LIV
Liverpool
Towarzyski
24.07.2024
05:30
BET
Real Betis
 
Osób online 930

Ekskluzywny wywiad z Fabinho

Artykuł z cyklu Artykuły


Chciałbym Wam wszystkim wyjaśnić, jak to jest, grać dla Liverpoolu. Muszę jednak się najpierw do czegoś przyznać. Zanim zdołałem zadebiutować w Premier League, nie widziałem na żywo żadnego spotkania Liverpoolu.

Pokonaliśmy 4:0 West Ham United na Anfield w sierpniu podczas startu sezonu 2018/2019. Siedziałem na ławce rezerwowych i czułem się, jakbym przez 90 minut śledził tylko i wyłącznie zachowanie publiczności.

Zanim przybyłem do Anglii, oglądałem czasem mecze Premier League w telewizji. Wydawało mi się, że wiem sporo o atmosferze na tutejszych stadionach, zwłaszcza na Anfield. Kiedy trafiłem do Liverpoolu, spodziewałem się, że usłyszę „You’ll Never Walk Alone” na trybunach, fani będą śpiewać swoje piosenki, obrażać sędziów itp.

Nic nie przygotuje cię jednak na to, co wydarzy się w rzeczywistości. To jak każda akcja na boisku wywołuje wrzenie na stadionie.


Przy każdym ataku na piłkę, udanym odbiorze, dobrym podaniu, patrzyłem na fanów i widziałem jak po prostu szaleją na swoich miejscach. Stary! Byłem tym zafascynowany! Podziwiałem ich w każdym momencie. Ten tumult i emocje, które gromadziły się w kibicach. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego.

Fani są integralną częścią Liverpoolu. Bez nich, nasz heavymetalowy futbol nie ma prawa bytu. Zawsze nakręcają nas do jak najlepszej gry, nie pozwalają drużynie stanąć w miejscu. Nawet w momentach, gdy nie idzie ci najlepiej, wciąż cię wspierają, słyszysz w swoim uchu brzęczące „Go, go, go”.

Patrząc na wszystko z perspektywy środka pola, gdzie występuję, jest to bardzo mocno odczuwalne. Kiedy wygrywamy w tym sektorze jakiś boiskowy pojedynek, fani świętują, jakbyśmy zdobyli gola! Coś niesamowitego.

Kopites w dużej mierze są powodem, dlaczego tak mocno pokochałem Liverpool i skąd się wzięły nasze wielkie sukcesy w minionych sezonach.

Przyjazd do Anglii był najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić podczas mojej kariery. Był jednak taki moment w moim życiu, że nie mogłem nawet marzyć o grze w Premier League.

Sądzę, że wiele osób dziwi się, że nigdy nie grałem zawodowo w piłkę w Brazylii i nagle trafiam do Realu Madryt. To tak jakbym wykonał od razu trzy kroki do przodu, albo był jakimś futbolowym, cudownym dzieckiem, jednak wcale tak nie było.

Nigdy nie spodziewałem się, że osiągnę sukces w tak młodym wieku. Kiedy występowałem w drużynie U-20 Fluminense, nie wiedziałem, czy kiedykolwiek otrzymam okazję debiutu w pierwszym zespole. Prawdę powiedziawszy wątpiłem, że kiedyś będę grał na najwyższym piłkarskim poziomie.

Słuchaj, wiedziałem, że jestem dobrym graczem, ale z drugiej strony byłem realistą. Pamiętam, jak pewnego dnia, gdy miałem 18 lat, klub sprowadził psychologa, który zapytał nas „Jaki jest twój życiowy cel, jako piłkarza?0.


Przemyślałem sobie wszystko od deski do deski i odpowiedziałem, że przede wszystkim chciałbym móc finansowo zabezpieczyć siebie i rodzinę.

Psycholog odpowiedział mi wtedy: „Istnieją dwie ścieżki. Możesz to zrobić zostając zawodowym piłkarzem, albo znaleźć gdzieś inną pracę, dzięki której utrzymasz rodzinę”.

