player
MUN
Manchester United
Premier League
24.10.2021
17:30
LIV
Liverpool
 
Osób online 357

Część III

Artykuł z cyklu Pepe Reina


- Zabiję cię. Przyjdę pod twoją bramkę i zabiję cię...W momencie, w którym słowa te zostały wypowiedziane w moim kierunku, wiedziałem, że wyzwanie rzucone przez angielski futbol, będzie różniło się od wszystkiego, z czym musiałem się zmierzyć w Hiszpanii. Ich autorem był Danny’ego Shittu, potężny środkowy obrońca, który wydawał się szukać problemów, jeszcze zanim Liverpool rozegrał ligowe spotkanie z Watford.

Nie miałem okazji spotkać go wcześniej, a tym bardziej zmierzyć się z nim, dając mu jakikolwiek powód, by tak pałał chęcią zemsty, a jednak gadał o zabiciu mnie – i to jeszcze przed rozpoczęciem meczu.

Wydarzyło się to podczas przedmeczowej wymiany uścisków dłoni między zawodnikami obu drużyn. Kiedy rozluźniłem swój i cofnąłem rękę, spojrzałem mu w oczy i szybko zdałem sobie sprawę, że nie żartował, ani nie próbował mnie podburzyć. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, jak mam odpowiedzieć, gdy nagle instynkt wziął górę: „W porządku” – powiedziałem – „Będę tam czekał na ciebie”. Było oczywiste, że próbował mnie zastraszyć, ja jednak nie mogłem mu na to pozwolić. Mówiąc szczerze byłem nieco wystraszony, bo on jest dużym kolesiem, który był na mnie zły jeszcze zanim rozpoczął się mecz, zastanawiałem się więc jak będzie się zachowywał w jego trakcie. Zakończyłem to śmiejąc się, ponieważ nie chciałem okazać strachu, muszę jednak przyznać, że była to jedna z tych sytuacji, kiedy zastanawiasz się, co się następnie wydarzy. Shittu jednak nie pojawił się pod moja bramką.

Kiedy patrze na to z perspektywy czasu, myślę, że on chciał mnie zwyczajnie przetestować, by zobaczyć, czy okażę jakąkolwiek słabość, którą będzie mógł wykorzystać. Gdybym mu nie odpowiedział, albo wyglądał na przestraszonego, miałby nade mną psychiczną przewagę. Wiedziałem, że nie mogę na to pozwolić. Nie mam nic do niego bo robił to, co większość piłkarzy, którzy spotykają bramkarza-obcokrajowca, próbując w ten sposób zburzyć mój wewnętrzny spokój. Wielu przeciwników, z którymi przyszło mi się zmierzyć odkąd przeniosłem się do Premier League, próbowało tego samego, mimo iż większość robiła to raczej na płaszczyźnie psychicznej, niż fizycznej. Od samego początku wiedziałem, że albo utrzymam się na powierzchni, albo pójdę na dno, wiosłowałem wiec jak szalony tak długo, aż zagrożenie minęło.

W dniu mojego debiutu w Premier League, w sierpniu 2005, w sobotnie popołudnie, graliśmy z Middlesbrough na Riverside Stadium. Stewart Downing był tego dnia w ich zespole, jednak człowiekiem, który przysporzył mi problemów, był Jimmy Floyd Hasselbaink. Siedział mi na głowie przez cały mecz. Mówiąc szczerze, był jak wrzód na tyłku, bo grał tak fizycznie. Kilka razy zdarzyło się, że wyskoczyłem, by zdobyć górną piłkę, a on wyszedł ze swoimi korkami, które wbiły mi się w udo. Bolało jak diabli, jednak potraktowałem to jako normalne ryzyko zawodowe. Wiedziałem, że jeśli zareaguje w jakikolwiek sposób, piłkarze i menadżer przeciwników, mogą pomyśleć, że uda się mnie wyprowadzić z równowagi przez ostre wejścia. Ciężko było mi zachować spokój, ale nie zawsze jest łatwo nie dać się sprowokować.

