player
MUN
Manchester United
Premier League
24.10.2021
17:30
LIV
Liverpool
 
Osób online 382

Przejęcie, forma zespołu i Mistrzostwo Anglii

Artykuł z cyklu Artykuły


Liverpool Football Club znalazł się w ty tygodniu na pierwszych stronach praktycznie wszystkich gazet, ponieważ po trzech latach poszukiwań nowego inwestora, który poprowadzi klub naprzód, na Anfield doszło do „Amerykańskiej Rewolucji.”

W tym monumentalnym tygodniu dla historii Liverpoolu, klub został przejęty przez dwóch milionerów – Pana Gilletta i Pana Hicksa. Całkiem jasno dali do zrozumienia, że nie będą w klubie akceptować drugiej sytuacji i wiele wskazuje na to, że zrobią wszystko, żeby LFC stał się klubem numer jeden.

Prowadzono już wiele dyskusji na temat budowy nowego stadionu, jednak teraz dzięki doświadczeniu nowych właścicieli po latach rozmów, w Stanley Park powstanie obiekt, który będzie domem jednego z najlepszych klubów na świecie. Dla biznesmenów futbol stał się czymś więcej niż tylko prostą grą, ale dla nas najważniejsze jest to, co się dzieje na boisku i jeśli nowi inwestorzy zapewnią nam trofea to cena, jaką za to zapłacimy schodzi na drugi plan.

Oczywiście wiele osób zastanawia się nad motywami zagranicznych inwestorów przejmujących kolejne angielskie kluby. Jednak w The Reds pierwsze wrażenia nakazują myśleć, że Amerykanie wnoszą finansową siłę i doświadczenie, które pozwolą poprowadzić klub naprzód, zarówno na boisku, jak i poza nim.

Niektórzy zapewne chcieli, żeby nowym właścicielem był zagorzały kibic Liverpoolu, jednak to nie wystarcza, by przejąć klub – choć wszyscy byśmy o tym marzyli.

Nasi nowi właściciele wywodzą się z kraju, w którym Liverpool FC nie jest najbardziej znanym klubem, a mimo to oni poświęcili swój cenny czas na poznanie niezwykłej historii i tradycji The Reds. Zatem do Klubu Kibiców Liverpoolu dołączyło dwóch kolejnych wpływowych ludzi.

Wiele osób oglądających wtorkową konferencję prasową, było pod ogromnym wrażeniem szczerości i bezpośredniości Amerykanów, choć na pewno pozostają wątpliwości dotyczące zmian w klubie. Podobne obawy miały miejsce w Manchesterze United, jednak teraz nikt już o tym nie pamięta i zespół z Old Trafford zajmuje pierwsze miejsce w ligowej tabeli.

*******

Miałem miesięczną przerwę w pisaniu moich felietonów i ten tydzień był naprawdę dobrą okazją do powrotu. W przeciwieństwie do piłkarzy Premiership ja miałem przerwę w środku sezonu, jednak nie było wcale tak miło. Jednym z największych minusów kariery piłkarza jest to, że w starszych wieku dawne urazy i kontuzje powracają.

Wydaje mi się, że wielu moich byłych kolegów z zespołu musiało przejść operacje z powodu dawnych kontuzji i ja po kilku latach odczuwania bólu nie mogłem już dłużej odkładać w czasie tego zabiegu. Jeszcze nie czuję się wspaniale, ale mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych tygodni wrócę do pełni sprawności, a latem chciałbym powrócić do gry w drużynie oldboyów Liverpoolu.

*******

Mimo mojej niedyspozycji na bieżąco śledziłem poczynania Liverpoolu i trzeba przyznać, że w ostatnim miesiącu przeżywaliśmy zarówno gorsze, jak i lepsze chwile.

Arsenal zakończył nasz udział w krajowych pucharach dwukrotnie pokonując nas na Anfield na oczach zdumionych kibiców The Reds. Oczywiście wszyscy chcieliśmy dalej awansować w tych pucharach, jednak jeśli by tak się stało to terminarz styczniowych spotkań byłby naprawdę napięty.

Po meczach z Arsenalem widzieliśmy, że prośby Rafy Beniteza i zimową przerwę w Premiership są jak najbardziej uzasadnione, jednak takie rozwiązanie jest bardzo mało prawdopodobne i sztab szkoleniowy wykonał potem kawał świetnej roboty odbudowując morale zespołu.

Te dwa spotkania z Kanonierami krążyły obawy, że ten sezon dla Liverpoolu praktycznie mógłby się już zakończyć. Pierwsza porażka miała miejsce w naprawdę dziwnych okolicznościach biorąc pod uwagę protest kibiców na temat Hillsborough. Jednak ja naprawdę sądziłem, że odpłacimy się Londyńczykom w Carling Cup i z tego pojedynku wyjdziemy zwycięsko.

Strata sześciu goli w jednym meczu bardzo nas wszystkich zabolała i jeszcze przez długi czas nie potrafiliśmy się z tego otrząsnąć, mimo że Rafa w tamtym spotkaniu nie wystawił najsilniejszej jedenastki. W tym momencie prawie wszyscy eksperci nas skreślili, jednak po naszych kolejnych ligowych zwycięstwach nasza wiara odżyła.

Jako kibice chcielibyśmy widzieć The Reds rozgrywających jak najwięcej spotkań, jednak ja jestem pewien, że dla Rafy małym pocieszeniem po tych porażkach był fakt, że nasz terminarz stał się mniej napięty.