Wybrałem wtedy drugą opcję. Taka jest rzeczywistość wielu piłkarzy w Brazylii. Piłka nożna to praca. Marzeniem młodych chłopaków nie jest triumf w Lidze Mistrzów, ale zarabianie dzięki futbolowi.

Nie zrozumcie mnie źle. Dla mnie piłka nożna zawsze była czymś szczególnym.

Moje pierwsze wspomnienia z dzieciństwa związane z futbolem, ja w koszulce São Paulo, grający bez butów, z tyłu naszego mieszkania w Campinas.

Nie posiadaliśmy boiska, nie mieliśmy nawet bramek, ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Brama garażowa była jedną bramką. Druga znajdowała się pomiędzy drzewem a ścianą. 

Gdy mieliśmy mało zawodników do dyspozycji, zabieraliśmy na boisko siostry naszych kolegów i uzupełnialiśmy składy!

Chwile dzieciństwa były naprawdę fajne. Z czasem zauważyłem, że piłka nożna może być moim sposobem na życie. Rzeczywistość zmienia się z biegiem lat prawda?

Pamiętam, kiedy zostałem powołany po raz pierwszy na mecz Fluminense. To było spotkanie w ramach Campeonato Brasileiro przeciwko Corinthians. Wszedłem do szatni, a gość odpowiedzialny za nasze koszulki, wręczył mi trykot „Fabinho 38”.

Swoją drogą zawdzięczam Fluminense swój napis na koszulce! W drużynie do lat 20 było dwóch Fábio. Ja, a także Fábio Braga. Prowadzący nas wtedy Marcelo Veiga powiedział: „Za każdym razem, gdy wołam Fábio, jeden i drugi się podnosi głowę”. Spojrzał na mnie i dodał: „Od dziś jesteś Fabinho!”.

Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy swoją koszulkę z numerem i nadrukowanym nazwiskiem, pomyślałem sobie, wow, totalne szaleństwo! Dla mnie nie miało większego znaczenia, czy pojawię się na boisku, czy przesiedzę całe spotkanie na ławce. W tamtym momencie byłem profesjonalnym piłkarzem. Nikt nie mógł mi tego odebrać.

Całe tamto spotkanie obejrzałem z perspektywy rezerwowego. Kiedy jednak obejrzysz na YouTube fragmenty z meczu, kamera łapie mnie na ławce, gdy świętuję naszego gola. To praktycznie cała moja kariera w Fluminense na jednym obrazku! Haha!

Gdy pojawiła się propozycja gry w Portugalii, nie musiałem się 2 razy zastanawiać. Zabawne, ale wszystko potoczyło się niezwykle sprawnie. Wyjechaliśmy wcześniej z Brazylią U-20 na turniej do Republiki Południowej Afryki. Graliśmy dobrze podczas tego turnieju i oglądali nas przedstawiciele wielu zespołów.

Kiedy wróciliśmy do kraju i udałem się na kilka dni do rodzinnego Campinas, prezes klubu przyjechał się ze mną przywitać i powiedział: „Fabinho, zmieniasz drużynę!”.

Pomyślałem: „Co?! Nikt wcześniej niczego ze mną nie ustalił”. Prezes dodał: „Fluminense otrzymało dwie oferty z portugalskiego Rio Ave i przystało na tę korzystniejszą. Możesz jednak zostać u nas, jeśli bardzo chcesz”.

Dodałem szybko: „Nie, nie prezesie, biorę to!”. Momentalnie pobiegłem o wszystkim poinformować rodzinę. Mama bardzo się wzruszyła, pamiętam, jak wtedy płakała. Pojechałem pożegnać się z chłopakami z Fluminense, a później wziąłem się za pakowanie walizki!