Podczas mojego pierwszego sezonu w Anglii, mimo całego zastraszania i fizycznej prowokacji, jakiej często doświadczają bramkarze, tylko raz widziałem kogoś wyrzuconego z boiska po incydencie, w którym brałem udział. O ironio, zawodnikiem, który dostał wtedy czerwoną kartkę... byłem ja sam!

W lutym spotkaliśmy się z Chelsea na Stamford Bridge. Po tym, jak przegraliśmy z nimi na Anfield 4:1, bardzo zależało nam na uzyskaniu dobrego rezultatu w ligowym rewanżu, ale w pewnym momencie przegrywaliśmy 2:0. W takich chwilach twoja frustracja narasta, ponieważ desperacko starasz się wrócić do gry. Może być nawet gorzej, kiedy jesteś bramkarzem, bo mimo, iż stoisz na swoim polu karnym, jesteś tak samo zdeterminowany, by poprawić sytuację. Niestety, możesz tylko obserwować zawodników grających w polu. I właściwie nic poza tym.

Do końca spotkania pozostało coś około 10 minut i emocje narastały, gdy nagle Chelsea zagrała wysoką piłkę na Eidura Gudjohnsena. Sami Hyypia krył, ale widziałem, że miałem większą szansę na to, by dojść do niej pierwszy, ruszyłem więc do przodu. Trafiłem w piłkę wślizgiem, ale ponieważ bramkarz wykonujący tego typu atak wygląda dziwnie, więc wszyscy zawodnicy Chelsea zaczęli biec w moją stronę.

Mecz sędziował Alan Wiley i według mnie, był częściowo odpowiedzialny za to, co później nastąpiło, ponieważ wezwał mnie do siebie, kiedy byłem już w bramce. By rozładować sytuację, mógł do mnie podejść i porozmawiać ze mną na osobności, jednak zdecydował się wezwać mnie do siebie. Musiałem przejść między wszystkimi zawodnikami Chelsea i kiedy ruszyłem, Arjen Robben zaczął mówić do mnie różne paskudne rzeczy. Wiem, że nie powinienem zareagować, a jednak zareagowałem. Ledwie go dotknąłem. Po prostu przyłożyłem rękawicę do jego policzka, a on zaczął płakać jak dziecko. Poleciał w dół, jakby miał złamany kark.

Wiley wezwał mnie do siebie. Położyłem ręce na jego ramionach i zacząłem się tłumaczyć, jednak tłum domagał się krwi, więc nawet mnie nie słuchał. Po prostu sięgnął do kieszeni i wyciągnął czerwoną kartkę, wskazując na miejsce, gdzie dotknąłem Robbena, wyjaśniając w ten sposób, o co mu chodziło. Harry Kewell, Stevie Finnan i Sami otoczyli Wiley’a, jednak on nie zamierzał zmienić zdania, musiałem więc odbyć marsz wstydu w kierunku tunelu, ku jeszcze większej uciesze oszalałych z radości fanów Chelsea.

Po meczu, Rafa zażartował w telewizji, że kończy już wywiad, ponieważ musi jechać do szpitala, by zobaczyć Robbena. To było najlepszym podsumowaniem całego wydarzenia, które było jednym wielkim żartem. Najbardziej rozczarowało mnie to, że byłem świadkiem czegoś, czego nie spodziewałem się w angielskim futbolu. Z drugiej strony Robben to pilkarz, który już wcześniej był karany za symulowanie, a to była właśnie jedna z takich okazji. Miałem po prostu pecha, że tym razem to ja ucierpiałem. Nauczyło mnie to czegoś bardzo cennego – lepiej w ogóle unikać takich sytuacji, niż pozwolić, by ktoś narobił ci kłopotów.

