player
BRE
Brentford
Premier League
25.09.2021
18:30
LIV
Liverpool
 
Osób online 257

Siódmy zlot (2011)

Artykuł z cyklu Zloty Fanów


Długo czekałam na ten moment. Co prawda wyjazd na zlot zaplanowałam kilka miesięcy wcześniej, jednak dopiero na kilka dni przed nim, zdałam sobie sprawę z tego, co mnie czeka. Po raz pierwszy miałam spotkać się z ludźmi, których do tej pory znałam jedynie z Internetu, ba, o niektórych mogłam powiedzieć, że znałam ich całkiem dobrze (oczywiście na tyle, na ile pozwala gadu-gadu) dzięki pracy w redakcji LFC.pl. Miałam może swoje wyobrażenia i przewidywania, zastanawiałam się jednak czy choćby w najmniejszym stopniu pokryją się one z rzeczywistością.

Początki nie muszą być trudne

Do Rudna dotarłam w czwartek wieczorem jako ostatnia ze zlotowiczów. Nie miałam wątpliwości, że jestem we właściwym miejscu – tyle osób w czerwonych koszulkach może brać udział tylko w zlocie fanów Liverpoolu. W tym momencie poczułam się nieco zagubiona, gdyż nigdy nie spotkałam się z nikim z naszej Czerwonej Rodziny. Moje obawy szybko rozwiały się, gdy po chwili powitali mnie Wieviór oraz Air i wraz z nimi udałam się do domku nr 3, w którym miałam mieszkać. Na ławkach tuż przed nim zasiadało większość jego lokatorów. Po krótkim zapoznaniu się, Vicky, moją współlokatorką i również debiutantką, skierowałyśmy się do naszego pokoju. Krótka pogawędka, wypakowanie rzeczy i zapomniałam o początkowym podenerwowaniu.

We love you Liverpool, we do!

Kolejnym punktem dnia był grill, w którym uczestniczyli wszyscy uczestniczy zlotu. Towarzyszyło mi uczucie wprost nie do opisania, kiedy ujrzałam niemal 70 osób, które spotkały się tu tylko z jednego powodu: wszystkie kibicują Liverpool FC.

Godzinę później czułam się wśród swoich towarzyszy i towarzyszek tak, jakbym znała ich od dawna. Cały wieczór upłynął pod znakiem rozmów, żartów i śpiewów. Ten ostatni element śmiało mogę określić numerem popisowym kibiców The Reds. W pewnym momencie z głośników dało się słyszeć spokojną melodię hitu Gerry’ego Marsdena z lat 60-tych. Wszyscy wstali i wspólnie zaczęliśmy śpiewać najpiękniejszy piłkarski hymn na świecie. „You’ll Never Walk Alone” zaaplikowane przez kierownika ośrodka, pana Michała (który, jak później się dowiedziałam, jest wiernym kibicem Manchesteru United) tylko zachęciło nas do udowodnienia, jak wiele przyśpiewek znamy. W tej sympatycznej atmosferze, nawet nie zauważyliśmy jak minęła godzina 4 nad ranem…

Czas na mecz

Po kilku godzinach snu, zebranie się na śniadanie już o 9.30 nie należało do najprostszych zadań, ale ku zaskoczeniu wszystkich, pojawił się na nim komplet zlotowiczów. Wspólny posiłek był kolejną okazją do integracji i okazał się świetnym pomysłem. Potem przyszedł czas na małą sesję zdjęciową i mecz Redakcji z Resztą Świata. Ci pierwsi chcieli zrewanżować się za stratę goli w ostatnich minutach przed rokiem, podczas gdy drudzy nawet nie myśleli o porażce. Krótka rozgrzewka, ustalenie składów i zaczynamy!