Byłem nieco wszystkim poddenerwowany. Miałem zaledwie 18 lat i po raz pierwszy wybierałem się do Europy. Na szczęście udało mi się porozmawiać z Deco, który występował wówczas we Fluminense. Opowiedział mi, czego mogę się spodziewać w Portugalii.

Trenujący zespół Nuno Espírito Santo powitał mnie z olbrzymią życzliwością. Dostałem od klubu mieszkanie, zaczęły się przygotowania przedsezonowe i znów wszystko się zmieniło!

Około 20 dni mojego przyjazdu do Portugalii, mój agent zapukał do moich drzwi i powiedział szybko „Pakuj swoje rzeczy, jedziesz ze mną”.

Nawet nie powiedział mi, dokąd jedziemy. Pomyślałem sobie tylko „Okay…”. Hahaha!

Kiedy usiedliśmy w jego samochodzie, powiedział: „Spójrz, otrzymaliśmy taką ofertę. Wiem, że dopiero tutaj przyjechałeś, ale uwierz mi, nie będziesz chciał odmówić. To Real Madryt! Chcą, żebyś zagrał w ich drugiej drużynie”.

Agent dał mi telefon, żebym zadzwonił do mamy. Znów płakała, ale tym razem do niej dołączyłem! Nie mogłem uwierzyć, że wszystko dzieje się w takim tempie. Jeszcze miesiąc temu wahałem się nad swoją przyszłością we Fluminense, a teraz będę w Realu! To niesamowite. W takich momentach zawsze czułem towarzyszące mi wsparcie Boga.

Wieczorem udałem się do swojego pokoju w hotelu w Madrycie. Nie mogłem zasnąć z powodu emocji, które mi towarzyszyły. Pamiętam również, że było strasznie gorąco, a ja nie potrafiłem włączyć klimatyzacji. Po prostu leżałem na łóżku w samej bieliźnie.

Następnego dnia wczesnym rankiem usłyszałem pukanie do drzwi. Byłem naprawdę oszołomiony, gdy przez wizjer w drzwiach ujrzałem twarz José Mourinho, stojącego z mym agentem! Co do ch*** robi José Mourinho przed moim pokojem?


Byłem w takim szoku, że nie pomyślałem nawet, że warto by założyć jakieś spodnie. José wszedł do pokoju i zaczął mi opowiadać, jak bardzo jest szczęśliwy, że dołączyłem do Królewskich. Mówił na jakiej pozycji mnie widzi i czego będzie ode mnie oczekiwał. Najpierw miałem jechać na przygotowania przedsezonowe z pierwszym zespołem, zanim dołączę do Realu Madryt B.

Potem spojrzał na mnie w samych gaciach i powiedział: „Strasznie tu gorąco, prawda?”.

Odpowiedziałem mu tylko: „Tak, tak właśnie jest”. Hahaha!

W Madrycie grałem dla Castilli, lecz bardzo często trenowałem z pierwszą drużyną. Dla mnie był to spory piłkarski awans. Przybyłem tutaj praktycznie znikąd i nagle mogłem brać udział w zajęciach z najlepszymi graczami na świecie! Ronaldo, Di María, czy Higuaín, praktycznie nigdy nie pudłowali! Wielkie wrażenie wywarł na mnie wtedy Lass Diarra. Świetnie znajdował sobie wolną przestrzeń między strefami w środku boiska.

Przebywając w tym towarzystwie, niejednokrotnie myślałem sobie: „Cholera, oni wszyscy są na niesamowitym poziomie”. Wiele się od nich nauczyłem.

Decyzja o odejściu z Madrytu po zaledwie jednym sezonie nie była dla mnie prosta. Trener Castilli powtarzał, że będę miał większe szanse na awans do pierwszego zespołu, ale przy ofercie AS Monaco wiedziałem, że stoi przede mną szansa regularnej gry w silnym europejskim klubie. Byłem w pełni przygotowany, żeby podjąć wyzwanie.