Jest taka filozofia, zgodnie z którą zagraniczni bramkarze bardzo łatwo mogą zostać wyprowadzeni z równowagi przez to, co dzieje się w Premier League i bardzo ciężko im radzić sobie z siłowym podejściem angielskich piłkarzy, a także z wyrozumiałością okazywaną im przez sędziów. Być może ja jestem jakimś dziwakiem, ale mimo wszystkich tych sytuacji, w których zostałem szorstko potraktowany, albo czułem, ze potraktowano mnie niesprawiedliwie, ciągle kocham grać w tym kraju tak, jak kochałem za pierwszym razem.

To odpowiedni test dla bramkarza , ponieważ tutaj oczekuje się, że będzie on walczył niemal o każdą piłkę. W innych ligach czasami wyskakujesz, by przechwycić dośrodkowanie i żaden z przeciwników nie zbliży się do ciebie. Po prostu stoją i pozwalają zebrać piłkę. W Anglii zdarza się, że czekam na wykonanie rzutu rożnego, albo wolnego i jestem dosłownie otoczony przez piłkarzy. Ktoś może stać na moich palcach, inny tuż przed mną, a reszta czekać, gotowa polecieć w moim kierunku, kiedy tylko piłka zostanie wrzucona w pole karne. To może onieśmielać, ale dotyczy to każdego bramkarza, niezależnie od tego skąd jest. Nie ma znaczenia czy pochodzisz z Madrytu, czy Manchesteru – zawsze jest ciężko, kiedy znajdziesz się pod tego typu presją. Podczas mojego pobytu w Liverpoolu nauczyłem się z tym żyć i czasami tego typu konfrontacja sprawia mi przyjemność. Pod wieloma względami angielski futbol pomógł mi stać się piłkarzem, jakim teraz jestem.

Jedyny raz, kiedy dostałem czerwoną kartkę - z pomocą Arjena Robbena. To, co Rafa powiedział po meczu w wywiadzie telewizyjnym, było najlepszym podsumowaniem

Jeszcze zanim spotkałem Danny’ego Shittu, Jimmiego Hasselbainka i Arjena Robbena, miałem okazję dowiedzieć się nieco na temat tego, jak wygląda angielska piłka nożna. Nie miałem wątpliwości, że będzie bardziej fizyczna niż ta, do której przywykłem w Hiszpanii.

Podczas mojego pierwszego występu w barwach Liverpoolu graliśmy z Wrexham w towarzyskim spotkaniu na Racecourse Ground. Był gorący, lipcowy dzień, a stadion wypełniony po brzegi. Dodatkową atrakcją dla fanów była prezentacja Pucharu Europy. Widziałem pełno czerwonych koszulek Liverpoolu na trybunach a fani z radością śpiewali „Jesteśmy mistrzami, mistrzami Europy!”. Wydawało się, że wszyscy są zrelaksowani i w dobrych nastrojach. A potem rozpoczął się mecz i wszystko się zmieniło.

Pamiętam, że oniemiałem na widok niektórych ataków. Minęło zaledwie kilka minut, a już wykonano parę naprawdę ostrych wejść. Pamiętam jak pomyślałem: „Co to, k..wa, jest?”. W Hiszpanii nie widzisz tego typu zagrań – a przecież to było tylko spotkanie towarzyskie! Kiedy wspomniałem o tym kilku piłkarzom po meczu, powiedziano mi, że nie widziałem jeszcze najgorszego, bo wślizgi będą jeszcze bardziej soczyste, kiedy zagramy w normalnym meczu. „Świetnie” – pomyślałem, bo było to tak zwariowane.

Jedną z pierwszych rzeczy, których nauczyłem się jako bramkarz, jest to, że nie chronią cię tutaj tak, jak w Hiszpanii. To była największa różnica, z jaką się spotkałem i najtrudniejsza z jaką przyszło mi się uporać. Ale piłka to piłka. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że muszę być lepiej przygotowany fizycznie, ponieważ będę miał mniej ochrony ze strony sędziów, a piłkarze przeciwko którym przyjdzie mi grać, będą o wiele silniejsi niż ci, przeciwko którym grałem w Hiszpanii. Większość pozostałych aspektów pozostaje ta sama – piłka jest okrągła itd, itd – jednak jeśli napastnik ci przeszkadza, kiedy starasz się przejąć piłkę po rzucie rożnym, a sędzia mówi, że to jest w porządku, zaczynasz dostrzegać różnice i wiesz, że będziesz się musiał do tego przyzwyczaić. Inną ważną odmianą jest to, że co tydzień grasz na pełnym stadionie – dzięki temu wiedziałem, że podpisałem kontrakt z naprawdę wielkim klubem.

Kiedy pojawiasz się w nowym kraju, czy klubie, zdobywasz wiedzę, zgodnie z krzywą nauczania. Był taki element gry, który starałem się zaadoptować wkrótce po przybyciu, ponieważ wielu fanów Liverpoolu mówiło mi, że za często piąstkuję piłkę przy rzutach rożnych. Znali angielski futbol o wiele lepiej niż ja i oglądali w akcji świetnych bramkarzy grających w barwach Liverpoolu, więc słuchałem ich z chęcią. Jednak wierzyłem także, że takie wybijanie piłki jest istotną bronią w moim arsenale, ponieważ zmniejsza ryzyko tego, że ją upuszczę, kiedy znajdę się pod fizyczną presją. To była taktyka, a kluczem do każdej taktyki jest użycie jej we właściwym czasie i we właściwy sposób. Im większe było moje doświadczenie zdobyte w Anglii i im lepiej rozumiałem sposób gry w tym kraju, tym lepiej dokonywałem wyboru kiedy piłkę wybić, a kiedy ją łapać. Potrafię wypiąstkować piłkę naprawdę daleko, ale wiem, że jeśli jestem w stanie ją załapać, lepiej, żebym właśnie tak zrobił.

Jeśli chodzi o walkę w powietrzu, to bramkarzom jest trudniej w Anglii niż w Hiszpanii. A to znaczy, że jako piłkarz musisz być tak wszechstronny, jak to tylko możliwe. Nie możesz po prostu stać na linii, bronić strzały i wychodzić – ewentualnie – by przechwycić łatwe piłki. Musisz dominować w każdej sytuacji i pokazać, że masz pełną kontrolę, nawet jeśli wiesz, że to będzie trudne. Nie mam specjalnych zażaleń, jeśli chodzi o angielską piłkę, ale czasami chciałbym, żeby bardziej przestrzegano zasad, zwłaszcza tych dotyczących bramkarzy. Jeśli jakiś piłkarz wchodzi na ciebie w polu bramkowym, uniemożliwiając wyjście w celu przechwycenia wrzutki, to jest to faul. Zawsze. Nie ważne czy grasz w Anglii, Hiszpanii czy Japonii – jest to faul.

Jednak najpiękniejsze w tych doświadczeniach – nie ważne czy złych, czy dobrych – jest to, że bez wątpienia rozwinąłem się. Nie patrze na siebie jak na hiszpańskiego, czy angielskiego bramkarza – jestem fuzją obu. Na tym właśnie polega bycie nowoczesnym bramkarzem. Trzeba być wstanie dostosować się do każdej sytuacji i nauczyć się, jak radzić sobie z różnymi wyzwaniami. Nie wystarczy dobrze bronić strzały, albo łapać piłkę. Styl gry musi być rozwinięty pod wieloma aspektami, w przeciwnym razie pewne jest, że słabość zostanie szybko odkryta, zwłaszcza w tak bezwzględnej lidze jaką jest Premier League. Mam sporo szczęścia, ponieważ jako zawodowiec spędziłem tyle samo czasu w Anglii co w Hiszpanii a to znaczy, że jestem teraz w stanie sprostać wymogom piłki w obu krajach. Gdybym został w Hiszpanii przez całą swoją karierę, prawdopodobnie byłbym teraz innym bramkarzem, niż stałem się w Anglii. Oczywiście nie byłbym tak przygotowany na napastników skaczących na mnie i starających się utrudnić mi życie.