Choć w 1. połowa była niezwykle wyrównana i żadna z drużyn nie pozwalała rywalowi na przejęcie inicjatywy, nawet mimo ulewnego deszczu („nawet pogodę mamy jak w Anglii”). W trakcie meczu dołączyła do nas trójka lokalnych kibiców Liverpoolu (Rudno liczy obecnie 33 mieszkańców, a i tak znaleźli się wśród jego mieszkańców fani The Reds), co wywołało uśmiechy na wielu twarzach. Drugie 45 minut należało już do Redakcji. Udane ataki i skuteczność pozwoliły na pokaźną wygraną 10-2, a zwycięzcy świętowali sukces niczym kierowcy Formuły 1, nie zapominając nawet o prysznicu z szampana…

„Do hymnu!”

Po meczu ponownie spotkaliśmy się przy grillu. Wieczór mijał w równie miłej atmosferze, jak dzień wcześniej. W pewnym momencie padło hasło: „Do hymnu!”. Wszyscy wyszliśmy zza stołów i w kręgu, łapiąc się za ramiona rozpoczęliśmy „You’ll Never Walk Alone”. „Zupełnie jak na The Kop” pomyślałam. Nie tylko na mnie hymn Liverpoolu w wykonaniu uczestników VII zlotu wywarło wielkie wrażenie. Belaiza, która obecna była na wszystkich zlotach, stwierdziła, że był on najlepszy w historii wszystkich spotkań pod banderą LFC.pl.

Kilka chwil później, część osób przeniosła się do naszego domku. Nie przypuszczałam, że nasz stosunkowo niewielki pokój może pomieścić ponad 20 osób, ale dla chcącego nic trudnego. W pewnym momencie kilka osób siedzących na łóżku należącym do Mony zaproponowało wspólne zdjęcie i co było do przewidzenia, po chwili większość obecnych zapragnęła, aby również ich oblicze uwiecznione było na wspólnej fotografii. Wszystko przebiegłoby bez zarzutu, gdyby nie nagły trzask… łóżka w ośrodku „Wielkopolska” najwyraźniej nie były przystosowane do wytrzymywania ciężaru dziesięciu osób i po chwili jedno z nich przypominało raczej trumnę. Nie przejęliśmy się tym zbytnio i do późnych godzin nocnych wspominaliśmy mecze Liverpoolu, śpiewaliśmy, a ja przekonałam się, że duża ilość śmiechu naprawdę wywołuje ból brzucha.

„Nic się nie stało, Suarez nic się nie stało!”

W sobotę temat naszych rozmów mógł być tylko jeden. Tego dnia zaczynał się kolejny sezon Premier League, a na inaugurację Liverpool mierzył się na Anfield z Sunderlandem. Przed zlotem nie do pomyślenia wydawała się sytuacja, w której nie mielibyśmy możliwości obejrzenia The Reds w akcji, więc organizatorzy zrobili wszystko, co w ich mocy, abyśmy mogli wspólnie śledzić poczynania naszych ulubieńców. Punktualnie o 15 zebraliśmy się, aby autobusem udać się do Wolsztyna, gdzie wynajęty był pub, w którym mieliśmy oglądać sobotnie spotkanie. Jeszcze tylko zbiórka pieniędzy na pokrycie strat (okazało się, że łóżko w Kuycie, czyli pokoju nr 18 nie było jedynym, które nie wytrzymało naszej zabawy) i ruszamy! Dwudziestokilometrowa podróż minęła błyskawicznie zwłaszcza, kiedy ogłoszony został skład. Informacja o obecności w wyjściowej jedenastce Luisa Suareza była niczym zastrzyk entuzjazmu. Z dworca w Wolsztynie udaliśmy się prosto do pubu „Powozownia”, a już po kilkunastu minutach wszyscy siedzieliśmy na swoich miejscach, oczekując w napięciu na pierwszy gwizdek.

Końcowy rezultat nie okazał się dla nas satysfakcjonujący i „Powozownię” opuszczaliśmy w nienajlepszych nastrojach. Kilka pamiątkowych zdjęć i powoli skierowaliśmy się w stronę dworca. Zaraz, zaraz, przecież kibicujemy Liverpoolowi… po chwili, idąc wąską uliczką przypominającą te angielskie, kilkadziesiąt gardeł wyśpiewywało: „Liverpoool, Liverpoooool!”. To zdecydowanie polepszyło atmosferę i pomimo początkowego niezadowolenia, postanowiliśmy nacieszyć się ostatnim wieczorem zlotu.