Przed sezonem 2013/2014 do Monaco przybyło kilku nowych piłkarzy, takich jak: James Rodríguez, Falcao, Moutinho, Abidal czy ja. Trafiło tu również paru młodych i bardzo zdolnych chłopaków. W moim pierwszym sezonie we Francji zdołaliśmy zapewnić sobie kwalifikację do Ligi Mistrzów. 

Człowieku, ale czułem stres przed pierwszym meczem w Champions League! Dotychczas znałem te rozgrywki jedynie z telewizji. Kiedy pierwszy raz wychodziłem z tunelu i usłyszałem hymn Ligi Mistrzów, zobaczyłem naszywkę na naszej koszulce, wiedziałem, że podjąłem świetną decyzję.

W Monaco tworzył się wtedy niesamowicie ekscytujący piłkarski projekt. W moim czwartym sezonie w Księstwie mieliśmy tutaj swój „Dream Team”. Bakayoko, Bernardo, Falcao, Lemar, a potem jeszcze Mbappé!

Nawet w wieku 16 lat można było śmiało powiedzieć, że ten dzieciak ma niesamowity potencjał, do stania się gwiazdą światowego formatu. Jego progres następował w kosmicznym tempie. W jednej chwili był czwartym napastnikiem w hierarchii, by bardzo szybko zostać numerem jeden. Jego obecne sukcesy i dokonania nie są dla mnie żadną niespodzianką.

Ja również nie stałem w miejscu. Otrzymałem pierwsze powołanie do kadry Canarinhos, moja mentalność osiągała coraz wyższy pułap.

Pamiętam, jak nasz dyrektor sportowy w Monaco, Luis Campos powiedział do mnie: „Słuchaj, nie jesteś już tylko Fabinho. Nie jesteś już też Fabinho z AS Monaco. Teraz jesteś Fabinho z reprezentacji Brazylii. Wszystko się zmieni na zawsze”.

Jego słowa na długo utkwiły mi w głowie. Nie grałem tutaj już tylko po to, żeby zarobić na życie, mając nadzieję, że mi się po prostu uda. Znalazłem się w Monaco i grałem na takim poziomie, ponieważ walczyłem o to, by się tutaj znaleźć. Zapracowałem sobie na swój sukces.

Pod koniec sezonu 2016/2017, który zwieńczyliśmy zdobyciem mistrzostwa Francji, kilka dużych klubów złożyło za mnie oferty. Paru innych chłopaków zdecydowało się na odejście i spodziewałem się, że ze mną będzie podobnie.

Klub nie chciał ustąpić i zostałem w Monaco. Dzięki Bogu, bo w następnym sezonie skontaktował się ze mną inny zespół… 

Liverpool!

Nie byli jedynym klubem z Anglii, który tego lata chciał mnie sprowadzić. Po rozmowie z Jürgenem Kloppem decyzja mogła być tylko jedna. Nie interesowały mnie inne zespoły, to było na zasadzie „Ok, dziękuje i dołączam do Liverpoolu”.

Spotkaliśmy się w Anglii, a Klopp wyjaśnił mi swoją wizję, opowiedział jak chce żeby grała drużyna i jaką ważną częścią tego będę.

Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałem o czym on do mnie mówi, bo nie znałem angielskiego, ale to nie miało znaczenia! Po jakimś czasie dołączył do nas tłumacz, ale nawet bez niego można było zrozumieć jego pozytywne nastawienie. Kiwałem głową i mówiłem „Tak szefie” zanim jeszcze powiedzieli mi co mówi.

Dokonał niesamowitych rzeczy dla tego klubu, ale szczerze mówiąc, trudno jest mówić o tym, jak dobry jest, ponieważ dla nas jako zawodników, jest to normalne. Jego metody, przygotowania, rozmowy z drużyną, podejmowanie decyzji… Wszystko robi perfekcyjnie i tego oczekujemy od niego każdego dnia. Nie ma drugiego Kloppa.