Z całą pewnością rozwinąłem się, jest jednak taki element mojej gry, który się nie zmienił – to, jak czyszczę pole za obroną. Kiedy przybyłem do Anglii miałem opinie „bramkarza-stopera”, którą wyrobiłem sobie podczas gry w Villarreal, gdzie proszono mnie, bym bronił linii pola karnego, kiedykolwiek była taka możliwość, pozwalają obrońcom przesunąć się bardziej do przodu.

Ten system działał nam naprawdę dobrze i był jednym z głównych powodów, dla których udało nam się zająć trzecie miejsce w La Liga podczas mojego ostatniego sezonu. Dla nas było to równoznaczne ze zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, ponieważ nikt nigdy nie spodziewał się, że zajdziemy tak wysoko. To było naprawdę wielka rzecz. Osiągnęliśmy to grając właśnie tym stylem, musi więc coś w nim być, skoro pomógł relatywnie małemu klubowi osiągnąć tak wiele.

Ze względu na moje cechy fizyczne, ten styl jest dla mnie najlepszy, ponieważ jestem wystarczająco szybki, by wybić każdą piłkę jaka dostanie się za linie obrony. Z całą pewnością preferuje właśnie taki sposób gry i to było jednym z kluczowych czynników przy moich przenosinach do Liverpoolu, ponieważ Rafa widział mnie grającego dla Villarreal i chciał, żeby jego zespół grał w podobny sposób. To właśnie dzięki zdolności przystosowania się do takiego systemu wygrałem wymarzone przenosiny na Anfield.

Wiem, że w przeszłości angielskie zespoły miały tendencje do grania bardziej z tyłu. Jednak to, jak zmienił się futbol, jak zwiększyło się tempo gry i zmiany dotyczące podań do tyłu spowodowały, że bramkarz - jeśli czuje się wystarczająco pewnie, by przejmować piłkę - powinien to robić, pomagając w ten sposób zespołowi i pozwalając chłopakom z drużyny przesunąć się bardziej do przodu. Właśnie coś takiego preferuję, ale za czasów Roy’a Hodgsona graliśmy cofnięci i dlatego moje występy nie były najlepsze. Nie szukam dla siebie usprawiedliwienia, ponieważ to od piłkarzy zależy czy dostosują się do nowej sytuacji, jednak według mnie nie było zbiegiem okoliczności to, że kiedy graliśmy cofnięci, tak wiele z moich standardów obniżyło się. Jeśli popatrzyć na najlepsze zespoły – takie jak Barcelona, czy Manchester United – to widać, że proszą one swych bramkarzy, by zachowywali się jak ostatni stoperzy i to w cale nie przynosi im szkody.

Przez deszcz i wiatr: niewątpliwie trzeba się nieco przyzwyczaić do angielskiej pogody

Dobrą rzeczą dla mnie jest to, że gram w Liverpoolu, zespole, w którym ten styl bramkarski jest tradycją. Nie widziałem jak grał Tommy Lawrence ani Bruce Grobbelaar, jednak wiem, że należeli do tych bramkarzy, którzy lubią wychodzić na granice pola karnego, pozwalając obrońcom grać bliżej środka. Dobrze podążać ich śladami, ponieważ oznacza to, że Liverpool opracował własny styl gry bramkarzy. Jedyną różnicą jest to, że mimo iż robiłem różne szalone rzeczy, kiedy opuszczałem bramkę w pogoni za piłką, nie doszedłem jeszcze do takiego poziomu, by próbować pokonać dwóch, czy trzech przeciwników – jak robił to Brucie! Staram się, by to co robię było tak proste i bezpieczne, jak to tylko możliwe. Jeśli muszę kiwać się z przeciwnikiem, robię to, jednak w nowoczesnej piłce im mniej ryzykujesz, tym lepiej.

