespół więcej wygrywał niż nie.

Możecie się spierać, że obydwie sytuacje były niejako sukcesami. Jednak są również argumenty, że obie były porażkami. Czasami po prostu nie dość satysfakcjonujące jest bycie efektywnym w cichy sposób, kiedy od zawodnika oczekuje się fajerwerków, to może powodować zamieszanie. Jeśli oczekujemy od Sissoko podań w stylu Alonso, to automatycznie nastawiamy się na zawód.

Rzecz jasna, jak wszyscy fani, mam swoich ulubionych zawodników. Ale po raz pierwszy odkąd pamiętam, nie ma kogoś takiego w składzie, o którego obecności w składzie mógłbym powiedzieć „hmmm, no nie wiem...”. Nie miałem jakiegoś wielkiego problemu z takimi graczami jak Bolo Zenden czy Stephen Warnock, ale i też miejscami nie przepełniali mnie zaufaniem. Nie byli złymi zawodnikami, jednak żaden z nich nie znalazł swojego miejsca w składzie.

A potem był Josemi, co do którego czułem w ciągu jego pierwszych sześciu tygodni w Anglii, że ma potencjał aby podbić świat, ale potem rwałem tylko przez niego resztki włosów z głowy. Być może prawdziwy Josemi nie jest ani zdobywcą świata ani kiepskim zawodnikiem, na którego wyglądał, jednak pewność siebie (lub jej brak) może zrobić z zawodnikiem wiele dziwnych rzeczy.

W rzeczy samej, pewność siebie i psychologiczny aspekt gry, były dla Heskeya największą przeszkodą, której ostatecznie nie był w stanie pokonać. Gdyby posiadał tą wrodzoną wiarę we własne możliwości, mógłby zostać naprawdę wielkim graczem. Jednak o ile zawodnicy są w stanie rozwijać się i poprawiać z biegiem czasu, to niewiele potrafi odwrócić swoje naturalne charaktery w znaczny sposób.

Choć uważam, że można ostatecznie osiągnąć sukces z takimi zawodnikami jak Heskey, opierając się na balansie w zespole, jeśli masz zawodników takich jak Torres – grających bez samolubności, dla drużyny, lecz jednak posiadających większe umiejętności i wiarę – to wtedy twoje szanse są większe. I to być może jest klucz.

Każdego sezonu Benitez dodawał dwa albo trzy brylanty, do momentu, w którym skład prezentuje się tak jak teraz. W tym samym czasie pozbył się mnóstwa zawodników którzy mieli jakieś niezłe umiejętności, albo którzy zaczęli prezentować jakąś niezłą formę (lub chociaż trochę odkryli własne pokłady pewności siebie), i którzy mogliby ewentualnie zostać

Biscan, Warnock, Cissé, Smicer, Fowler, Kromkamp, Baros, Zenden, Hamann, Sinama-Pongolle, Gonzalez, jak również Henchoz i Murphy – żadnemu z nich nie brakowało talentu, i każdy miał swoje momenty (czasem nawet więcej), ale Benitez zastąpił ich lepszymi (i/lub młodszymi) alternatywami, gdy niektórzy inni managerowie zadowoliliby się tym, co oferowali.

Myślę, że zbyt łatwo przypina się graczom, którym ciężko idzie, łatkę klapy, albo nastawia wobec nich wrogo. Można wtedy skończyć zapędzonym w róg, z której to pozycji ciężko póĽniej przyznać temu zawodnikowi, że jednak ma spore umiejętności. Widziałem ludzi, którzy czynili to z Jermainem Pennantem, po tym jak ich opinie zostały ukształtowane przez jego mało obiecujący start kariery w Liverpoolu. Nawet teraz nie zgadzają się na zmianę zdania. Jednak to prawo managera, aby konsekwentnie kontynuować pracę z tymi, w których wierzy, zwłaszcza jeśli ma zaufanie, że ci gracze dorastają do jego wysokich oczekiwań.

Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić jako fan, to oczekiwać, że dany zawodnik zawiedzie tylko po to, aby udowodnić że miało się rację. To raczej nie jest dobra pozycja wyjściowa.

Paul Tomkins

Ľródło: liverpoolfc.tv

Autor: Alex Dodano: 15.09.2007

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON