WOL
Wolverhampton Wanderers
FA Cup
06.03.2026
21:00
LIV
Liverpool
 
Osób online 1916

From gegenpressing to depressing


Kiedyś oglądanie Liverpoolu było aktem wręcz cielesnym. I pewnie każdy kibic Liverpoolu, wychowujący się na tej drużynie za kadencji poprzedniego menadżera, zrozumie doskonale o co mi chodzi. 





Ciało reagowało szybciej niż myśl: przyspieszony puls, dłonie zaciskające się na oparciu kanapy, ten specyficzny skurcz w żołądku, gdy pressing uruchamiał się jak mechanizm zegarka szwajcarskiego. To w takim Liverpoolu zakochiwały się (chyba nie przesadzę) miliony fanów. To był Liverpool bezlitosny, piękny, nie do zatrzymania. Gegenpressing był obietnicą. Że jeśli stracisz piłkę, odzyskasz ją natychmiast. Że błąd nie jest końcem, tylko początkiem agresywnej naprawy. Doskokiem, który zaraz zakończy się odbiorem.  Mogę się mylić, ale któryś z najlepszych menadżerów piłkarskich na świecie powiedział kiedyś, że po stracie piłki masz maksymalnie osiem sekund, żeby ją odebrać, w innym wypadku sytuacja jest stracona. Oczywiście po drugiej stronie zawsze jest argument o mitycznej intensywności, o setkach meczów w nogach i tym, że można kogoś przytłoczyć emocjami. I zgodzę się i z jednym i z drugim, przy czym zdecydowanie wolę być przytłoczony szaleństwem i radością niż smutkiem i pożogą. Zachowując odpowiednie proporcje. 

Dziś coraz częściej jest cisza. Taka cisza, która nie zapada po golu rywala, tylko przed nim. Cisza wynikająca z braku reakcji. Z tego krótkiego zawahania, gdy zamiast doskoku jest krok w tył, zamiast kolektywnego impulsu – indywidualna kalkulacja. W jednym z ostatnich odcinków naszego podkastu Przemysław powiedział, w zasadzie zwrócił uwagę, że po stracie bramki nie ma reakcji. Nie ma impulsu do działania. Jest chłód. Jest czysta matematyka, pragmatyzm, którego nie lubią ludzie. Nie lubimy zdań „zadecyduj” „jak chcesz” „jak uważasz”. Lubimy działanie. „O, super to zrobiłeś”. „Wow, ale akcja i to od razu po stracie piłki”. To lubimy. Lubimy się porządnie wku*wić przed telewizorem i przeklinać, obrażać, wyzywać przeciwnika. Ale lubimy jeszcze bardziej w 95 minucie otworzyć usta i krzyknąć. W eter. Uwielbiamy wstać rano i być trzy metry nad ziemią. Uwielbiamy ten stan, kiedy Oxlade strzelał z dystansu na bramkę Manchesteru City lub kiedy Fabinho dawał impuls do pokonania rywala. Kochamy oglądać Firmino, który położył trzech obrońców Kanonierów a potem umieścił piłkę w bramce. Uwielbiamy również wracać wspomnieniami do bramek Lovrena, którego wszyscy krytykowaliśmy. Bo z Borussią był bohaterem. Wspominamy Darwina, który upokorzył kibiców Brentford, jednocześnie chwilę później mogąc samemu zostać upokorzonym za głupie wejście w rywala. Jednak wiecie co? Wtedy lubiliśmy ten klub, bardziej, inaczej, na pewno mocniej. 

I to jest chyba najtrudniejsze w tej miłości: patrzeć, jak styl, nie wynik, wysysa emocje. Bo to nie jest tak, że Liverpool nie może przegrać. Inaczej się przegrywa z PSG, inaczej powinno się przegrywać z chociażby Leeds United. Problem pojawia się wtedy, kiedy nie oczekujesz nic a jeszcze gorzej jak oczekujesz, że nawet te cholerne Leeds United może sprawić ci problemy. Zmienia się percepcja, zmienia się postrzeganie świata. Zmienia się nastawienie. 





