Media krytyczne wobec gry Liverpoolu
Seria meczów bez porażki Liverpoolu wydłużyła się do dziewięciu spotkań po drugim z rzędu remisie w 2026 roku. Cudowne trafienie Harrisona Reeda w ostatnich sekundach zapewniło Fulham punkt na Craven Cottage. The Reds zremisowali 2:2, mimo że Cody Gakpo wydawał się dawać im zwycięstwo w doliczonym czasie gry.
Jak zawsze, Liverpool ECHO było na miejscu, dokładnie analizując przebieg wydarzeń w ramach naszej kompleksowej relacji meczowej. Możecie zapoznać się z ocenami zawodników, werdyktem po spotkaniu, pomeczową analizą oraz reakcjami tuż po końcowym gwizdku. Dostępne są również wypowiedzi Arne Slota i Marco Silvy.
Na stadionie obecni byli także dziennikarze mediów ogólnokrajowych, którzy przedstawili własne, wyważone opinie. Oto, jak oni ocenili to spotkanie.
Lewis Steele z Daily Mail pisze:
Większość kibiców Liverpoolu — podobnie jak Arne Slot — wzięłaby w ciemno serię dziewięciu meczów bez porażki, gdyby zaproponowano im ją pod koniec listopada.
W tamtym momencie, przypomnijmy, mistrzowie Premier League wygrali zaledwie cztery z 15 spotkań, co rodziło poważne pytania dotyczące bezpieczeństwa posady trenera.
Dlatego należy oddać Slotowi i jego sztabowi, że załatali przeciek i ograniczyli defensywne słabości, które były widoczne jesienią. Po kolejnym rozczarowującym remisie — tym razem z Fulham — nasuwa się jednak pytanie: czy potraficie przypomnieć sobie bardziej jałową i pozbawioną inspiracji serię dziewięciu meczów bez porażki niż ta, którą obecnie notuje Liverpool?
The Reds nie tracą już bramek w takim tempie jak w listopadzie — kiedy przegrali 1:4 z PSV Eindhoven i 0:3 z Nottingham Forest w dwóch kolejnych spotkaniach — ale teraz wyglądają na bezzębnych w ataku. Owszem, strzelili tu dwa gole, ale czasy, gdy rywale bali się Liverpoolu, wydają się należeć do przeszłości.
Leeds Daniela Farkego, które zremisowało na Anfield w Nowy Rok, oraz Fulham są w dobrej formie i w pełni zasłużyły na punkty zdobyte kosztem Liverpoolu. Jednak po wydaniu 450 milionów funtów latem kibice mają pełne prawo oczekiwać więcej.
Okolicznością łagodzącą jest fakt, że Mohamed Salah przebywa na Pucharze Narodów Afryki, a Alexander Isak i Hugo Ekitike są kontuzjowani. Gdyby tworzyć listę zawodników Liverpoolu, których najbardziej oczekuje się przy zdobywaniu bramek, cała trójka znalazłaby się na jej szczycie.
Francuski napastnik Ekitike — najlepszy strzelec zespołu w tym sezonie z ośmioma golami — liczy na powrót do gry przed wyjazdem na mecz z Arsenalem w czwartek. Przy takiej dyspozycji drużyny Slot może mieć koszmary przed wizytą w północnym Londynie.
W obecnej chwili każda dobrze zorganizowana drużyna potrafi obnażyć mankamenty planu Liverpoolu i przystępuje do meczu z myślą, że ma realne szanse. To jest obciążające dla Slota — niezależnie od skali problemów kadrowych.
Miguel Delaney z The Independent pisze:
Wciąż nie wyglądają jak zespół, który czuje się komfortowo we własnym ustawieniu. Ta konstrukcja nie pasuje idealnie, a zbyt często akcje były spowalniane albo po prostu się rozpadały, bo zawodnicy nie byli jeszcze w pełni zestrojeni.
Tym lepiej, że Florian Wirtz zaczyna odnajdywać się w tym środowisku. Jeśli część tych problemów wynika z faktu, że Liverpool jest pozbawiony ofensywy wartej ponad 200 milionów funtów — bo nieobecności Mohameda Salaha i Alexandra Isaka zostały dodatkowo spotęgowane drobnym urazem Hugo Ekitike — to większym zmartwieniem pozostaje jednak sam schemat. A może nawet ogólne wrażenie.