Powiedziałbym nawet, że w dzisiejszych czasach bramkarze nie mają właściwiej nazwy, ponieważ można ich lepiej opisać określeniem „piłkarze bramkowi”. Ze względu na to, że posiadanie piłki staje się co raz ważniejsze, każdy zawodnik musi grać. Nie jest dobrze, gdy ma się dziesięciu graczy w polu, którzy trzymają piłkę naprawdę dobrze, a za nimi jest bramkarz, który traci ją za każdym razem. I znowu Barcelona ustanowiła standardy, ponieważ patrząc na statystyki z ich meczów widać, że Valdes rzadko kiedy traci piłkę. Utrzymuje posiadanie, wymieniając proste podania z piłkarzami, którzy zawsze są gotowi przyjąć piłkę. W dzisiejszych czasach wszyscy musimy tak robić – to część naszej pracy. Bramkarze muszą odegrać swoją rolę jeśli chodzi o posiadani piłki.

Właśnie dlatego podczas treningów staram się grać w polu tak często, jak to tylko możliwe. To pozwala mi poprawić technikę, ponieważ przyzwyczajam się do tego, że gram z piłką przy nodze nawet w trudnych sytuacjach, otoczony przez innych piłkarzy. Nieważne jednak jak bardzo mi się to podoba, ponieważ ciągle zdaję sobie sprawę, że nie byłbym dobry, jako ktoś grający w polu. Przekonałem się o tym boleśnie, kiedy miałem okazję zagrać dla Liverpoolu w pomocy podczas przedsezonowego meczu towarzyskiego z Kaiserslautern, w czerwcu 2006 roku.

Zabrakło nam rezerwowych i Rafa zapytał mnie, czy nie chciałbym spróbować. Z radością skorzystałem z szansy, myśląc że może mi uda mi się wykonać jakieś świetne podanie, albo strzelić gola. Jednak zagrałem tylko 15 minut i już po 10 nie mogłem oddychać. Czujem się tak, jakbym biegł od trzech godzin. Mimo tego, że nie ruszałem się zbyt dużo, przekonałem się, że moje miejsce jest w bramce, gdzie nie muszę biegać za wiele. Tego dnia zszedłem z boiska z myślą, że jeśli jeszcze kiedykolwiek będę musiał zagrać w pomocy, to może być kres mojego życia i że lepiej, żebym dalej był bramkarzem, który musi walczyć z wielkimi napastnikami, starającymi się wgnieść go w bramkę. To jest bezpieczniejsze!

Jest dla mnie wielkim honorem to, że mogę grać w bramce, oczywiście ze względu na ojca i moich poprzedników w Liverpoolu, ale także dlatego, że podziwiam Zubizarretę i zawsze chciałem być jak Jose Molina, hiszpański bramkarz, który zrobił na mnie wielkie wrażenie, kiedy byłem młody i walczyłem o swoje miejsce w futbolu.

Molina grał głownie dla Atletico Madryt i Deportivo La Coruna, ale także dla Hiszpanii. Jest moją inspiracją z wielu, wielu powodów. Jako ktoś kto walczył i wygrał z rakiem jąder, jest także inspiracją dla wielu innych osób. Jest dla mnie punktem odniesienia, ponieważ uważam, że był pierwszym prawdziwie nowoczesnym bramkarzem. Był moim idolem jeszcze zanim zdobył dublet z Atletico Madryt w 1996 roku dlatego, że zmienił sposób grania na mojej pozycji.

Uważam, że jest najlepszy i staram się naśladować jego styl, ponieważ był golkiperem, który myślał jak środkowy obrońca. Patrolował swoją strefę, ale nie czekał, aż coś się wydarzy, tylko to przewidywał. Jego umiejętność czytania podań spowodowała, że jeśli chodzi o uprzedzanie napastnika podążającego za podaniem, był jednym z najlepszych bramkarzy, jakich kiedykolwiek będzie można zobaczyć. Postępując w ten sposób, nie pozwalał przeciwnikom, by mogli choćby stworzyć jakąś szansę. Nie musiał bronić, ponieważ wiedział, co się wydarzy i dzięki temu mógł rozpoznać zagrożenie i zneutralizować je. Pozycja wyjściowa, była zawsze najistotniejsza dla jego stylu. Obserwowałem go i starałem się naśladować.