Liverpoolowi może nie wyjść mecz. Nikt (chyba) nie oczekuje, że The Reds będą wygrywali wszystko. Nauczyliśmy się przez lata, że piłka nożna tak nie działa i, że nawet jak masz ponad czterdzieści meczów bez porażki na własnym stadionie to i tak w końcu przegrasz. Mamy świadomość, że pojawi się zawsze lepszy klub, silniejszy, taki, który sprowadzi nas na ziemię. Przeważnie jednak wtedy włącza się jakaś niesamowita energia dookoła i nagle te wszystkie złe kluby stają się gorsze. Wtedy Liverpoolowi może i przeważnie wychodzi wszystko. 
Ale Liverpool bez intensywności jest jak list miłosny bez emocji – formalnie poprawny, treściowo pusty. Matko, patetyczny ten tekst jak jasna cholera. Bardzo boomerski. Bardzo taki narzekający. Ostatnio zwróciłem uwagę na jeden komentarz pod odcinkiem na naszym kanale. Zostaliśmy zaatakowani, że jako kibice mówimy źle o klubie, drużynie, że powinniśmy wspierać a nie narzekać. Przyznaję, na początku parsknąłem śmiechem. Bo nie lubię jak ktoś na białe mówi czarne a na czarne białe a tym bardziej jak ktoś poleruje kupę. Ona nadal śmierdzi, z tą różnicą, że jest wypolerowana. Dlatego czasem wybiera się ten najgorszy język, język faktów. Po chwili namysłu dotarło do mnie jednak, że w zasadzie byłem kiedyś taki sam. Nie dałem powiedzieć sobie złego słowa na klub, koszulki nosiłem z dumą (to się akurat nie zmieniło) i wyczekiwałem weekendów, wieczorów w środku tygodnia jak ostatni kibic na świecie. Nie liczyło się nic innego. Dajcie mi mecz, dajcie mi te 90 minut momentów, kiedy zapomnę o problemach. 

Kiedyś pressing był językiem tej drużyny. Nie taktyką, nie fazą gry, nie narzędziem. Językiem. Mową ciała. Każdy zawodnik wiedział, gdzie ma być, zanim jeszcze piłka zmieniła właściciela. Odzysk w 8 sekund nie był celem – był odruchem. Dziś coraz częściej wygląda to jak przypominanie sobie obcego słowa. Znasz je, ale musisz się zastanowić, zanim je wypowiesz.

I wtedy wchodzą statystyki. Chłodne, bezlitosne. Mniej doskoków w trzeciej tercji. Więcej czasu rywala na decyzję. Spadek xG, xA, ale za to wzrost xD. Mniej odbiorów po stracie w ciągu pierwszych sekund. Brak reakcji na boisku. Ale to nie liczby bolą najbardziej. Boli moment, w którym łapiesz się na tym, że nie wstajesz już z kanapy przy pressingu. Że nie krzyczysz. Że nie czujesz tej ekscytacji, że „zaraz coś się wydarzy”.

Bo kibicowanie Liverpoolowi przez ostatnie lata było czymś więcej niż oglądaniem meczu.
To było współuczestnictwo w idei. W przekonaniu, że intensywność jest cnotą. Że praca bez piłki jest równie romantyczna jak gol w okienko. Że pressing może być piękny. Dziś coraz częściej oglądam drużynę, która wygląda, jakby sama nie była pewna, kim chce być. Ani już nie zabija intensywnością, ani nie kontroluje przestrzeni z chłodną precyzją. Zawieszona pomiędzy dawną tożsamością a nową, która jeszcze się nie narodziła. I rozumiem wszystkie argumenty o nowych nabytkach, rozumiem fakt, że nowe nabytki mają kontuzję. Nie zrozumiem jednak nigdy faktu, że zawodnicy zapomnieli jak się gra. Reakcja Szoboszlaia po golu z Barnsley jest reakcją wszystkich kibiców, których znam prywatnie. Taka sama. Dosłownie żadna. Strzeliliśmy? Super. Pewnie zaraz pójdzie coś nie tak. I tak od początku sezonu, z tą różnicą, że musimy to chyba przyznać, te zwycięstwa w końcówkach, ten Chiesa skaczący z radości, ten karny Salaha z Burnley – dawały jeszcze wyskoki z kanap. To była trudna miłość, ale nadal miłość, którą chciało się pielęgnować. 