„Dbajcie o nasze pociechy”

Mówi się, że ostatnie chwile zawsze są najlepsze. Nie inaczej było w przypadku VII zlotu fanów LFC. Ponownie, ok. godziny 2 w nocy, centrum wydarzeń stał się nasz pokój. Co prawda wraz z Vicky ulotniłyśmy się z grilla prawie dwie godziny wcześniej, gdyż niedobór snu dawał o sobie znać, ale długo nie nacieszyłyśmy się spokojem (na szczęście!). Najpierw pojawili się u nas Air, Pelcu i Kazik w towarzystwie… plastikowych figurek zwierząt, prosto z ogrodu! Wyobraźcie sobie nasze miny i nagły wybuch śmiechu. Nic dziwnego, że zaczęły schodzić się kolejne osoby zainteresowane, co spowodowało u nas taką radość. „Polowanie” trwało jeszcze ponad godzinę, a niektórzy ze zlotowiczów zdążyli nawet przywiązać się do naszych nowych pupili. Otoczone troskliwą opieką, zwierzaki spędziły u nas całą noc. Niestety, rano upomniała się o nie ich właścicielka i musieliśmy się z nimi pożegnać, jednak „Zwierzyniec LFC” stał się niekwestionowanym hitem tegorocznego zlotu.

Do następnego razu

W niedzielę rano nadszedł czas na pożegnania. Skłamałabym mówiąc, że nawet perspektywa ponownego spotkania z częścią naszej Czerwonej Rodziny już za tydzień, przy okazji meczu z Arsenalem, była dla mnie pocieszająca. Nie chciałam rozstawać się z wszystkimi wspaniałymi osobami, które poznałam w ciągu ostatnich trzech dni. Niestety, było to nieuchronne. Szkoda tylko, że kolejny zlot dopiero za rok…

Przez całą drogę powrotną rozmyślałam o tym, co działo się przez minione kilka dni. Po raz pierwszy miałam okazję poznania i spędzenia niezwykłych chwil z ludźmi, których łączy ta sama pasja, miłość do tego samego klubu, z ludźmi, którzy tak jak ja przeżywają porażki i świętują sukcesy Liverpool FC. Zdałam sobie sprawę, że nie trzeba jechać na Anfield i dopingować Czerwonych z trybun, by doświadczyć tego, jak Liverpool łączy ludzi. „Swoje” Anfield mamy na wyciągnięcie ręki i sami je tworzymy.

I pamiętajmy:

„Cieszmy się z małych rzeczy, bo

wzór na szczęście w nich

zapisany jest…”

Olka

Lista zlotowiczów

1. Wieviór

2. Air

3. Nooldir

4. Guru

5. Kazik

6. Iwan

7. Jamie

8. Zuru

9. glapa91

10. S47

11. Belaiza

12. Arek

13. wokky

14. DWT-Adas

15. majki

16. Agula

17. Iwona

18. prem

19. miler

20. Guziec

21. LuisS

22. Banan

23. Banan 2

24. Olka

25. Khedron

26. Kiksonlfc

27. bialylfc

28. Angela

29. adam_25

30. Kuba

31. lboy

32. Pelcu

33. Kaminho

34. piotrolka

35. piotrolka2

36. Kefir1892

37. gesioo

38. LFC4ever

39. Gin

40. dzondzo

41. Sir Halsky

42. robertlfc

43. Frytek

44. Daga

45. Brewka

46. GoodShit

47. openmind

48. openmind 2

49. hasi

50. bati91

51. Lady Milan

52. Mona

53. Matiiii007

54. Tomasi

55. Piciek

56. vicky

57. Jurek90

58. ChrisLFC

59. Striker

60. Arturos

61. Stone

62. rynek15

63. Jaszczur91

64. paulasanz

65. Joasia



Data publikacji: 28.09.2011 (zmod. 02.07.2020)