Bardzo się cieszę, że tak robiłem, ponieważ wymogi współczesnego futbolu zmuszają, żeby być właśnie takim. Jeśli bramkarz zostaje na swojej linii, nie ma właściwie szans i Molina był jednym z pierwszych, którzy zdali sobie sprawę z tego, że im bardziej z przodu grasz i im bardziej podążasz za grą, tym większe są twoje szanse, by zapobiec problemom. Staram się być właśnie taki, robić to, co on i jeśli ludzie myślą, że jest to jedną z moich największych zalet, to jestem dumny, ponieważ wszystko, czego pragnę, to być jak Molina. Na szczęście grałem dla Barcelony, klubu, w którym trenerzy wbijali nam do głowy potrzebę zajmowania jak najlepszej pozycji wyjściowej, dzięki której można zapobiec utracie bramki i brać większy udział w samej grze. Właśnie dlatego Valdes i ja, czujemy się dobrze odgrywając taką rolę w naszych klubach.

Mimo iż zajmuję się piłką od ponad dekady, nie znaczy, że nie patrzę na innych bramkarzy, starając się czegoś od nich nauczyć. Trzeba analizować to, jak najlepsi piłkarze na twojej pozycji wykonują swoją pracę i korzystać z tych małych lekcji, ponieważ jest to najlepsza droga rozwoju. Molina był dla mnie punktem odniesienia w przeszłości, jednak w ostatnich czasach, bramkarzem, który ustalił normy dla wszystkich, jest Edwin van der Sar. Razem z Valdesem jest na szczycie i mimo tego, że gra dla Manchesteru United, naszych największych rywali, głupotą byłoby nie dostrzec tego, jaki jest dobry. Jego odejście było wielkim ciosem dla United, ponieważ wniósł tak wiele do ich zespołu, ale zastępując go Davidem de Geą z Atletico Madryt, piłkarzem, którego dobrze znam, zapewnili sobie bardzo dobrego bramkarza, który rozwinie się z czasem i z doświadczeniem jakie nabędzie w lidze.

Jednak nie nimi się przejmuję. Wszystko co mnie obchodzi, to zajęcie się częścią, którą mam zrobić dla Liverpoolu, niezależnie od tego czy to będzie przejęcie dośrodkowania po to, by odciążyć obronę, obronienie strzału, czy wsparcie kolegów z drużyny. Najważniejsze, żebym dawał coś zespołowi.

Odkąd jestem w Anglii rozwijam się i mam nadzieję, że najlepsze jeszcze przede mną, ponieważ Premier League to trudne miejsce, w którym ciągle uczysz się nowych rzeczy o sobie. Mam to szczęście, że grałem w dwóch ligach, które uważam za najlepsze na świecie i połączenie obu zrobiło ze mnie piłkarza, którym dziś jestem.

Obie ligi są wspaniałe, jednak w tym momencie, jeśli chodzi o organizację, prawa telewizyjne i kibiców, liga angielska jest lepsza od hiszpańskiej. Jest nieco bardziej zaawansowana. Mimo tego, że w La Liga są Barcelona i Real Madryt, ciągle wolę Premier League, ponieważ rywalizacja w niej jest na tak wysokim poziomie.

Dwa giganty w Hiszpanii mają tak naprawdę tylko dwa albo trzy zespoły, które mogą z nimi rywalizować. Tutaj możesz pojechać do Stoke City i zostać łatwo pokonanym. Możesz spotkać się z Sunderlandem i jeśli nie jesteś blisko szczytowej formy, mogą okazać się lepsi. Możesz odwiedzić Blackpool czy West Ham United, zespoły, które zostały relegowane i przegrać.

Właśnie to czyni angielski futbol tak wyjątkowym, a jego aspekt fizyczny uczynił mnie bramkarzem, jakim teraz jestem.

Być może mam wobec Danny’ego Shittu dług wdzięczności za okazaną mi pomoc.



Autor: Asfodel
Data publikacji: 01.03.2012 (zmod. 02.07.2020)