I to jest ten moment, gdy miłość staje się trudniejsza jeszcze bardziej. Nie odchodzisz. Nie zmieniasz barw, bo przecież się nie da jak się kibicuje naście lat, albo kilka dekad. Najgorsze uczucie jest wtedy, kiedy oglądasz mecze z poczuciem straty. Jakbyś był w związku z kimś, kogo nadal kochasz, tylko już nie rozpoznajesz w codziennych gestach.

Najgorsze nie są porażki. Najgorsza jest obojętność, która próbuje się wkradać. Ta myśl: „może jednak włączę później”. A przecież Liverpool nigdy nie był drużyną do oglądania „później”. Przynajmniej nie dla młodych fanów, nie dla kibiców, którzy mają obowiązki, które zaczynają się na umyciu zębów i kończą na obrażeniu czyjeś matki podczas gry online. Dla nich przecież ta drużyna też była odskocznią. Liverpool był odskocznią od wszystkiego, co złe. To właśnie Klopp powiedział, że trzeba napisać historię na nowo, że trzeba zdjąć plecak. Slot miał tę historię napisaną przez Niemca kontynuować. I prawie mu się udało. Mistrzostwo w pierwszym sezonie, finał Carabao Cup. Odpadnięcie w 1/8 LM byłoby inaczej odbierane, gdyby nie styl. Wtedy chyba po raz pierwszy dotarło do mnie, że ten klub jest znowu innym.


Nie mam pretensji do zawodników, że przegrali mecz. Nie mam pretensji, że wyszli niskim blokiem na Arsenal, jeśli tego wymagała sytuacja. Mam pretensję, że ten klub stał się nijaki. Każdy, dosłownie każdy przeciwnik jest nam w stanie strzelić gola. Każdy rywal wie jak zaskoczyć Liverpool. Od dwóch sezonów stałe fragmenty gry są zarazą tej drużyny. Niezależnie jaki obrońca będzie krył rywala i tak pewne jest, że popełni prędzej czy później błąd. Nie ma reakcji po bramce straconej, a ostatnio nawet po golu strzelonym. Doszło do tego, że menadżer trzecioligowca ma pretensje o to, że piłkarz Liverpoolu zachowuje się arogancko. 





Oczywiście wiem jak działa ten klub i nadal stoję na straży teorii, że Alonso nie przyjdzie do Liverpoolu w tym sezonie jeśli uda się go zakończyć z jakimkolwiek trofeum. Wiem doskonale, że nie będzie zmiany w trakcie sezonu tak długo, jak długo wyniki są względnie dobre. A jedenaście meczów bez porażki dla kogoś kto rządzi miliardową korporacją jest argumentem „za” pozostawieniem menadżera. Zwłaszcza w sytuacji, w której Manchester United i Chelsea są żywymi dowodami na to, że zmiany nie zawsze są dobre. I boję się, że tak jak wspieram zawsze Slota, tak on nadal będzie mi obrzydzał oglądanie tego klubu. I to nie tak, że nie mogę patrzeć na niektórych zawodników. Chodzi o całokształt. Nie mogę patrzeć z emocjami na te mecze. Nie potrafię się nimi zachwycić. Ten pragmatyzm w piłce nożnej po prostu mi ją obrzydza. 