Kiedy przybyłem do Liverpoolu, czułem, że klub jest na początku czegoś naprawdę wyjątkowego. Zespół czekał na trofea niczym rolnik na żniwa i ten czas nadszedł. Jako nowy zawodnik jesteś witany w klubie jak rodzina.

Sposób w jaki jesteśmy ze sobą, w jaki się traktujemy i jak się wspieramy jest czymś wyjątkowym. To takie małe uczucie. Liverpool to ogromny klub, każdego dnia widzisz co on znaczy dla ludzi w mieście i poza nim. Nieważne gdzie gramy, nasi kibice podróżują z nami po całym świecie, aby zobaczyć jak gramy. Ta miłość i wsparcie są niesamowite. No i jest jeszcze Anfield.

Nie zrozumcie mnie źle, zawsze kochałem kibiców. Szczerze mówiąc, przed Liverpoolem, gdybyś zapytał mnie czy fani robią różnicę na boisku, odpowiedziałbym, że nie. A teraz? Po tym co przeżyłem grając tutaj? Występując na Anfield widzisz ogromną różnicę, czujesz ją na własnej skórze.

Najlepszym przykładem jest rewanżowy mecz z FC Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów w 2019 roku.

Nie sądzę, by ktokolwiek na stadionie usiadł chociaż na moment podczas tego spotkania. Moja rodzina mówiła mi, że stewardzi w pewnym momencie dali sobie spokój z upominaniem ludzi. Twierdzą, że nigdy wcześniej nie przeżyli czegoś podobnego.

O rany, cóż to był za mecz! Po potyczce w Barcelonie czuliśmy się co najmniej dziwnie. Przegraliśmy 0:3, ale mieliśmy poczucie, że wcale na to nie zasłużyliśmy. Wykreowaliśmy sobie kilka dobrych sytuacji, lecz nic nie chciało wpaść do ich bramki. Pamiętam, że Messi nie był jakoś mocno aktywny, a nagle strzela nam dwie bramki.


Trzecia bramka dla Barcelony po rzucie wolnym była pokłosiem mojego faulu. Musiałem przerwać grę. Pomyślałem sobie: „Nie ma szans, że strzelisz nam gola z tej odległości”. To jest Messi. Podszedł do piłki i uderzył w okienko. Strzał nie do obrony dla Alissona. Leo to prawdziwy potwór.

Oczywiście w szatni po spotkaniu panowała przygnębiająca atmosfera, ale nadal mieliśmy w sobie pewne pokłady optymizmu.

W pewnym momencie w szatni został jedynie Klopp, Sadio Mané i ja.

Wszyscy powtarzaliśmy sobie: „Jak to możliwe, że przegraliśmy ten mecz 0:3?”. Później boss zapytał: „Wciąż wierzycie, że możemy awansować do finału?”.

Wstałem i powiedziałem: „Jasne, że tak!”. Sadio dodał po sekundzie: „Też tak myślę”. Klopp po chwili odpalił: „Świetnie się składa, bo sądzę dokładnie to samo”.

Zbudowaliśmy swojego rodzaju bazę pewności siebie przed rewanżem. Nawet „zapomnieliśmy”, że Bobby i Mo są kontuzjowani i nie zdążą wrócić do gry.

Ciężko jest wytłumaczyć to, co stało się na Anfield! Człowieku, są takie noce, które ciężko jest wyjaśnić ludzkimi słowami. Występ Divocka, Gini wchodzący z ławki, strzelający dwie bramki, rzut rożny wykonany przez Trenta. Przeznaczenie! Nie ma lepszego słowa, by to wszystko zobrazować.

Prowadziliśmy 1:0 i wykonałem szalony wślizg, przewracając Luisa Suáreza. Arbiter napomniał mnie żółtym kartonikiem, ale kompletnie się tym nie przejąłem, adrenalina był tak wysoka. Reagowałem na poziom energii, którą dostarczali nam kibice. Wszyscy byli zahipnotyzowani, zarówno my, jak i publiczność.