Liverpool sprawia obecnie wrażenie zespołu ospałego, niezależnie od tego, kto gra i w jaki sposób. Przez większość meczu The Reds byli zbyt wąsko ustawieni i stłoczeni. Skoro ciężar zapewniania szerokości spoczywał głównie na bocznych obrońcach, nie może dziwić, że były wychowanek Liverpoolu, Harry Wilson, otworzył wynik, wychodząc zza pleców Conora Bradleya już na początku spotkania.
Gol w końcówce Cody’ego Gakpo był efektem wejścia Jeremiego Frimponga i znakomitego dośrodkowania z bocznego sektora. Mimo to znamienne — i symboliczne zarazem — było to, że nawet gol w 93. minucie, który mógł i powinien dać zwycięstwo, ostatecznie został zneutralizowany. Liverpool nie potrafi wygenerować żadnego momentum. W tym meczu większość energii pojawiła się jedynie w 15-minutowym fragmencie po golu Wirtza.
Na łamach Daily Mirror główny publicysta piłkarski John Cross zauważa:
Za każdym razem, gdy Liverpoolowi wydaje się, że wreszcie wyszedł na prostą, coś spycha go z kursu. Tym razem był to kandydat do gola sezonu w 97. minucie autorstwa Harrisona Reeda, który dosłownie zerwał dach Craven Cottage.
To było wyjątkowo okrutne dla Liverpoolu, który sądził, że wygrał mecz po trafieniu Cody’ego Gakpo w 95. minucie — golu, który mógł dać Arne Slotowi niezwykle cenne wyjazdowe zwycięstwo. Sektor gości wciąż świętował, gdy superzmiennik Reed — który od sześciu lat w klubie strzelił zaledwie cztery gole — odpalił rakietę z 25 metrów w samo okienko.
W gruncie rzeczy Fulham na ten punkt zasłużyło, ale Liverpool w tym osobliwym, wręcz "rollercoasterowym" sezonie po prostu nie potrafi złapać oddechu. Florian Wirtz doprowadził do wyrównania po otwierającym trafieniu Harry’ego Wilsona, a do dramatycznych wydarzeń w doliczonym czasie była to gra podporządkowana ciasnym decyzjom VAR.
Była to okazja, by wyraźnie odskoczyć w walce o pierwszą czwórkę — kolejna jednak zmarnowana w sezonie naznaczonym niespójnością i niedokładnością. Tym razem Liverpool wyglądał słabo z przodu: Hugo Ekitike pauzował z powodu drobnego urazu, Mohamed Salah przebywał na Pucharze Narodów Afryki, a Alexander Isak był kontuzjowany.
Z kolei werdykt Liverpool Echo brzmi:
W poszukiwaniu trafnej oceny kolejnego etapu najbardziej nieprzekonującej serii bez porażki od lat, Arne Slot może dojść do wniosku, że ten mecz był kwintesencją całego ligowego sezonu Liverpoolu.
Przez długie fragmenty było to widowisko nijakie, pozbawione wyobraźni i trudne w odbiorze. Pojawiały się pojedyncze momenty magii, ale też bolesne ciosy, które trzeba było przyjmować. Idealne odzwierciedlenie prób i przeciwności sezonu 2025/26.
Liverpool nie straci już w tym sezonie gola równie wybitnego, jak ten autorstwa Harrisona Reeda, który zapewnił drużynie Marco Silvy punkt. Fakt, że rezerwowy spędził na boisku zaledwie kilka sekund i nie strzelił gola od niemal trzech lat, tylko potęgował absurdalność tego uderzenia z 30 metrów na 2:2.
Ale w głębi duszy nie była to żadna opowieść o pechu. Liverpool zapłacił za wymęczony występ, pozwalając się dogonić w samej końcówce, gdy wydawało się, że Cody Gakpo wysyła sektor gości w stan euforii.
Seria bez porażki trwa, a niespójność Manchesteru United i Chelsea prawdopodobnie sprawi, że Liverpoolowi wystarczy to do miejsca w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Problem w tym, że przeciętność zaczyna pojawiać się z niepokojącą regularnością.
Intensywność — jak głosiło stare powiedzenie — była kiedyś ich znakiem rozpoznawczym. Czym więc właściwie jest Liverpool w 2026 roku?
Paul Gorst

Komentarze (5)