From gegenpressing to depressing. Nie jako żart. Jako diagnoza emocjonalna. I mimo wszystko, wrócimy w kolejny weekend. Bo miłość do tego klubu nie polega na tym, że zawsze daje radość.
Tylko na tym, że nawet w zmęczeniu nie pozwala odejść. I mam ten przywilej, że mogłem się tym podzielić i to trochę zwymiotować na klawiaturę. Wy macie ten problem, że to przeczytacie. Ale to względnie uczciwy układ za to, że ja oglądam nijaki Liverpool. Arne, proszę Cię, zrób coś z tym.

Sebastian Borawski

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (9)

grypkareinkarnacja 15.01.2026 18:00 #
Smutne, prawdziwe, bardzo ładnie napisane. To dokładnie to co czuję i co widzę od roku, zero emocji, ciemność...
kajtekk34 15.01.2026 18:31 #
Słowa wyjęte z moich ust. Poza jednym . To nie Slot zdobył mistrzostwo. To był ciągle Klopp. To mental zaszczepiony jeszcze przez Kloppa i nieporadność rywali ( city, arsenal ) dała mistrzostwo. Drużynę Slota widzimy dopiero teraz. Niestety tak jak Kerkez nie pasuje do tej drużyny tak i Slot. On zafunduje nam zjazd jak ten w United. Dramat
hunter 15.01.2026 19:10 #
Amen, bo co tu jeszcze dodać? Chce się napisać "rozdarcie", bo jestem właśnie rozdarty między wspieraniem Slota (w końcu zdobył majstra w pierwszym sezonie i to jest LFC, tu nie zmieniamy szybko trenera, jak nie idzie) a podziękowaniem mu i znalezieniem kogoś, kto przywroci mental gegenpressingu. Tylko kto to miałby być??? Nie do końca się zgodzę, że to Kloppa drużyna zdobyła tytuł, widać bylo jednak zmiany, graliśmy inaczej, rywale mieli słabszy sezon i dzbanek wpadł. Ale kierunek zmian zaproponowany przez Slota nie napawał optymizmem. Ten sezon to już zapaść, nie jesteśmy drużyną, z którą nikt nie chce grać, daleko nam do tego. Ponad 25 lat z Liverpoolem w sercu i te 8 z Jurgenem, to emocjonalnie absolutny top, teraz pierwszy gwizdek meczu ma jakiś gorzki posmak. Szybka winda w dół...
NaImieMiAdaś 15.01.2026 20:00 #
Dziękuję , super tekst.
ManiacomLFC 15.01.2026 20:17 #
Ferguson powiedział kiedyś, że z dziesięcioma kawałkami drewna i Zidanem byłby w stanie wygrać Ligę Mistrzów. Klopp z 11 kawałków drewna zrobiłby najbardziej wybieganą drużynę w historii Premier League.

Niestety też zaczynam odczuwać Slotową depresję. Kiedyś emocjonalne było już samo wyczekiwanie na mecz, dziś sam mecz, nawet bramki i zwycięstwa nie dają aż takiej radości. Nawet po golu na 2:0 często nie mam spontanicznego zrywu z kanapy bo i wtedy do końca drżymy o wynik (vide: Tottenham). Coraz częściej się łapię na tym że muszę sprawdzać kiedy gramy kolejny mecz, coś co kiedyś znałem na pamięć i wyczekiwałem.
MaxPower 15.01.2026 23:17 #
U mnie podobnie, jeszcze nie muszę sprawdzać, kiedy gramy następny mecz, ale w poprzednim sezonie, gdzieś do przełomu lutego i marca, kiedy ta cała slotowa depresja zaczęła się gwałtownie rozwijać, to nie musiałem sprawdzać z kim gramy w następnych 10 meczach, bo i tak wszystko miałem w głowie. Okolice finału Carabao, odpadnięcie z PSG, męczarnie na Anfield z Wolves i Southampton, porażka z Plymouth, derby na Goodison z Evertonem, to jest okres w którym to wszystko się zaczęło. Tamte mecze już bardzo przypominały to, co dzieje się w tym sezonie. Końcówkę 24/25 uratowała emocjonalnie tylko kroplówka w postaci oczekiwania na mistrzostwo.