Myślę, że po naszym drugim golu, Barça tak naprawdę poczuła, że może mieć kłopoty. Trzecia bramka padła zaledwie dwie minuty później. Spojrzałem na tablice świetlną i pomyślałem: „Kurcze zrobiliśmy to chyba za wcześnie, teraz na nas ruszą”.

Przy czwartym golu stałem daleko z tyłu. Wszystko przebiegło strasznie szybko. Nim się dobrze obejrzałem, widziałem świętującego Divocka i całe zamieszanie. Bałem się, że sędzia liniowy będzie chciał coś zakomunikować głównemu, ale nic takiego nie miało miejsca. Arbiter uznał gola!

Pamiętam, że wszyscy uśmiechaliśmy się do siebie i nawet niezbyt przesadnie świętowaliśmy tą bramkę. 4:0!

Popatrzyłem na chłopaków z zespołu, tablice świetlną i pomyślałem: „Nic nam się nie stanie”. Jak często mówimy w Brazylii: „Zamykamy teraz dom”.

W ostatniej minucie meczu piłkę na naszej połowie miał Leo Messi. „O nie, znowu ten facet”. Zdołałem mu jednak czysto wyłuskać futbolówkę i byliśmy ponownie bezpieczni! Niedługo później sędzia zagwizdał po raz ostatni. Naprawdę to zrobiliśmy!

Po finale w Madrycie zajęło mi trochę czasu, żebym przetworzył sobie, jak tego wspólnie dokonaliśmy. Zabrałem swój medal do ojczyzny, aby pokazać wszystkim w Brazylii, że jestem triumfatorem Ligi Mistrzów. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że to prawda i to zrobiłem.

To trofeum było niezwykle ważne dla nas wszystkich w zespole. Wielu naszych piłkarzy nie zdobyło wcześniej żadnego istotnego pucharu. Klub również długo czekał na tak ważne trofeum. Po tym, co wydarzyło się rok wcześniej w Kijowie, było to niezwykle istotne dla klubu i fanów.

Kiedy dołączyłem do Liverpoolu, klub był 28 lat bez wygrania ligi, 13 lat bez Ligi Mistrzów i 6 lat od ostatniego pucharu w gablocie. Bycie częścią zespołu, który to zmienił, jest niesamowicie dumną sprawą.

Wspólna impreza z kibicami po powrocie z Madrytu jest jednym z moich najprzyjemniejszych doświadczeń w życiu.

Pamiętam jak wiele osób powtarzało: „To jeszcze nic. Gdy wygracie Premier League, miasto zapłonie!”.

Niestety z powodu pandemii nie byliśmy w stanie tego wspólnie przeżyć. Odbyłem jednak dwie parady autobusowe przez Liverpool i naprawdę nie jestem w stanie wyliczyć, ilu tam było kibiców! Sposób w jaki fani kochają ten klub, ile dla nich znaczy i co są w stanie dla niego zrobić.

Patrzysz na nich, pragniesz dać im mnóstwo fantastycznych momentów, dzięki dobrej grze na boisku.

Miniony sezon był dla nas frustrujący. Przez ostatnie parę lat napisaliśmy razem fantastyczną historię. Jestem dumny z bycia częścią tego zespołu.

Niedawno zostałem ojcem „małego Scousera” – Israela. Nie mogę doczekać się już dnia, kiedy po raz pierwszy zabiorę go na Anfield, aby mógł z perspektywy trybun patrzeć i podziwiać wszystko dookoła, tak jak niegdyś jego tata.

Jestem strasznie wdzięczny kibicom. Nawet w ciężkich chwilach zawsze jesteście z nami. Słyszymy Was i czujemy Wasze wsparcie. Dodajecie zespołowi skrzydeł. 

Będziemy dalej walczyć, by doczekać dnia, kiedy Liverpool zapłonie!

Fabinho



Autor: AirCanada
Data publikacji: 02.06.2023