Niezwykłe zwycięstwo nad Chelsea było wspaniałą rekompensatą po tych dwóch zawstydzających porażkach. Nie mamy prawa na naszą formę w Premiership od Nowego Roku, jednak to zwycięstwo nad drużyną Mourinho było nam potrzebne z wielu powodów.

Nasze nadzieje na Mistrzostwo Anglii wciąż nie są największe, jednak każdy, kto widział, jak zmiażdżyliśmy Chelsea to dwa razy pomyśli zanim nas całkiem skreśli z walki o Tytuł. Wiele osób widziało już Premiership jako wyścig dwóch koni, jednak dzięki naszej serii zwycięstw znacznie się do tych dwóch zespołów zbliżyliśmy. Szkoda tylko tego remisu z Evertonem.

O niewielu spotkaniach można powiedzieć, że są warte więcej niż trzy punkty, jednak takim starciem był na pewno ten mecz z Chelsea. The Reds rozegrali jeden z najlepszych meczów od jakiegoś już czasu, nie pozwoliliśmy Londyńczykom na rozwinięcie skrzydeł w żadnym momencie spotkania. Początek w naszym wykonaniu był wprost idealny i po trzeciej minucie gry nasze prowadzenie nigdy nie było zagrożone.

Byłem niezadowolony czytając niektóre sprawozdania po meczu, w których napisano, że ten wynik jest ‘zasługą’ tylko i wyłącznie słabej postawy Londyńczyków. Takie stwierdzenia były niesprawiedliwe wobec Liverpoolu. Szczerze mówiąc uważam, że wynik powinien być jeszcze wyższy i gdybyśmy jeszcze dwa razy trafili do siatki, to lepiej by to oddało wydarzenia na boisku.

I właśnie to jest główny powód, dla którego The Reds tracą tyle punktów do lidera – nie potrafimy wykorzystywać stworzonych sobie sytuacji strzeleckich. W obecnych czasach pierwsza bramka jest kluczowa, a zwłaszcza w starciach z wielkimi zespołami. Liverpool udowodnił, że jeśli obejmie prowadzenie, to łatwo go już nie da sobie wydrzeć.

Jednak kluczem do stania się poważnym kandydatem do Mistrzostwa Anglii jest regularność, zarówno u siebie, jak i na wyjeĽdzie, musimy sobie radzić z różnymi stylami gry prezentowanymi przez naszych rywali. Połączenie siły i szybkich podań w wykonaniu Arsenalu, sprawiało nam sporo problemów i dla The Reds znacznie lepszym przeciwnikiem okazała się grająca zdyscyplinowany taktycznie futbol Chelsea.

W tym sezonie mieliśmy przewagę w zasadzie nad każdym rywalem, który zawitał na Anfield, zwłaszcza w Premiership, jednak będą takie spotkania, jak te z Arsenalem, czy niedawne Derby Merseyside, w których The Reds będą musieli pokazać coś więcej.

Everton przybył na nasz stadion tylko i wyłącznie z jednym zamiarem – zdobycia jednego punktu. Na pewno należą im się małe słowa uznania za to, że swój cel wykonali, jednak było to jedne z najsłabszych Derbów ostatnich lat.

Sobotni mecz był kolejną lekcją dla The Reds – lekcją gry przeciwko defensywnie nastawionej drużynie, gdy trzeba pokonać ten mur jakimś wyjątkowym zagraniem – brakowało ostatniego podania – wielkie zespoły potrafią zaskoczyć przeciwnika czymś nieprzewidywalnym, a my bardzo potrzebowaliśmy tego zwycięstwa. The Reds nie udało się przebić przez zaporę ustawioną przez Everton i w zasadzie nieustannie próbowali grać długimi piłkami.

W historii Premiership nie zdarzyło się, żeby drużyna na tym etapie rozgrywek tracąca tyle punktów do lidera, ostatecznie sięgnęła po tytuł, jednak wszystkie trzy goniące zespoły mogą dać własne powody, które świadczą o tym, że walka o Mistrzostwo Anglii jeszcze się nie zakończyła.

Obecnie zajmuje trzecie miejsce, ale w latach 80-tych Liverpool potrafił sięgać o Mistrzostwo Anglii, gdy na podobnym etapie rozgrywek zajmował czwartą lokatę. Pierwsza taka sytuacja miała miejsce w 1982 roku pod wodzą Boba Paisley’a, gdy prześcignęliśmy zespół Swansea w wyścigu po Mistrzostwo. Ten wyczyn został powtórzony w czasie złotej ery Kenny’ego Dalglisha. W 1986 roku wyprzedziliśmy Everton.

Jednak wtedy nie traciliśmy tak wielu punktów do lidera. Nie możemy się poddawać i trzeba teraz sięgnąć po kolejne trzy punkty w meczu z Newcastle.

To wielka szkoda, że po tak ważnym tygodniu dla historii klubu, nowa era nie rozpoczyna się na Anfield, jednak The Reds powinni jechać na Północ Anglii z pewnością siebie. Sroki mają jedną z najbardziej nieprzewidywalnych defensyw w całej lidze, co oferuje Liverpoolowi szansę na odniesienie zwycięstwa.

David Fairclough



Autor: Liverpoollover
Data publikacji: 10.02.2007 (zmod. 02.07.2020)