Już wtedy nie brakowało tutaj osób, które biły na alarm, że coś złego dzieje się z drużyną, ale większość z nas była tak omamiona "wyścigiem" o mistrzostwo, że te głosy lekceważyliśmy. Że się naprawi, że transfery naprawią. Nic się nie naprawiło. Dlatego też nie wyobrażam sobie startu w kolejny sezon ze Slotem i jego sztabem. Za długo ten pożar szaleje, żeby oni mogli to ugasić.
Tommyy 16.01.2026 08:39 #
Cały felieton to 100% marudzenia i deprechy, która tak naprawdę nic nie wnosi, ale brzydko obnaża fakty o których fani wiedzą, ale było im lepiej, gdy nie zostały powiedziane na głos.
Podpisuję się rękami i nogami - świetny tekst ;)
nowikk 16.01.2026 09:08 #
Tekst który w najlepszy sposób podsumowuje to co się dzieje. Drużyna traci swoją "duszę", Curtis na to w jednym wywiadzie zwracał uwagę gdy mówił "we're just absolute dogs". Na początku sezonu Szobo chciał biegać, teraz Writz stara się cisnąć, ale pojedyncze osoby niczego nie zmienią, kiedyś zapi$#%&La cała drużyna. Teraz jest to takie mdłe i miałkie. I niestety mam ten sam symptom co większość, brak emocji. Pasja która jest kręgosłupem Liverpoolu skutecznie została przez Slota zniszczona.
MarkoLFC 16.01.2026 09:12 #
Jak sądzę,większość z nas,to czuje już od kilku miesięcy,jeszcze przed zapaścią po pierwszych pięciu kolejkach tego sezonu.Jak oczekiwać energii od pilkarzy,jak trener przy linii bocznej jej nie ma,stoi przygnębiony,jak zbity pies,gdy przegrywamy,tracimy pierwszą bramkę.Jak oni mają ruszyć dupe,jak nie ma wodza przy linii bocznej ,nie ma charyzmy?Gdy dla nas na ławce(słabej,bo słabej )siedzą jednak piłkarze,a dla niego manekiny.Czlowiek sam sie zastanawia,cz on jest tak ograniczony,trzymając przykładowo Kerkeza,czy Bradleya 90 minut,nie dając im odpcząć,nie dając rytmu meczowego ławce(jaka by nie była) i myśli-jakoś to będzie,jakoś dogram pierwszą jedenastką sezon ?Bo widać,jak wyraźną krechą oddziela pierwszy skład-ławka.Z drugiej strony zdobył majstra tym samym składem,co miał Jurgen,w którym już pęknięcia zaczęły się pojawiać w ostatnim sezonie.No i z Gravena zrobił kota on,nie Jurgen,hmm...Ale po każdym niemal meczu,ba-przed meczem jest ten sam uczuć,brak energii,wiary w nas,kibicach,bo czujemy pod skórą,że znowu zobaczymy masło maślane.
I tak jest w tym sezonie.

Pozostałe aktualności

Van Dijk: To jest rozczarowujące (0)
04.03.2026 01:50, Vladyslav_1906, liverpoolfc.com
Statystyki (0)
03.03.2026 23:48, Zalewsky, SofaScore
Page chwali podopiecznych z zespołu rezerw (1)
03.03.2026 17:45, Bartolino, liverpoolfc.com
Co czeka Liverpool do końca sezonu? (9)
03.03.2026 15:10, Redbeatle, The Athletic
Wolves: Przegląd rywala (0)
03.03.2026 14:47, ManiacomLFC, liverpoolfc.com
Jacquet przejdzie operację barku (5)
03.03.2026 12:31, AirCanada, thisisanfield.com